Rozmowa z Sebastianem Milą, pomocnikiem Śląska Wrocław i reprezentacji Polski.
Sporo ludzi przyszło na mecz Stali Stalowa Wola ze Śląskiem Wrocław tylko po to, by zobaczyć w akcji Sebastiana Milę. Odchudzony piłkarz przebojem wrócił do reprezentacji – jego bramka przypieczętowała sensacyjne zwycięstwo nad Niemcami w eliminacjach ME.
Choć Mila w Stalowej Woli nie strzelił karnego, to uśmiech nie schodził mu z twarzy. Jak zwykle rozdał setki autografów, pozował do zdjęć z kibicami, a na końcu cierpliwie odpowiadał na pytania dziennikarzy.
– Puchar potraktowaliście poważnie. Rozpoczęliście spotkanie w najmocniejszym składzie, ale bardzo długo nie mogliście udokumentować przewagi.
– Bo też plan był taki, żeby sprawę rozstrzygnąć w dogrywce, jak w tamtym roku. Udało się postawić kropkę nad „i” wcześniej, a to oznacza, że zrobiliśmy postęp. A tak na poważnie, mieliśmy przewagę, lecz na grząskim i nierównym boisku ciężko nam było pokazać pełnię swoich możliwości. Druga sprawa to postawa Stali, która podjęła walkę. Podoba mi się ten zespół, będę mu kibicował.
– Wiedział pan, że Tomasz Wietecha to specjalista od rzutów karnych. Że w tym sezonie kilkakrotnie ratował swoją drużynę?
– Poczułem ulgę, okazuje się, że nie tylko ja przegrałem z nim pojedynek (uśmiech). Źle wykonałem karnego, choć muszę przyznać, że Tomek zachował się świetnie. Wyczuł, gdzie będę uderzał, należy mu się szacunek.
– Szum wokół Sebastiana Mili nie słabnie. Bramka wbita mistrzom świata to najważniejsze wydarzenie w pana karierze?
– Zdobycie gola z Niemcami, zwycięstwo nad tą drużyną, to jedne z piękniejszych chwil w moim życiu. Jak wszyscy wiecie, wcześniej przeżywałem trudny okres. Najważniejsze jednak, że 4 punkty wywalczone w meczach z Niemcami i Szkocją poprawiły atmosferę wokół kadry. Kibice uwierzyli w reprezentację, a my w swoje umiejętności. Oby to trwało jak najdłużej.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


