
Sztuczne choinki, masowej produkcji bombki, trzy, może cztery dania na wigilijnym stole. Pusty talerz dla Kevina, który znów nie będzie siedział sam, bo spędzi święta z tysiącami polskich rodzin… to współczesne realia. Są jednak i takie domy, które 24 grudnia, od lat wypełnia tajemnica narodzin Pana, dusze zmarłych przychodzą na pośnik,
a stworzenia ludzkim głosem gadają…
Lasowiaczki z Baranowa Sandomierskiego, zwolenniczki tradycji, każdego roku łamiąc się opłatkiem z najbliższymi, z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy same były jeszcze dziećmi. Przed oczyma stają im wtedy, jak żywe, tamte obrazy, powracają dawne kuchenne zapachy i głosy tych, którzy już dawno odeszli…
– U Lasowiaków przygotowania do wieczoru narodzin Pana zaczynano już bladym świtem… Tak jak przed laty opowiadała o nich Hanna Rzeszut, tak teraz wspominają je obecne członkinie Zespołu Obrzędowego Lasowiaczki Barbara Sroczyńska i Zofia Wydro, które w mieście słynącym z Małego Wawelu przygotowały staropolską wieczerzę pełną zapomnianych zwyczajów, lasowiackiej gwary i wspomnień.
– Jak kogut zapioł trzy razy, a nie było innego zygara, mama budziła tate „Franek” wstoń, już trzy razy kogut pieje, będzie trzecio godzina, jedź po drzewko do lasu”. Drzewko było nieduże, bo były chałpecki małe. Albo to było kilka gałązek uwiązanych i, tak jak drzewko, u powały powiszone, takie podłaźniki. Ubirały je ludziska jak mogły. Były i janioły z bibuły, łańcuchy, koszyczki, gwiozdy. Ale nie każdy mioł tyle bibuły, nie miały na to piniędzy. Jedna sąsiadka kupiła różowo, drugo biało i dzieliły się. A te janioły to po świentach były prostowane i składane w jakiś skrzynce, żeby myszy nie zjadły, muchy nie łomszczyły. Tak było to chronione i szanowane, że trudno dziś wom zrozumieć… – opowiada jedna z lasowiaczek.
Świąteczny król
Pracowity był cały ten niezwykły grudniowy dzień, a uwijano się, by nim wzejdzie pierwsza gwiazda, wszystko było gotowe. Gdy kobiety kończyły przygotowania do wieczerzy, gospodarz robił jeszcze obrządki w stodole i stajni. Rychtowoł króla i siano na stół. Król to był z prosty, jeszcze nie młócony słomy, taki ze zbożem, snop. Związany był trzema powróskamy, bo trzy łosoby były w stajence betlejemski – Pan Jezus, Matka Boska i Józef Świenty. Zawsze jak łojciec przychodził do izby, jak było już wszystko gotowe, chwolił Boga i stawioł króla w południowym koncie izby, żeby dobre urodzaje były. Nie było bez znaczenia, w którym kącie owego króla się stawiało, bowiem od północy „przychodziło” samo złe – chmury, grady i zarazy. Gdy już każdy z domowników był umyty i wyszykowany, następowało symboliczne obmycie w cebrzycku. Do drewnianego cebra wrzucało się garść siana, bo Jezus urodził się na sianie, grosik, żeby się pieniądze „trzymały”, wlewało się wody i dopiero w tym myło twarz. – Żeby nie było chorób, zarazy, ta woda z sianem broniła i chroniła od tego wszystkiego – zdradza lasowiacką tajemnicę zdrowego życia Barbara Sroczyńska.
Dopiero po tych przygotowaniach można było zasiąść do wigilijnego stołu. – Nim my zaczeli jeść, wpirw była modlitwa, a tak długo, że jak my dzieci jeszcze były, to aż się mdlało, bo przecie cały dzień się pościło – wynika ze starej lasowiackiej opowieści. – A jesce strosyły nos baby jak gotowały, żeby nie porywać nicego z gorcka, bo bedo zemby bolały. To tak my wyglądały cy ta pirszo gwiozdka już świci, a jak było pochmurno, to gdzie tam były jakie gwiozdki… Gdy już zmówiono wszystkie pacierze, połamano się opłatkiem i złożono życzenia – a życzyło się i zdrowia, i żeby grady nie niszczyły, i żeby urodzaje były, a nie nawidzały jakie choroby – rozpoczynano ucztę. – Kapusta z kaszo jaglano, kapusta z grzybami, źmioki z łolejem prowdziwym lnianym i z cebulo, chopcie, tero to godajo gołąbki, z kaszo jaglano, bo ryżu się nie znało, z grzybami, łomaszczone łolejem, a kapusta musiała być kiszono, całe głowy – Anna Rzeszut wylicza dania, jakie spożywano. Ryb na lasowiackim stole nie było długo. – Bo tylko pany ryby jadały – wspomina. – Dopiro po wyzwoleniu były śledzie solone, co to ło cholewe się łotrzepało, a karpie to „przyszły” dopiro jak był może 64 rok. A że czasy to było takie, że i „elektryki” nie było, więc honorowe miejsce na wigilijnym stole zajmowała gromnica.
– Pośnik jadło się z jedny miski, każdy mioł swojo łyżke i nie zmieniało się ji, bo trza było cały czas trzymać, żeby krzyże nie bolały przy żniwie, przy kopankach. Dopiro po skońcony wieczerzy baby brały łyżki i wiązały je słomo, żeby się rodzina nie rozpodła. Najważniejsza w domu gospodyni nie mogła wstawać od stołu, żeby kwoki siedziały na jajach… Musiała być na stole jedno pusto miska i łyżka – ten zwyczaj jako nieliczny dotrwał do współczesnych czasów, ale inny, o którym wspomina Lasowiaczka, nie jest już znany. – Na noc na łoknie tyż stawioły chlib, miske, a w ni kapuste, bo dusze które w tym domu umarły, przychodziły na wilijo i nijak żeby ich puścić głodnych. Nieroz to koty wlazły i zjadły, ale ludziska godały, że dusze były… Gdy już wszyscy domownicy najedli się do syta, śpiewano kolędy, a gospodarz wziąwszy kolorowy opłatek i chleb, szedł „do stworzenia”. Do koni, do krów i życył temu stworzeniu, żeby zdrowe było. Gospodyni wykładała po łyżce kapusty z grochem po kątach to dlo pieska, to dlo kotka, bo my z jego cęści żyjewa…
Lasowiaczki przywołują legendę, która nieco wyjaśnia dawne zwyczaje. – Jak Matka Boska chodziła po świecie, to źdźbło zboża od samego spodu do końca miało ziarno. – Ale była tako nicpota baba, co to ziarno tak ręką zsuneła i wrzuciła w to, co się dziecko urobiło – opowiada babka. – Widzioł to Pan Jezus i mówi „nie, marnowania tak nie będzie” i chcioł, żeby jak najmni było tego ziarna. Ale… Mata Boska chwyciła rękom i tyle tego kłoska zostało, co Matki boski dłoń. – Zostało to co dla pieska i kotka miało być, więc już wita cego my z ich cęści żyjewa…
Na koniec świąt, najstarsza z rodu, paliła resztki sianka ze stołu i kadziła dom. – Zeby bronić od złego – tłumaczą lasowiacki. – Zeby jako zoraza się nie wplątała, bo to cholera i różne choroby nawidzały. Tak kończono te świenta…
Małgorzata Rokoszewska


