Ryszard Smolnicki – człowiek od zadań specjalnych

Państwo Smolniccy
na wakacjach. Fot. Archiwum rodziny Smolnickich

Po 12 latach odrodziła się koszykówka w Rzeszowie. Reaktywacja koszykarskiej tradycji Resovii była strzałem w 10, bo zespół na dzień dobry awansował do 2. ligi, a legendarna hala ROSiR-u znów wypełnia się po brzegi fanami. W momencie, gdy rzeszowski basket wraca do łask, warto sięgnąć pamięcią do czasów, kiedy święcił największe triumfy, a konkretnie do ludzi, którzy tworzyli niezapomniany team „Bieszczadzkich Wilków”. Niedawno 70. urodziny obchodził Ryszard Smolnicki – obrońca nie do przejścia, przed którym drżał nawet najlepszy strzelec w historii polskiej ligi, Edward Jurkiewicz.

Zespół Resovii z 1983 r. Ryszard Smolnicki w środku (nr 5) w dolnym rzędzie. Fot. Archiwum Marcina Gancarza

– Ryszard Smolnicki? Oczywiście, że pamiętam. Co prawda byłem wtedy nastolatkiem, ale takich graczy się nie zapomina. Spokój pod tablicą, technika, elegancja gry rzucały się w oczy
– mówi nam Jarosław Dyląg, kibic rzeszowskiej koszykówki. – Był jednym z moich idoli. Świetna gra pod koszem, boiskowa intuicja, przechwyt i szybkie przejście z obrony do ataku – wspomina inny fan, Jan Wacławczyk. – Imponowało jego poruszanie się po boisku, te kocie ruchy, ale i pewna ręka w rzutach – dodaje kolejny sympatyk rzeszowskiego kosza. Opinie fanów w pełni podzielają ci, którzy patrzyli na jego grę z perspektywy boiska. – Bardzo dobry zawodnik! Brylował w szczególności w obronie, zresztą w jego przypadku można mówić o samych dobrych rzeczach – wspomina Władysław Dyląg, wieloletni kierownik Resovii, z koszykówką związany niemal 50 lat. – Niezwykle waleczny. Jeśli dostał zadanie, aby kogoś kryć, to świetnie się z tego wywiązywał. Oczywiście nie tylko bronił, bo Rysiek był bardzo wszechstronny. Warto podkreślić, że oprócz tego, że był solidnym koszykarzem, to również był bardzo dobrym człowiekiem – dopowiada nasz rozmówca. – Rysiu to stary „cwaniak”, zwłaszcza pod koszem – śmieje się zaś Mariusz Michalczyk, z którym Ryszard Smolnicki grał w Resovii. – Potrafił w niewidoczny sposób zdobywać punkty z tzw. dobitek. Świetnie ustawiał się do zbiórek na desce atakowanej i dzięki temu zaskakiwał wszystkich, nawet własny zespół. Po meczu patrzyliśmy, kto najcelniej rzucał i okazywało się, że Rysiu zdobywał najwięcej punktów, pomimo tego, że był mało widoczny w rzutach, a on po prostu doskonale wykorzystywał atuty podkoszowe i dobijał – tłumaczy jego kolega z boiska, który zwraca uwagę na najjaśniejszy walor Smolnickiego. – Był człowiekiem od zadań specjalnych, bo krył najlepszych strzelców. Takim najsłynniejszym był Edward Jurkiewicz z Wybrzeża Gdańsk (olimpijczyk, trzykrotny mistrz Europy, ośmiokrotny król strzelców polskiej ligi i jej najlepszy strzelec w historii), który, jak przyjeżdżał do Rzeszowa, pytał się, czy jest Smolnicki i gdy otrzymywał odpowiedź twierdzącą, rzedła mu mina i przeważnie notował słaby występ
– przypomina Michalczyk, dodając:
– Poza tym, że był kapitalnym obrońcą, był też świetnym duchem drużyny, wspaniałym kompanem i kolegą.

Idealny mąż, ojciec, dziadek

Ryszard Smolnicki przygodę z koszykówką zaczął w Czuwaju Przemyśl w latach 1966 – 71. Następnie przeniósł się do Resovii, której barwy reprezentował przez 15 sezonów z przerwą na dwuletnią grę na Węgrzech. To właśnie w Rzeszowie odnosił imponujące sukcesy, zdobywając z zespołem jedyne mistrzostwo Polski w 1975 r. oraz trzy srebrne medale (73, 74, 79) i dwa brązowe (76, 77). Z Resovią sięgnął także po puchar krajowy w 1974 r. Występował w reprezentacji Polski zarówno z seniorską, jak i młodzieżową reprezentacją. Z młodszą ekipą Biało-Czerwonych wywalczył brązowy medal podczas ME kadetów w Nocerze z 1969 r. Mimo wielkich sukcesów nadal pozostał nader skromnym człowiekiem o wielkich wartościach, dla którego zawsze bardzo ważna była rodzina. – Nawet moje nastoletnie dzieci, gdy wyciągają informacje od dziadka, robią duże oczy, że odnosił takie sukcesy. Tata nigdy się z tym nie obnosił – zdradza córka Barbara, którą pytamy, jakim tatą jest Ryszard Smolnicki? – Nie można sobie wyobrazić lepszego – mówi bez namysłu. – Jako głowa rodziny daje z siebie 100 proc. Jest też najcudowniejszym mężem i dziadkiem. Czworo wnuków to jego oczko w głowie. Przy nim żaden nie chodzi smutny lub głodny.
Miłość męża w pełni odzwierciedla żona Małgorzata. Oboje są w sobie zakochani od 45 lat.
– To mężczyzna mojego życia! Jest bardzo rodzinny, ale też oddany dla przyjaciół – mówi. – Taki, jaki był na boisku, jest i w domu. To wciąż ten sam charakter – zadziorny i uparty – uśmiecha się jego druga połowa. Małżonka z córką, jak również znajomi wskazują, że każdy może liczyć na jego bezinteresowną pomoc. – Jeśli widzi, że ktoś ma kłopoty, poświęca swój czas, energię, pieniądze czy znajomości, aby pomagać. Wiadomo, jak każdy ma swoje wady, potrafi być impulsywny, ale po chwili zamienia się w oazę spokoju – śmieje się córka.

Nałogowe koszenie trawy

Pan Ryszard nadal jest czynny zawodowo. Prowadzi firmę, a po powrocie do domu niemal z marszu zajmuje się innymi rzeczami. Bliscy śmieją się, że nałogowo kosi trawę, a on po prostu z pietyzmem dba o ogrodowe sprawy. Gdy trawa jest wypielęgnowana, chętnie sięga po literaturę – najczęściej kryminał albo z pasją rozwiązuje krzyżówki. Zamiłowaniem są też podróże z ukochaną żoną na wszystkie możliwe zakątki świata.
Były postrach najlepszych strzelców polskiego basketu jest godnym naśladowania wzorem dla swoich najbliższych, bo to im oddał serce. Koszykówka i Resovia, choć nie są tematem nr 1 w domu państwa Smolnickich, to gdy rozmawia się o czasach spędzonych na parkiecie, widać poruszenie w jego oczach. To przecież ten sport kształtował go jako człowieka, którego dziś tak ciepło wspomina wiele osób.

Łukasz Szczepanik