
Codziennie z uśmiechem na twarzy idą do pracy. Odprowadzają dzieci do przedszkola, albo szkoły. Gotują, piorą, sprzątają i… udają, że żyją. Ciągle myślą: „dlaczego”. Mają nadzieję, którą tracą. Nocą zdarza się, że płaczą w poduszkę. Dręczyciel zabija w nich godność i poczucie własnej wartości. Robi to każdego dnia, systematycznie. Otoczenie niczego nie widzi, albo o niczym nie wie.
Ofiary przemocy psychicznej i ekonomicznej zazwyczaj milczą. Czasem całymi latami. Dlaczego? Bo wstydzą się powiedzieć komukolwiek o tym, jak traktuje je człowiek, który powinien być dla nich najbliższą osobą i wsparciem. O takim właśnie dramacie rozgrywającym się w czterech ścianach tzw. dobrego domu opowiada niedawno wydana powieść „Łono”. Książka pokazuje mechanizm przemocy psychicznej, ale także drogę, jak z niej wyjść i uwolnić się od dręczyciela.
Akcja powieści rozgrywa się tuż przed Bożym Narodzeniem. Bynajmniej nie jest to lekkie „czytadełko” ani tzw. wyciskacz łez. „Łono” napisała kobieta z Podkarpacia, która na razie nie chce ujawniać swego wizerunku, ani prawdziwych danych. Jako pseudonim przyjęła nazwisko postaci fikcyjnej, głównej bohaterki swojej książki, Alicji Podkarpackiej. Nam udało się do niej dotrzeć.
Dlaczego kryje się za fikcją? – Nie szukam osobistego rozgłosu. Możliwe, że nie jestem na to jeszcze gotowa – nie kryje. – Nie piszę zawodowo. Pracuję w szkole, w małym mieście, gdzie wszyscy się znają, a to, czego potrzebuję najbardziej i co cenię wysoko, to spokój – wyznaje. – Nie wykluczam, że kiedyś ujawnię swoje dane. Na razie wolę pozostać anonimowa.
Horror w czterech ścianach
Bohaterka powieści Alicja i jej mąż Robert oraz dwoje dzieci tworzą z pozoru modelową rodzinę. Podkarpaccy nie mają problemów finansowych. Prowadzą otwarty dom. Nie brak takich, którzy zazdroszczą Alicji zaradnego męża będącego duszą towarzystwa. Tymczasem w czterech ścianach Podkarpackich rozgrywa się horror kobiety i jej dzieci. Nikt o tym nie wie, bo Alicja o tym nie mówi. – Bohaterka jest zbyt dumna i ambitna, a jednocześnie uważa, że z potrzasku, w którym się znalazła, nie ma wyjścia – wyjaśnia autorka powieści. – To bardzo typowe, że takie właśnie osoby: honorowe, inteligentne i wrażliwe, stają się ofiarami przemocy ekonomicznej i psychicznej. Ze swoimi problemami zmagają się samotnie, ukrywają to, co dzieje się w ich domach. Mają poczucie winy i przekonanie, że to wstyd, iż dopuściły do takiego traktowania siebie. Ich wstyd. Tymczasem oprawcy i oprawczynie doskonale o tym wstydzie wiedzą, i perfidnie wykorzystują to, by dręczyć swe ofiary dalej – kontynuuje.
Z kart powieści trudno wywnioskować, gdzie toczy się jej akcja. To „Mieścina Wsina”, położona gdzieś na „Końcu Końca Polski B”. W środku miejscowości znajduje się niczym w Przemyślu stok narciarski, odnaleźć tam można także elementy charakterystyczne dla innych polskich miejscowości. – Na pytanie, gdzie rozgrywa się akcja powieści, odpowiedź mam jedną : wszędzie! – To, co spotykało bohaterkę, nie dotyczy jednego, konkretnego miasta na Podkarpaciu. Mimo że moja opowieść inspirowana jest zaledwie dwiema prawdziwymi historiami, zdarzyło mi się usłyszeć od osób pochodzących z różnych stron Polski i nie tylko Polski, że to o ich życiu napisałam „Łono” – tłumaczy autorka. – Zadziwiające, jak bardzo schematyczny jest mechanizm takich związków, takich relacji. I jak osobom patrzącym z zewnątrz proste wydaje się dostrzeżenie go i wyzwolenie się z niego. Tymczasem jest inaczej. „Sidła” przemocy domowej, szczególnie tej dotyczącej ludzi zamożnych, wykształconych, zastawiane są „w białych rękawiczkach” – powoli i niezauważalnie. Kiedy już ofiara się w nich znajdzie, intelekt przestaje pracować na jej korzyść, a wszystko komplikuje się i sprzyja oprawcy – przyznaje nasza rozmówczyni.
Źle pojmowana godność
Konstrukcja powieści jest złożona z dwóch warstw. Pierwsza, to sceny rozgrywające się w okresie okołoświątecznym, kiedy Alicja zaczyna jaśniej postrzegać sytuację, w której się znalazła. Ten wątek zamyka noc sylwestrowa. Druga warstwa, to pełna czarnego humoru retrospekcja w postaci pamiętnika bohaterki. – Ta płaszczyzna pokazuje, jaką osobą była Podkarpacka, zanim uwikłała się w wyniszczający związek, oraz w jaki sposób życie z toksycznym człowiekiem potrafi zniszczyć rodzinę, marzenia, a nade wszystko poczucie godności i własnej wartości – wyjaśnia autorka powieści. – Pamiętnik stanowi też potrzebną, zdrową przeciwwagę do przygnębiającego głównego wątku. Bez humoru, którym nasycone są zapiski bohaterki, wątek przemocy domowej byłby chyba nie do udźwignięcia – zauważa autorka. – Dzięki niemu czytelnik zaczyna rozumieć proces, który wesołą, przebojową i pewną siebie kobietę zmienił w psychiczne i fizyczne zombie myślące tylko o tym, jak przeżyć kolejny dzień bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony męża, bez bliskich i bez pieniędzy.
Alicja zmaga się ze swoją tragedią zupełnie sama, bo mąż skutecznie izoluje ją od jej przyjaciół i znajomych. Dodatkowo, broniąc swojej źle pojmowanej, jak się okazuje, godności, kobieta pogarsza sytuację własną i dzieci z dnia na dzień.
Przemocowcy potrafią się kamuflować
Jak to się stało, że bohaterka związała się z człowiekiem takim jak Robert, zwanym też Robciem? Za krótko się znali? – Nie, absolutnie nie. Podkarpaccy poznali się jako bardzo młodzi ludzie, licealiści – wyjaśnia autorka. – Nie chciałabym zdradzać szczegółów, ale w chwili, gdy się spotykają po raz pierwszy, Robcio przedstawia Alicji tak bezczelną prośbę, że już wtedy bohaterka powinna brać nogi za pas. Dziewczyna jest jednak zbyt niedoświadczona. Mimo że odczuwa nieustanny niepokój towarzyszący rozwojowi tej dziwnej relacji nie udaje jej się przewidzieć, że fascynujący Robert odsłoni w przyszłości twarz narcyza, okaże się osobą zdolną nie tylko do absolutnej dominacji, ale też do okrucieństwa – zauważa nasza rozmówczyni. – Zwykle tak właśnie jest, że przemocowcy doskonale się kamuflują, zanim całkiem osaczą swą ofiarę – dodaje. – Dlatego trzeba podejmować ten trudny temat, edukować, przestrzegać…
Dla tych, którzy tego nie przeżyli, to SF
Choć powieść ukazała się w październiku tego roku, powstała dość dawno temu. – Tekst ma już prawie 10 lat – przyznaje autorka. – Najpierw długo, ponad trzy lata wahałam się, czy przedstawić „Łono” jako propozycję wydawniczą. Nie była to łatwa decyzja. Wiedziałam, że temat jest niszowy, historia dość „mocna”, a dodatkowo zależało mi na całkowitej anonimowości, co zwykle komplikuje sprawy związane z promocją książki. Ostatecznie, w wielkiej tajemnicy, dzięki prywatnym kontaktom dotarłam do pewnej osoby, która zdecydowała się „wydać werdykt”. Przekazałam tekst „Łona” w fachowe, jak mi się wówczas zdawało, ręce, i wkrótce przeżyłam ogromne rozczarowanie. Dowiedziałam się, że moja powieść jest ekstremalnie brutalna, straszna, obsceniczna, ohydna, a jedyny jej walor, to plastycznie przedstawiony światek polskiej prowincji. Cóż, uwierzyłam. Kilka lat później dowiedziałam się jednak, że mój tekst oceniła starsza pani, której całe długie życie upłynęło szczęśliwie i dostatnio u boku kochającego męża, a więc świat przedstawiony w „Łonie” był dla niej czymś w rodzaju SF – wyjaśnia autorka.- Niemniej, ten niefortunny zbieg okoliczności spowodował, że zamiast wydać powieść, skazałam ją na siedem lat „leżakowania”.
Dziś nie ukrywa, że kiedy w listopadzie pojawiły się w sieci pierwsze recenzje książki, nie miała ochoty ani odwagi ich czytać. – Podświadomie spodziewałam się podobnej jak przed laty reakcji. Wspaniale było jednak w końcu przełamać lęk i „rozczarować się pozytywnie” – dodaje.
Jak wstać z kolan i walczyć
„Łono” ma otwarte zakończenie. Nie wiemy, jak potoczą się losy bohaterki. Czy sobie poradzi? Jakie decyzje podejmie? Na pewno zdaje sobie w końcu sprawę, że czas wstać z kolan i wyzwolić się od oprawcy, oraz że będzie musiała zrobić to niemal zupełnie sama. – Część kontynuacji losów Alicji już powstała – zdradza nam autorka. – Nie chcę się jakoś szczególnie śpieszyć z pisaniem. To nie tylko opowieść o samotności w walce z prowincjonalnym systemem wzajemnych powiązań, a o tym, czy Alicja zdoła zmierzyć się z Robertem, ale przede wszystkim jest to historia o emocjach. A o nich nie powinno się ani mówić, ani pisać pochopnie – zauważa.
Tytuł powieści jest niejednoznaczny. Pozornie sytuuje „Łono” w kręgu tekstów erotycznych. Tymczasem ze sferą seksualną, poza nielicznymi fragmentami, „Łono” niewiele ma wspólnego. Tytuł to słowo klucz. W podstawowym znaczeniu odnosi się do zupełnie przyziemnego marzenia Alicji. Wiąże się także z tajemniczą zawartością pewnego pendriva, który odegra kluczową rolę w przebudzeniu bohaterki z transu, w jakim żyje od lat. Przede wszystkim jednak jest to słowo odzwierciedlające relacje Roberta z żoną, jego ofiarą – wyjaśnia autorka.
Prawdziwe życie to nie reklama
Wiemy już zatem sporo o powieści i niewiele o autorce, ale chcemy życzyć jej wesołych i spokojnych świąt. – Wzajemnie – odpowiada. – Właściwie nawet lubię Boże Narodzenie – uśmiecha się. – Nie znoszę cukierkowych obrazów rodzinnych, jakie kreują media. Takie narzucanie idealnej wizji powoduje, że ofiary przemocy milczą latami, wstydząc się, że nie pasują do lukrowanego schematu – podsumowuje. – Nie zapominajmy, że lansowane obrazy, podobnie jak reklamowane zupy w proszku, są sztuczne. Reklama to nie jest prawdziwe życie. Prawdziwe świąteczne pierniki będą trochę koślawe, kilka pierogów się rozgotuje. I pewnie w niejednym domu dojdzie do spięcia, poleją się łzy. Ale prawdziwe święta i prawdziwe życie nie muszą być idealne – podkreśla nasza rozmówczyni.
– Powinny być jednak wolne od przemocy, spokojne, dobre…
Monika Kamińska


