
– Witalik to grzeczny chłopak był – opowiada pan Mikołaj Baran z Przemyśla. – Ciekawy wszystkiego,
lubił pozwiedzać, poznać nowe miejsca. Kiedyś powiedział mi, że zobaczę, iż będzie kimś ważnym na świecie
– wspomina przemyślanin. – Potem podziwiałem go podczas walk bokserskich, ale teraz, gdy jest merem broniącego się
przed rosyjską agresją Kijowa, jest prawdziwym bohaterem – podkreśla pan Mikołaj. – Co bym mu dzisiaj powiedział?
Powiedziałbym, żeby się trzymał! I że będzie dobrze – dodaje ze łzami w oczach.
Ulica, na której mieszka pan Mikołaj Baran, jest cicha. Jest też piękna, bo tonie teraz w majowej zieleni. Tylko droga trochę kiepska, bo sporo dziur. – Teraz to całkiem „przyzwoita” – zapewnia gospodarz, witając nas w progu. – Kiedyś to było naprawdę wyzwanie – przekonuje. – Ale Witalij i Wołodymyr Kliczkowie zawsze tu do mnie jakoś trafiali – uśmiecha się.
To były lata 90. zeszłego wieku. Pan Baran, z zawodu i zamiłowania budowlaniec, uczył w jednej z miejscowych szkół zawodowych, ale że zarobki nie były rewelacyjne, dorabiał sobie także jako przemyski taksówkarz. – Wtedy przez Przemyśl przewijało się mnóstwo Ukraińców, którzy przyjeżdżali na handel – wyjaśnia pan Mikołaj.
– Tymczasem z bazą noclegową było u nas naprawdę krucho. Ci ludzie nie mieli się gdzie zatrzymać. Nieraz jako taksówkarz woziłem ich po całym mieście i po okolicznych wioskach, bo szukali miejsca na nocleg – opowiada.
Pewnego razu do taksówki pana Mikołaja wsiadł młody, rosły Ukrainiec. – Sam nie jestem ułomkiem, ale to naprawdę był kawał chłopa – śmieje się gospodarz. – A przy tym grzeczny taki, spokojny. Chciał kupić u nas parę rzeczy, coś zobaczyć w okolicy – wyjaśnia. – No ale przede wszystkim chciał gdzieś znaleźć kwaterę, a z tym był problem – tłumaczy gospodarz. – Szkoda mi się chłopaka zrobiło – przyznaje. – Powiedziałem mu, że mam duży dom, miejsca u mnie niemało, więc jeśli chciałby się u mnie zatrzymać, to czemu nie. Bardzo się ucieszył i tak oto zaczęła się moja znajomość z Witalijem Kliczką, późniejszym mistrzem bokserskim i obecnym merem Kijowa – wspomina pan Mikołaj.
Zjeść lubili, wypić – niekoniecznie
Wizyta grzecznego chłopa na schwał z Ukrainy u państwa Baranów nie była jednorazowa. – Za jakiś czas znów przyjechał i to nie sam! Razem z Witalikiem zagościli u nas jego brat Wołodymyr, podobny do niego prawie jak bliźniak, i bardzo piękna dziewczyna, postawna brunetka – opisuje przemyślanin. – Tak, to chyba ta sama – mówi oglądając w Internecie zdjęcia Witalija Kliczki z jego żoną, które mu pokazujemy. – Wszyscy byli bardzo mili, spokojni i wdzięczni za kwaterę – podkreśla. – Moja żona dobrze gotuje, to się zawsze u nas pożywili, a zjeść to lubili bracia Kliczkowie, szczególnie pierogi – śmieje się pan Mikołaj.
Za to, jak wspomina nasz gospodarz, z piciem alkoholu bracia Kliczkowie nie przesadzali. – Byle czego nie pili i, jak się to mówi, delikatnie – podkreśla. – Przywozili czasem z sobą koniak z Odessy, taki z najwyższej półki, to wypiliśmy po kieliszku, ale więcej nie. Obaj mówili, że są sportowcami i picie nie dla nich. Wtedy już Witalij miał kontakty z Gwardią Warszawa i z niemieckimi trenerami – wspomina pan Mikołaj. – A raz przyjechali z Wołodymyrem i dwoma trenerami z Ukrainy. Jak mi do mojego ówczesnego samochodu wsiadło czterech takich rosłych mężczyzn, to aż resory zajęczały – śmieje się przemyślanin. – Sam kiedyś troszkę boksowałem i podczas jednej z wizyt Witalija skądś pożyczyłem rękawice i postanowiliśmy „spróbować się” dla żartu – opowiada. – Ja tam coś próbowałem zrobić, ale szans dosięgnąć go nie miałem, wiadomo – śmieje się pan Mikołaj. – On mnie tylko tak delikatnie uderzył i… przewróciłem się na kanapę. Oczywiście nic mi nie było, za to była z tego kupa śmiechu – dodaje mężczyzna.
Były też poważniejsze rozmowy. – Kiedyś tak siedzieliśmy sobie przy koniaczku i Witalij powiedział do mnie: „Wie pan, panie Nikołaj, ja kiedyś daleko zajdę, będzie o mnie głośno na świecie, zobaczy pan”. Tak mówił, a ja mu tego z całego serca życzyłem, bo przecież to taki fajny, skromny i spokojny chłopak był. Ale przyznaję, że nie przypuszczałem wtedy, że goszczę u siebie przyszłego mistrza bokserskiego, mera Kijowa, a teraz to i bohatera narodowego Ukrainy – mówi przemyślanin. – Nawet mi nie przyszło do głowy, żeby zdjęcia sobie zrobić z Witalijem i Wołodymyrem, a aparat fotograficzny miałem – uśmiecha się.
Z polskim policjantem też się dogadał
W czasach, o jakich opowiada pan Mikołaj, telefony komórkowe nie były tak popularne jak dziś, do tego miały słaby zasięg. Ale Witalij i Wołodymyr, gdy tylko przyjeżdżali do Przemyśla, zawsze umieli znaleźć naszego gospodarza. – Szukali mnie na postoju – wspomina przemyślanin.
– Jak mnie nie było, to poczekali. A potem jechaliśmy do mnie, żeby się posilili i odświeżyli po podróży. Następnie jeździliśmy tu i tam – uśmiecha się. – Na przykład do Rzeszowa, bo w Przemyślu nie było wtedy sklepów z markową odzieżą sportową – wyjaśnia. – Kiedyś podczas takiego wypadu do Rzeszowa zatrzymała nas policja. Nie tak za nic, bo prędkość przekroczyłem wtedy – przyznaje gospodarz. – Jechałem dość wolno, a Witalij mnie ponaglał – śmieje się pan Mikołaj. – Troszkę mi na ambicję wjechał, bo mówił: „Panie Nikołaj, takie auto masz, a tak wolno jedziesz”- wspomina. – A ja miałem wtedy mercedesa „beczkę”, na tamte czasy całkiem porządne i szybkie auto – uśmiecha się przemyślanin. – Przycisnąłem więcej gazu i zaraz za kioskiem w Łańcucie policja nas zatrzymała. Witalij wtedy powiedział, że on to załatwi. Poszedł do radiowozu, chwilę go nie było, a potem przyszedł z policjantem, który mnie pouczył, żeby rozsądniej z gazu korzystać – wspomina pan Mikołaj z rozrzewnieniem.

„Powiedziałbym mu, żeby się trzymał i że Ukraińcy dadzą radę”
Potem Witalij i Wołodymyr przestali pojawiać się w Przemyślu, a Mikołaj Baran przekonał się, że słowa Witalija Kliczki o tym, że będzie jeszcze o nim głośno na świecie, nie były puszczone na wiatr. – Śledziłem jego karierę bokserską, obu zresztą – przyznaje przemyślanin. – Patrzyłem na nich na ringu i łza mi się w oku nieraz zakręciła – dodaje. Jednak chyba tego, że Witalij Kliczko zostanie merem ukraińskiej stolicy, pan Mikołaj się nie spodziewał. – Ano nie, ale bardzo się ucieszyłem – mówi. – Zapowiadał chłopak, że będzie kimś ważnym i został kimś takim nie tylko w sporcie, dumny z niego byłem – dodaje. A dziś, gdy na Ukrainie brutalnie napadniętej przez Rosję trwa wojna, gdy mer Kijowa musi bronić swego miasta narażając życie…- Co ja bym mu dziś powiedział? Powiedziałbym, że Kijów, że Ukraina i on dadzą radę! I że wszystko będzie dobrze. Chyba tyle chciałbym powiedzieć – stwierdza nasz gospodarz, w którego oczach zabłysły łzy.
Dziś znów są tu goście z Ukrainy
Wspomina się miło i czasem wzruszająco, ale życie toczy się tu i teraz. W domach państwa Baranów, i w tym, w którym kiedyś zatrzymywali się bracia Kliczkowie, i w tym, w którym gospodarze mieszkają teraz, pełno jest gości. Gości z Ukrainy. Ci goście nie przyjechali na zakupy i pozwiedzać, jak kiedyś bracia Kliczko, tylko uciekli przed wojną. – Oczywiście, że przyjęliśmy uchodźców – mówi pan Mikołaj. – Przecież mamy sporo miejsca, to naturalne było, że przyjmiemy – dodaje.
I tak w domu, w którym kiedyś mile chwile w Przemyślu spędzali Witalij Kliczko i jego brat Wołodymyr, dziś mieszkają ukraińskie uchodźczynie z dziećmi. Dzieci, jak to dzieci, bawią się w zorganizowanej specjalnie dla nich piaskownicy. Może kiedyś któreś z nich też będzie kimś ważnym i znanym na świecie…- Najważniejsze, żeby były bezpieczne i mogły wrócić do swoich domów w wolnej Ukrainie, bo bardzo tego pragną – wzdycha pan Mikołaj. – Wierzę, że tak będzie. I że będzie tak także dzięki Witalijowi…
Monika Kamińska


