Sygnał syreny oznacza bombardowanie i śmierć

Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Wczoraj, o godzinie 8.41, na polecenie wojewodów, w całym kraju miały zawyć syreny alarmowe, które miały upamiętnić rocznicę katastrofy smoleńskiej. Ale wiele samorządów odmówiło włączenia alarmu. W czasie, gdy do Polski przybyły tysiące uchodźców, a za naszą wschodnią granicą toczy się wojna, to skrajnie nieodpowiedzialne – tłumaczyli.

„W ramach treningów i ćwiczeń dotyczących systemów alarmowania, celem jednoczesnego upamiętnienia 12. rocznicy Katastrofy Smoleńskiej, w dniu 10 kwietnia o godz. 8.41 na terenie województwa podkarpackiego, nadany zostanie akustyczny sygnał alarmowy – zapowiedział przed kilkoma dniami Podkarpacki Urząd Wojewódzki.
MSWiA doprecyzowało w komunikacie, że „Zadanie polegające na ostrzeganiu i alarmowaniu ludności jest wykonywane przez każdego szefa obrony cywilnej na administrowanym przez niego terenie”. Na szczeblu wojewódzkim jest nim wojewoda, w powiecie starosta, w mieście prezydent lub burmistrz, natomiast w gminie wójt.

Pomysł z piekła rodem

W czasie, gdy w naszym kraju schroniły się tysiące uchodźców uciekających przed bombami, dla których alarm przywołuje dramatyczne wspomnienia, taka forma upamiętnienia dla wielu była najgorszym z możliwych pomysłów.
Na Facebook’u Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego internauci pisali m.in.: „DRAMAT… pomysł z piekła rodem”; „Skandaliczna decyzja o użyciu syren, pozbawiona jakiejkolwiek krztyny empatii. Czy naprawdę chcemy oddawać hołd poległym w katastrofie smoleńskiej wywołując przerażenie wśród tych setek tysięcy ludzi, którzy uciekli z piekła dziejącego się tuż za naszą wschodnią granicą?”
Jedna z internautek wspomniała, że była świadkiem ataku histerii u czterolatka na widok helikoptera. „Taki pomysł świadczy o braku wyobraźni, empatii, a najprawdopodobniej obu” – skwitowała.
Słowa krytyki popłynęły też ze strony polityków i samorządowców. Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, zaapelował o ciszę. O niewłączaniu syren informowali kolejni włodarze z całego kraju, m.in.: Katowic, Warszawy, Łodzi, Krakowa, Lublina, Szczecina, Sopotu, czy Opola.
Premier Mateusz Morawiecki zapytany o sprawę na konferencji prasowej w Ożarowie Mazowieckim mówił o „wyjątkowej rocznicy największej tragedii współczesnej Polski” oraz, że „wszyscy polscy patrioci wiedzą, że trzeba czcić tę pamięć”.
– Aby wszyscy Polacy wiedzieli, że jest ten wyjątkowy moment, podjęliśmy decyzję, by w polskich miastach, miejscowościach zawyły syreny. Żeby nasi goście z Ukrainy nie czuli niepokoju, każdy z nich dzisiaj dostał SMS-a, żeby wiedział, że jutro takie syreny w wielu polskich miastach odezwą się – przekazał.

Wyłączył zasilanie syren

Na Podkarpaciu jako jeden z pierwszych do sprawy odniósł się Bartosz Romowicz, burmistrz Ustrzyk Dolnych. „Uważam to za skrajnie nieodpowiedzialne postępowanie władzy państwowej, tym bardziej na obszarze przygranicznym z Ukrainą. Kilkanaście kilometrów od Ustrzyk Dolnych w Ukrainie ogarniętej wojną syrena alarmowa nadawana jest w związku z bombardowaniem. W związku z tym, że na terenie naszej gminy przebywają również obywatele Ukrainy, może to zarówno w nich, jak u naszych mieszkańców wzbudzić duży niepokój” – napisał na Facebook’u. Zapowiedział, że nie zastosuje się do polecenia. Poinformował również, że na czas ćwiczeń (wyłącznie na 3 min), wyłączy zasilanie syreny w Urzędzie Miejskim. Kilka godzin później uprzedził jednak o uruchomieniu, niezależnie od niego, syren w Komendzie Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej.
Do Przemyśla wiadomość z Centrum Zarządzania Kryzysowego z prośbą o włączenie syren dotarła w sobotę po godz. 14., ale prezydent Wojciech Bakun już wcześniej zapowiedział: „Gdyby przyszło takie polecenie, to korzystając ze swoich uprawnień, w związku z przebywającymi na terenie miasta uchodźcami z Ukrainy uciekającymi przed wojną, z terenów, w których wycie syren oznaczało realne niebezpieczeństwo – pozostawimy syreny milczące!” Zgodnie z zapowiedzią, alarmu nie było.
Podobnie w Tarnobrzegu. – Uznałem, że nie warto fundować stresu – zarówno mieszkańcom naszego miasta, a także obywatelom Ukrainy, których gościmy w Tarnobrzegu. Sądzę, że dziś wszyscy bardziej potrzebujemy spokoju i pozytywnego myślenia, że ten niespokojny czas za naszą wschodnią granicą wreszcie się skończy. Pamiętając oczywiście o 12. rocznicy tragicznej katastrofy smoleńskiej, liczę na Państwa zrozumienie wobec zaistniałej sytuacji – mówił jeszcze w sobotę prezydent Dariusz Bożek.
Konrad Fijołek również zdecydował się na ciszę. „W mieście, w którym codziennie słychać nad głowami mieszkańców samoloty wojskowe, budzące niepokój, niespodziewane uruchomienie syren alarmowych mogłoby spowodować panikę. Ponadto mamy w mieście około 100 tys. straumatyzowanych wojną uchodźców z Ukrainy, dla których sygnał syren oznacza bombardowanie i śmierć. Ci ludzie uciekli do naszego kraju po to, by poczuć się bezpiecznie, a sygnał alarmowy wzbudzi ich lęk i poczucie zagrożenia” – tłumaczył. Słowa dotrzymał. Ale niektórzy usłyszeli sygnały dźwiękowe na samochodach bojowych rzeszowskich strażaków.
W wielu miastach regionu (m.in. Łańcuta oraz Dębicy) i kraju pamięć ofiar katastrofy smoleńskiej uczczono ciszą. Ale były i takie, gdzie syreny zawyły, m.in. w Stalowej Woli, gdzie kierowane są dzieci z ukraińskich domów dziecka.
Lucjusz Nadbereżny tłumaczył to tak: „Gdy w swoim domu przyjmujesz gości, to nie zmieniasz zwyczajów, tradycji i historii swojej rodziny. Wręcz przeciwnie, wyciągasz stare fotografie, mówisz o pięknych, jak i trudnych historiach domu. Dzięki temu goście lepiej rozumieją, dlaczego otwierasz przed nimi swój dom i serce”. Także w Ropczycach i Kolbuszowej wyły syreny na polecenie polityków PiS.

Szacunek i pamięć wymagają ciszy

Kilka tygodni temu (26 lutego), w całym kraju miały zawyć syreny dla uczczenia pamięci Bogumiły Bieniek-Pasierb, psycholog zamordowanej w Zakładzie Karnym w Rzeszowie. Ze względu na sytuację za naszą wschodnią granicą, plany zmieniono. Wiceminister sprawiedliwości Michał Woś przekonywał wtedy: „W czasie wojny w Ukrainie sygnały alarmowe muszą służyć jednemu celowi, nie mogą dezorientować społeczeństwa”.
Co się zmieniło? Prezes PiS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Programu I Polskiego Radia powiedział, że nie ma żadnej wątpliwości, iż w Smoleńsku był zamach. Konkretów nie podał, ale tragedia sprzed 12 lat kolejny raz została bezczelnie wykorzystana dla celów politycznych jednej partii.
Czy ktoś zadał sobie trud, by zapytać rodziny smoleńskie, jak chciałyby uczcić pamięć swoich bliskich? Wątpliwe. A są wśród nich osoby z różnych frakcji, o różnych poglądach. I niekoniecznie chcą słuchać przemówienia Jarosława Kaczyńskiego przed pałacem prezydenckim.
Joanna Racewicz, która 12 lat temu straciła męża napisała, że: „Przebaczenie wymaga czasu. Ciszy i szansy na spokojny oddech.” I dalej: „To też wystarczająco długo, żeby pamięć przeszła w strefę symbolu, a nie »wyścigu zbrojeń«. Rok temu prosiłam: »Zostawcie Tupolewa, oszczędźcie Janosika. Nie przygniatajcie go kwiatami. Jemu, im, są zbyteczne. To lustro waszych potrzeb«. Proszę mnie dobrze zrozumieć – jestem wdzięczna za pamięć, za pochylenie nad każdym nazwiskiem odczytywanym rano, 10 kwietnia na Powązkach. Tym bardziej że LUDZI, KTÓRYCH NIE MA w tym narodowym capstrzyku najmniej”- stwierdziła.
„Szacunek i pamięć wymagają ciszy. Wspomnijcie ich jutro, bez jazgotu, bez polityki” – zaapelowała z kolei posłanka KO Barbara Nowacka, córka Izabeli Jarugi-Nowackiej, jednej z ofiar katastrofy.
W rozmowie z dziennik.pl powiedziała: – Co roku, sama dla siebie, staram się nie dać sobie zabrać tego dnia ciszy, pamięci. Dlatego tak cieszę się, że są też te obchody wspólnotowe, poza podziałami. Chciałabym, by były tam wszystkie rodziny, także te, wspierające rządzących.
We wtorek bliscy ofiar katastrofy smoleńskiej kolejny raz zostali zaproszeni do prokuratury. Jak twierdzi Nowacka, nie dowiedzieli się niczego nowego. – Nie ma przełomu. To jest właśnie ta różnica między tym, co sugeruje i uważa Kaczyński, a tym, czym dysponuje prokuratura.

wk