Rachunki dobijają sklepy i małe firmy

Gdy we wtorek napisaliśmy o likwidacji sklepu ze sprzętem AGD „Gosposia” w Rzeszowie rozdzwonił się telefon współwłaścicieli. – Niektóre panie płakały do słuchawki, tak je ta informacja poruszyła – mówi Kazimierz Lasota, jeden ze wspólników. Fot. Wit Hadło

Współwłaściciel „Gosposi”: – Nie upadamy, dotrwaliśmy do emerytury i likwidujemy sklep, bo czasy są takie, że nie wiadomo, co będzie jutro. Na nowe rachunki postanowiliśmy nie czekać. Kwiaciarka z zamkniętej niedawno „Róży”: – Też jesteśmy na emeryturze, ale z przyjemnością pracowałybyśmy dalej. Jeszcze się czuję na siłach, dawałyśmy radę, ale jak dostałyśmy rachunek za gaz, trzeba było skończyć działalność. Kosmetyczka z małego, osiedlowego salonu: – Za prąd mam zapłacić cztery razy więcej niż przed rokiem. Chyba, tak jak podczas covid-19, trzeba będzie zejść do podziemia.

Nie ma ostatnio tygodnia, w którym nie informowalibyśmy o kolejnych zamykanych sklepach i restauracjach. Nie działa już Burger Store, który przez prawie 9 lat serwował rzeszowianom burgery, ale dobił go rachunek za prąd. Właściciel zamiast standardowych 4 – 5 tys. zł zobaczył kwotę 21 tys. „I niestety nie był to błąd” – komentował w sieci. W ten sam weekend o zamknięciu poinformowały – lokal Bagatela, który przetrwał nieco ponad rok – powód identyczny, rachunek za gaz wzrósł pięciokrotnie – i kwiaciarnia „Róża”. To dla wielu mieszkańców był prawdziwy szok – budynek z charakterystyczną szklarnią działał przy ul. Dąbrowskiego od 52 lat.
– Ta szklarnia ogrzewana była gazem i to nas dobiło. Budynek jest stary, miasto go nie remontowało, szczeliny takie, że wiatr w środku hulał. Do tego stare pordzewiałe rury, ile my musiałyśmy kombinować, żeby jakoś utrzymać odpowiednią temperaturę – mówi kwiaciarka z „Róży”. Spotkaliśmy ją na początku tego tygodnia w sklepie „Gosposia”. Niestety powód naszej wizyty był podobny – likwidacja.

Chociaż żarówkę jeszcze sobie kupię

– Zamykamy się z końcem roku. Sklep przetrwał dokładnie 30 lat i 3 miesiące. Udało się doczekać do emerytury, dłużej nie damy rady – mówił nam wtedy Kazimierz Lasota, jeden z właścicieli sklepu z AGD. – Nie schodzimy z rynku ogłaszając upadek, tylko likwidujemy sklep przewidując sytuację, jaka dopiero się wydarzy. Najgorsza jest niepewność jutra, wolę spokojnie usiąść i popatrzeć na to wszystko z boku.
Gdy we wtorek w Super Nowościach ukazał się artykuł, w „Gosposi” rozdzwonił się telefon. – Niektóre panie płakały do słuchawki, tak je ta informacja poruszyła. Byłem trochę w panice, że zostaniemy z niesprzedanym towarem. Śniegu tyle nasypało, że nie ma tu dojazdu, płatny parking po drugiej stronie ulicy nie działa. Ale ludzie przychodzą do nas od kilku dni, żeby się pożegnać i kupić jakiś drobiazg. Ktoś wziął wagę kuchenną, bo stwierdził, że zawsze się może przydać, a jeden pan mówi – chociaż żarówkę sobie kupię, żeby mieć pamiątkę, że byłem u was na wyprzedaży.
Sklep czynny będzie do końca roku. Z ostatnimi zakupami warto się pospieszyć, bo na półkach robi się coraz puściej. Został czajnik, kilka suszarek, a z większego sprzętu – trzy lodówki. Półki pustoszeją też w „Małgorzatce” – sklepie ze słodyczami, działającym przy ul. 3 Maja. Od 1990 roku prowadzi go Małgorzata Jaworska. W rozmowie z nami przyznała, że już od jakiegoś czasu myślała o zamknięciu, pogarszająca się sytuacja tylko ją w tym utwierdziła. – Przy obecnych cenach energii ciężko jest zarobić na koszty utrzymania. Patrząc na to, co się dzieje i rozmawiając z ludźmi, którzy prowadzą podobne firmy, obawiam się, że mój sklep może nie być ostatnim, który skończy niedługo działalność.
Podobnego zdania jest Grzegorz, pracownik „Elektroniki”, sklepu, który działa w Rzeszowie od początku lat 90. Niestety, tylko do końca stycznia. – Powód jest bardzo prosty. Już po dotychczasowych podwyżkach to wszystko się przestało spinać, a zbliżają się kolejne. Gdyby to była chwilowa sytuacja, taka na przetrzymanie kilku miesięcy, to można by się zastanawiać nad dalszą działalnością. Jednak obawiam się, że efekt tych wszystkich podwyżek dopiero będzie widać. Jak ludzie poczują je w kieszeni i zaczną się ograniczać do podstawowych rzeczy, zaczną się masowe upadki. Czeka nas fala, jakiej nie widzieliśmy. Mimo optymizmu w wiadomej telewizji i zapewnień, że nic takiego się nie dzieje.

Kryzys zawsze poszerza szarą strefę

– Kiedyś w podstawówce była taka lektura „Łysek z pokładu Idy”. Pamięta pan tego konia z klapkami na oczach? – pyta dr Mirosław Kurek, ekonomista z WSPiA Rzeszowskiej Szkoły Wyższej. – Niestety, sporo z nas zachowuje się w ten sposób. Ten nasz pęd za konsumpcjonizmem, ale również to, że na rynku wykreowały się pewne marki, sprawił, że takie małe sklepy przegrywają walkę z konkurencją. Taki sklepik, chociaż 30 lat był na rynku, nie wygra z Mediamarktem czy innym Neonetem, który zamawia tira z tysiącem lodówek i na wejściu oferuje promocje, o jakich mały przedsiębiorca może tylko pomarzyć. Stać go w dodatku na zapłacenie znanej piosenkarce niebotycznych pieniędzy, żeby do melodii Boney M. przekonywała nas w radiu 25 razy dziennie, że w sieciówce jest taniej – mówi.
Druga rzecz, to niespotykany od lat poziom inflacji, rosnące koszty energii i wynajmów lokali. Tego do czego może doprowadzić, ekonomista obawia się jeszcze bardziej. – Przedsiębiorcy zaczynają maksymalnie na wszystkim oszczędzać. Na prądzie, na wynajmie lokalu, a w końcu na płaceniu podatków. Kryzys zawsze poszerza szarą strefę.
Słowa te potwierdza właścicielka małego salonu kosmetycznego na jednym z rzeszowskich osiedli. – Najpierw przyszła pandemia i kazano nam zamknąć lokale. Wielu z nas przeniosło się wtedy do podziemia. Pracowaliśmy z domu, jeździliśmy do klientek z usługami „na telefon”. Covid odpuścił, ci co przetrwali na nowo pootwierali salony i znów zaczęło się jakoś układać. Aż do teraz – nowy rachunek za prąd mam czterokrotnie wyższy. Tego legalnie nie uda się utrzymać.

Grzegorz Król