
O II edycji kulinarnego festiwalu „Karpaty na Widelcu”, propozycji bycia ambasadorem Rzeszowa i integrowaniu branży gastronomicznej rozmawiamy z Robertem Makłowiczem.
– Czuje się pan już w Rzeszowie jak w domu?
– I to bardzo znajomym. Bo ja się tak naprawdę w wielu miejscach na świecie czuję jak w domu. Jednak Rzeszów to bardzo domowy dom.
– A więc dobrze Pana tutaj przyjmujemy?
– Niezwykle dobrze. Mało jest miejsc, gdzie widziałbym tak serdeczne przyjęcie. Proszę też pamiętać, że ja tu nie przyjeżdżam z kosmosu, tylko z Krakowa. To nie jest specjalnie daleko. Byłem tu setki razy. Nie tylko z okazji festiwalu „Karpaty na Widelcu”. Rzeszów jest jednym z miast mojej małej Ojczyzny, czyli Galicji. Znam to miasto, choć nie bywam tutaj co miesiąc. Pierwszy raz przyjechałem tutaj wcześniej niż do Warszawy. Dlatego też, zważywszy, że jestem tu w miarę regularnie – ale mam pewien czasowy dystans między kolejnymi wizytami
– świetnie widzę, jak to miasto się niezwykle zmieniło. Na korzyść. To niebywała różnica! Jeśli myślę sobie czasami, co warto było zrobić w Polsce, to, co zrobiliśmy po 1989 roku, o największych przykładach sukcesu, to Rzeszów zawsze mieści się na pudle. Zresztą ludzie są zadowoleni z mieszkania w tym mieście. Jest tutaj dużo młodych ze względu na wyższe uczelnie. Nie jest jednak miastem molochem. Nadal pozostaje miejscem kompaktowym – blisko w góry, blisko za granicę. Same plusy!
– Mówi pan jak prawdziwy ambasador Rzeszowa.
– Nie, mówię, co myślę.
– Wiem, że w takiej roli widziałby pana prezydent w staraniach Rzeszowa o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury – obok Natalie Portman.
– To jest bardzo ważne, aby taki tytuł nie trafiał tylko do stolic państw, albo dużych miast, jak choćby Wrocław czy Kraków, który był pierwszą taką kulturalną stolicą w Polsce. To się tym miastom należało, ale ważne jest, aby schodzić niżej. Tam, gdzie bije serce małych Ojczyzn. A tutaj ono bije jak dzwon! Proszę zobaczyć, co się wydarzyło: Rzeszów jest stolicą sztucznego tworu. Podkarpacie to nie jest żadna kraina historyczna. Nie ma czegoś takiego. A jednak istnieje i nikt już z tym nie polemizuje. Narodziło się coś takiego, jak tożsamość lokalna i to jest fenomen. To jest podstawa szczęśliwego życia, bo człowiek spędza czas właśnie w małej, lokalnej Ojczyźnie.
– To już II edycja kulinarnego festiwalu „Karpaty na Widelcu”. Pierwsza odbyła się we wrześniu ubiegłego roku. Przełożenie wydarzenia na maj to była dobra decyzja?
– Zawsze łatwo powiedzieć, że nie dobra, bo pada deszcz. W naszym klimacie trudno wybrać sobie taki termin, w którym by nie padało. To nie była moja decyzja. Rozumiem, że chodziło o kumulację pewnych imprez. Wiadomo, z jakimi problemami finansowymi borykają się w tej chwili samorządy. Większość z nich nie jest rozpieszczana przez dystrybutorów centralnych pieniędzy. Mamy święto Paniagi i „Karpaty na Widelcu”. Dwa w jednym.
– A jak pan ocenia tegoroczne przygotowanie gastronomiczne?
– Przyjechałem dzień wcześniej wczesnym popołudniem. Obszedłem cały kiermasz. Byłem pod wrażeniem. Wielu z tych wystawców znałem z innych okazji: wytwórców win, serów. Staram się trzymać rękę na kulinarnym pulsie kraju.
– Widziałam menu „Karpat…”, i to nie jest już tylko kuchnia regionalna…
– Tak, ale trudno zamykać bramy dla tych, którzy chcą. A pojawili się chętni. I tak część z tych pieniędzy idzie na bardzo zbożny cel, czyli na wsparcie młodych gastronomików. Więc jeśli oni mogą się do tego dołożyć, to czemu nie?
– Jak ważne jest to kulinarne święto dla młodych, początkujących adeptów sztuki kulinarnej?
– Szalenie ważne. Podam pani przykład Wrocławia, bo „Karpaty na Widelcu”, są trochę oparte o wrocławską „Europę na Widelcu”. W tym roku prezydent Jacek Sutryk powiedział, że miasta nie stać na organizowanie takiej imprezy. Tłumaczył, że ludzie by kręcili głowami, że usługi komunalne podrożały, a on wydaje pieniądze na coś takiego. I kiedy to ogłosił, zgłosili się miejscowi szefowie restauracji i powiedzieli, że znajdą sponsorów. Znaleźli i festiwal się odbędzie. Miasto daje przestrzeń, a finansowaniem zajmuje się ktoś inny. Tak zintegrowało się środowisko, które na co dzień rywalizuje o klienta.
– Czy za rok znowu przyjedzie pan do Rzeszowa na „Karpaty na Widelcu”?
– To nie do mnie to pytanie, bo nie jestem decydentem. Ale myślę, że tak…
Rozmawiała Kinga Dereniowska


