
dla młodych ludzi, przez co mocno się zastanowią przed przeprowadzką do stolicy innowacji. Fot. Wit Hadło
Życie w stolicy Podkarpacia staje się coraz droższe. Więcej płacimy za codzienne zakupy, drożeją mieszkania
i ich wynajem, w górę idą czynsze. Do tego rosną stawki usług oferowanych przez miasto. Bilety na autobus podrożały w tym roku dwukrotnie, ostatni raz na początku listopada. Już od stycznia kierowcy zapłacą więcej za parkowanie, a rodzice najmłodszych rzeszowian za ich wyżywienie w żłobkach.
Dwie ostatnie podwyżki to skutek decyzji radnych, które podjęli w trakcie listopadowej sesji. Cena pierwszej godziny parkowania ma wynieść tyle co jednorazowy bilet dla osoby dorosłej. Ten jeszcze na początku roku kosztował 3,60 zł, na wiosnę podskoczył do 4 zł, a od ub. miesiąca już do 5 zł. Tyle samo wkrótce zapłacą kierowcy, którzy będą chcieli zostawić auto w ścisłym centrum Rzeszowa.
– Mam 74 lata, od ponad pięćdziesięciu płacę podatki, a to takich ludzi jak ja najbardziej dotknie ta podwyżka. Dla mnie 5 zł to jest kawałek sera, albo kilogram gruszek. I po takie zakupy czasem jeżdżę na bazar przy Targowej – mówi pan Zbigniew, mieszkaniec os. Wilkowyja, który po informacji o kolejnej podwyżce zadzwonił do naszej redakcji. – Ktoś zaraz powie, żebym wsiadł w autobus, bo mam przecież przejazdy za darmo. Tyle że to nie taka prosta sprawa. Do najbliższego przystanku jest jakieś 500 metrów, a ja mam problemy z chodzeniem. Może by tak osoby po 65. roku zwolnić z tych opłat parkingowych?
Niestety, pytanie to trzeba uznać za retoryczne. Urząd Miasta właśnie włączył tryb zaciskania pasa. W trakcie tej samej sesji, na której zapadła decyzja o podwyżkach, prezydent przedstawił założenia przyszłorocznego budżetu i nazwał go najtrudniejszym od ponad 20 lat. Już na wstępie zakłada on ponad 40 mln strat. Uda się przy tym utrzymać np. darmowe przejazdy dla uczniów, jednak na jakiekolwiek nowe ulgi rzeszowianie raczej nie mają co liczyć. I choć ostateczny kształt budżetu poznamy za kilkanaście dni, już teraz czas się przyzwyczajać, że w przyszłym roku nie dość, że drożej, pod wieloma względami będzie także skromniej. – Nie ma już pieniędzy na dotacje dla klubów sportowych, nie ma na żadne światełka, nie ma na jakiekolwiek większe wydarzenia. Wszystko jest obcięte – grzmiał Konrad Fijołek.
Miasto przyciąga i staje się coraz droższe
Na forach internetowych w ostatnim czasie można spotkać się z opiniami, że stolica Podkarpacia staje się coraz mniej atrakcyjna do życia. Zdaniem dr. Mirosława Kurka, ekonomisty z WSPiA Rzeszowskiej Szkoły Wyższej, paradoksalnie to po części wina tego, że od lat miasto przyciąga jak magnes. – Rzeszów stał się lokalną metropolią. Zrobił się modny, a cierpią pozostałe duże miasta regionu, niegdyś wojewódzkie. Dla mnie takim symbolem jest Przemyśl, w którym pracowałem przez lata, bo mieliśmy tam uczelnię. W pewnym momencie doszło do sytuacji, że pomimo tego, że w obu oddziałach uczyli ci sami wykładowcy, nagle w Rzeszowie zaczęliśmy mieć studentów z Przemyśla. Oni woleli się przenieść tutaj i ponosić wyższe koszty życia po to tylko, żeby mieszkać w atrakcyjnym mieście – mówi.
– Pamiętajmy też, że chociaż Rzeszów ma ok. 200 tys. mieszkańców, codziennie do pracy, szkół, na uczelnie, wjeżdża tu ponad 100 tys. ludzi.
– Więc w ciągu dnia to jest ponad 300 tysięczne miasto. Miejmy tę świadomość, że to przyciąganie przynosi też taki efekt, że stolica Podkarpacia stała się relatywnie drogim miastem.
Jako jeden z przykładów ekonomista podaje sytuację na rynku nieruchomości. W jednym z opublikowanych niedawno ogólnopolskich rankingów Rzeszów znalazł się wśród 4 z 17 miast, w których mieszkania zamiast tanieć, stają się coraz droższe. Z raportu wynika, że za kawalerkę trzeba tu już zapłacić więcej niż za podobne mieszkanie w Łodzi, Katowicach czy Bydgoszczy. Za metr sprzedający chcą średnio 10 275 złotych, o 7,1 proc. więcej niż trzy miesiące wcześniej. W stolicy Podkarpacia podrożały też mieszkania średnie – do 8315 zł za metr i te największe – do 7300 zł za metr. – Jeśli chodzi o wzrosty cen metra kwadratowego, Rzeszów ostatnio jest w czołówce. To niepokojące zjawisko, bo także ma wpływ na droższe życie – twierdzi ekonomista z WSPiA.
Będzie coraz drożej
Mówiąc o zapaści w miejskich finansach Konrad Fijołek główną winą obarczył wprowadzenie przez obecny rząd zmian w systemie podatkowym, które obniżają udział samorządów w podatku PIT. Dodał do tego skutki pandemii, wojny w Ukrainie i co za tym idzie – poważne kryzysy energetyczny i inflacyjny. W środę Główny Urząd Statystyczny z dumą ogłosił, że w tym ostatnim przypadku jest coraz lepiej. W listopadzie inflacja w Polsce (w skali roku) wyniosła 17,4 proc., mniej niż w październiku, gdy osiągnęła rekordowe 17,9 proc.
– To, że trochę drgnęła w dół niewiele znaczy. Teraz będziemy zapewne słyszeć, że ta inflacja wyhamowuje, ale to po prostu będzie oznaczać niższe tempo wzrostu cen, a nie, że będą niższe. Przecież one już będą zawierać w sobie tegoroczne podwyżki. Dla mnie symbolem jest chleb, który rok temu w moim sklepiku kupowałem za 3,50 zł, a teraz kupuję za 7 złotych. I nie sądzę, żeby to był koniec. Zimą i na wiosnę dostaniemy nowe rachunki za prąd i gaz, w górę pójdą czynsze. Do tego kończy się tarcza antyinflacyjna. To wszystko będzie rzutować na dalszy wzrost cen wielu artykułów, a to z kolei oznacza, że życie będzie coraz droższe – kończy dr Mirosław Kurek.
Grzegorz Król


