
Rozmowa z Tomaszem Wietechą, bramkarzem Stali Stalowa Wola.
– Kibicuję Sebastianowi Mili, bo to fajny człowiek. Ale we wtorek zrobię wyjątek – mówi Tomasz Wietecha, kapitan Stali Stalowa Wola przed pucharowym pojedynkiem ze Śląskiem Wrocław.
– Jak nastroje przed meczem z trzecią drużyną ekstraklasy?
– Byłyby lepsze, gdybyśmy w sobotę nie przegrali ze Stalą Mielec. Mecz pucharowy z tak klasowym zespołem to jednak inna bajka i pewnie nikt z nas nie będzie wracał do nieudanych derbów. Jestem dobrej myśli. Lubimy grać z mocnymi przeciwnikami. Wrocławianie muszą wygrać, my tylko możemy. Nastawiamy się na twardy bój, wiemy, że swoje w meczu trzeba wybiegać, a jak będzie, zobaczymy.
– Tej jesieni Śląsk radzi sobie doskonale, ma tyle samo punktów, co pierwsza Legia i druga Jagiellonia. Sensacji trudno się spodziewać.
– Doceniam to, co robi Śląsk, ale zapewniam, że to drużyna do pokonania. W sierpniu tamtego roku do 86 minuty prowadziliśmy z wrocławianami, a potem pechowo straciliśmy gola. Przez rok wiele się w Śląsku zmieniło, jednak my też zrobiliśmy postępy. Zapowiada się interesujące spotkanie.
– Sebastian Mila i wszystko jasne. Chyba jest się kogo bać?
– Kibicuję mu i w Śląsku, i w reprezentacji, bo to strasznie fajny człowiek. Ale tylko człowiek. Sebastiana też da się powstrzymać. Jego rzuty wolne? Koledzy obiecali, że nie będą go faulować (śmiech).
– Ceni pan Milę, kogo jeszcze?
– Zapamiętałem Tomka Hołotę, który strzelił nam tego gola w końcówce. W gazie jest Flavio Paixao, trafiający ostatnio jak na zawołanie. Jego brat Marco przed rokiem też dał się nam we znaki.
– Szukając waszych atutów, na myśl przychodzi boisko…
– Old Trafford to nie jest, lecz tragedii jeszcze nie ma. Zresztą Śląsk zna murawę w Stalowej Woli. Gorzej, że musimy się przygotowywać po lasach, tak jak się to robiło 20 lat temu. Nie mamy w mieście sztucznego boiska albo drugiego dobrego placu do gry. To nie ułatwia nam pracy, choć jesteśmy zahartowani i nie skarżymy się.
– Jak doprowadzicie do rzutów karnych, szala przechyli się na stronę „Stalówki”. Jest pan specjalistą od obrony „jedenastek”, pięć lat temu doprowadził pan do rozpaczy Roberta Lewandowskiego i jego kolegów z Lecha Poznań.
– Nie mam nic przeciwko, żeby historia się powtórzyła (śmiech).
– Młodszych kolegów trema nie zeżre?
– Nie wydaje mi się. Gramy u siebie, możemy liczyć na głośny doping. Środek tygodnia, godzina 13 – to nie jest wprawdzie najlepsza pora dla kibiców, ale wierzę, że frekwencja dopisze i atmosfera będzie wspaniała.
– Pojawią się telewizyjne kamery, więc na stare lata będzie się można pokazać piłkarskiej Polsce.
– Pomacham rodzinie za granicą. A tak na poważnie, otoczka jest fajna, lecz nie robimy z tego wielkiego halo. Wychodzimy na boisko i gramy na tyle, na ile nas stać.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


