Nosal to dla nich „pestka”

Nosal ma 1206 m n.p.m. Osoby po Amputacjach w trudnych warunkach pokonały 5 km 600 m
w czasie 4 godzin. Wysiłkowo była to dużo trudniejsza wyprawa niż na Tarnicę 1346 m n.p.m., którą zaliczyli wcześniej. Gdzie następna wyprawa? Teraz to K2 albo Mount Everest. Fot arch. RZO

– Zawróćcie, póki jeszcze można, to golgota – usłyszeli od goprowców, gdy podeszli, by zmierzyć się z górą. – Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zapytać (ustalić) idziemy czy wracamy. Odpowiedź padła taka, jakiej się spodziewałem – idziemy! Damy radę! Za 100 m zapytałem, czy na pewno idziemy, ponieważ już za chwilę wrócić się nie da (ogromne kamienie w dół nie do pokonania, można jedynie wyjść na szczyt i zejść z niego łagodniejszą stroną do Kuźnic). Idziemy! Damy radę! – usłyszał Mariusz Grela z Rzeszowskich Zakładów Ortopedycznych, organizator podejścia dla osób po amputacjach.

Tak zaczęła się kolejna wyprawa w góry osób po amputacjach. Wyjście rozpoczęli od zdobycia góry Nosal o wysokości 1206 m n.p.m. Podchodzili stromym zboczem, a schodzili od strony Kuźnic.
– Trud wyjścia był ogromny, podejście strome, kamieniste, częste półki (stopnie) zrobione z belek. Dałam radę, jestem szczęśliwa – mówiła Renata Sabal, która pomimo amputacji udowej jest kierowcą tira, ale tu pod koniec wspinaczki każdy krok był dla niej cierpieniem. – Po co mi to było, przecież nikomu nic nie muszę udowadniać – żartowała. Wieczorem przy ognisku odzyskała jednak siły i zapowiedziała kontynuację spotkań i pokonywanie nowych wyzwań. Bo tacy oni są, bez nogi/nóg, ale mocarze. Podejmują się wyzwań, których nie chce się podjąć gros zdrowych osób. Dla nich to jednak być albo nie być.
Jak podkreśla Mariusz Grela wśród 18 uczestników wyprawy na Nosal było czterech pacjentów po osseointegracji. – Tu ewidentne było widać przewagę implantu nad lejem protezowym, osobiście sam pierwszy raz widziałem swoich podopiecznych w tak trudnej akcji. To bardzo motywuje mnie to do pracy i propagowania nowej, najlepszej metody protezowania pacjentów i walki o środki finansowe na osseointegrację – mówi Grela.
Wśród uczestników był Filip Stroiński, który jak podkreśla Grela „przeszedł samego siebie i dokonał wyjątkowego wyczynu”. – Nadaliśmy mu przydomek góral z Gdańska. Zaraz po zdobyciu Nosala chwilę odpoczął, przemieścił się samochodem pod szczyt Kasprowego i razem z narzeczoną wyszedł nań. Oczywiście potem zjechał już kolejką – mówi.
To jeszcze nie koniec wyczynów. Potem oczestnicy ekstremalnej nawet jak dla zdrowych uczestników wyprawy pojechali na Przełom Białki, gdzie kiedyś był kręcony „Janosik”. – Nasi podopieczni zdobywali szczyt wchodząc i schodząc na linach. Po krótkim, ale profesjonalnym szkoleniu każdy, kto chciał, został zapięty w uprząż i wychodził. Każdy, kto chciał to znaczy wszyscy. Tu swoją moc charakteru pokazała Ania Baran-Żak. Mając dwie protezy podudziowe w pewnym momencie wciągania się na linach przestraszyła się, czy w tak trudnych warunkach nie zsuną się jej protezy… Dlatego krótki, końcowy etap pokonała na kolanach. Czy to nie mocarz? – pyta Mariusz Grela.
Pokonywanie własnych słabości to jedno. Sprawni- niepełnosprawni potrafią się też bawić. Po powrocie do bazy na obiadokolację były oczywiście tańce. Tu w osłupienie wprowadził wszystkich Daniel Walaszek tańcząc na implancie breakdance. Można? Można!

Anna Moraniec