W filmowej podróży na połoninę

Fot. Materiały prasowe

Na premierze próżno było szukać eleganckich smokingów i wieczorowych sukien. Wyróżniały się za to kowbojskie kapelusze. Nie brakowało kraciastych koszul. Wzrok przyciągała czerwień GOPR-owskich polarów. Największe zainteresowanie wzbudzał jednak mężczyzna w… żółtej, sportowej bluzie oraz jeansach. Kto go nie znał, nie domyśliłby się, że ma do czynienia z Lutkiem Pińczukiem – największym twardzielem Bieszczadów, bohaterem poruszającego filmu „Śniła mi się połonina”.

Lutek Pińczuk i Edward Marszałek.

– Gdy tu przyjechałem, nie miałem pojęcia, kim jest Lutek Pińczuk. Nie wiedziałem, gdzie jest „Chatka Puchatka”. Na Przeglądzie Filmów Górskich w Ustrzykach Dolnych usłyszałem: „Jest taki facet, o którym warto zrobić film” – wspomina Robert Żurakowski, reżyser „Śniła mi się połonina”. – Na drugi dzień pojechaliśmy do Lutka, a 2 miesiące później byliśmy już na planie filmowym.
Realizacja dokumentu, który miał pokazać niesamowitą historię legendy naszych gór, trwała 3 lata. Brakowało pieniędzy, o które walczyła producentka Katarzyna Mazurkiewicz oraz fani Bieszczadów na internetowej zrzutce. Nie pomagała pandemia. Do tego koncepcja wciąż się zmieniała.
– Musieliśmy porzucić pewne pomysły i być otwarci na rzeczy, które pojawiały się podczas powstawania filmu – zaznacza scenarzystka Małgorzata Mielcarek.

Małgorzata Mielcarek – scenarzystka, Lutek Pińczuk oraz jego wnuczka – Jagoda Recman.

Nie sposób uciec od emocji

Podczas zdjęć Lutek Pińczuk miał okazję wrócić do ważnych dla niego miejsc. Takim była ziemianka w Berehach Górnych, gdzie na początku lat 60. – zanim zamieszkał na Połoninie Wetlińskiej – spędził w ekstremalnych, dzikich warunkach aż dwie zimy. – Tam, niczego nie było: drogi nie było, sąsiadów nie było, a on sobie dał radę – podkreśla reżyser. – Trudno było odnaleźć to miejsce, bo Lutek wrócił tu po raz pierwszy od 50 lat, ale jeszcze trudniej było za nim… nadążyć.

Lutek Pińczuk oraz bieszczadzki traper, Ryszard „Prezes” Krzeszewski.

Na ekranie widać też jak ponad 80-letniego bohatera poruszyła wizyta w „Chatce Puchatka”, gdzie spędził pół wieku. To on wyremontował i rozbudował kultowe schronisko, wnosząc na własnych plecach i z pomocą ukochanego konia Karo, tony materiałów budowlanych. Przez lata gościł tu strudzonych turystów, a będąc w szeregach GOPR, prawie 150 razy wyruszał im na ratunek… Stąd też na widowni w SDK obecność wielu jego kolegów – ratowników w charakterystycznych czerwonych polarach. Nie brakowało ich także w samym filmie, podobnie jak wielu innych Ludzi Gór, którzy tłumnie przybyli na premierę 28 maja w Sanoku. Ryszard „Prezes” Krzeszewski, Andrzej „Żmiju” Borowski, Ryszard „Bury” Denisiuk… To tylko niektóre nazwiska doskonale znane w bieszczadzkim środowisku.
Zjawiła się także Urszula Wojda, była żona Lutka Pińczuka, która wiele lat spędziła na Połoninie Wetlińskiej. – Często wracam do tego okresu w chatce. Mam stamtąd wiele wspomnień. Tam zawiązały się trwałe przyjaźnie – podkreśla. Z okazji premiery udostępniła swoje pamiątki z „Chatki Puchatka”. Wyeksponowano je w holu SDK. Można było zajrzeć do Księgi Pamiątkowej kultowego schroniska. Na pożółkłych dziś kartach są ślady emocji i wrażeń, jakie towarzyszyły turystom wędrującym po dawnych Bieszczadach. Minione lata przypominało też futro z lamy – jednego z wielu słynnych zwierząt mieszkających pod Hasiakową Skałą. Uwagę przyciągał oryginalny zielony szyld – niegdyś wiszący na ścianie „chatki”, jak i brązowa, wysłużona taca. Edward Marszałek, autor książki o Lutku Pińczuku i jego przyjaciel dorzucił też na ekspozycję „lagę”, którą kiedyś pożyczył mu bohater filmu. Klimat dawnych Bieszczad przywoływały archiwalne GOPR-owskie zdjęcia.

Urszula Wojda udostępniła pamiątki z „Chatki Puchatka”.

Seans na stojąco

Szkieletem filmowej opowieści jest wędrówka na połoninę Urszuli Wojdy i jej wnuczki. – Nie wiedziałam, jak zareaguję na to, co zastanę na górze. Zawsze, kiedy szłam pod Hasiakową Skałę – a chodziłam tam niezliczoną liczbę razy – wiedziałam, że idę do bezpiecznego miejsca, gdzie mogę się schronić, że będzie tam czekał na mnie dziadek – mówi Jagoda Recman. – Gdy dotarłam na grań i zobaczyłam, że nie ma już schroniska, poczułam pustkę. Coś zostało mi zabrane, tak nieodwracalnie. W pejzażu nie było widać tego, co znałam od początku mojego życia. Było mi bardzo trudno to zaakceptować, a jednocześnie dotarło do mnie, że chatka pozostanie w naszych sercach i pamięci.
„Śniła mi się połonina” bardzo ją wzruszył: – Dobrze, że Robert przesłał mi wcześniej film. Gdybym dziś oglądała go po raz pierwszy, na pewno nie byłabym w stanie nic powiedzieć.
Natomiast jej dziadek, Lutek Pińczuk, dopiero podczas premiery po raz pierwszy obejrzał dokument. Publicznie nie skomentował go żadnym słowem.
Niezwykle poruszony był także reżyser. Swoje 1,5-godzinne dzieło oglądał… na stojąco, oparty o drzwi kinowej sali. – Dla Lutka i dla mnie to są za duże emocje – usprawiedliwiał siebie i swojego bohatera, gdy doszedł do głosu po długiej burzy oklasków oraz owacjach na stojąco.
Słów uznania nie było końca, bo filmowa podróż w dawne, dzikie Bieszczady zrobiła ogromne wrażenie. Była też pretekstem do pięknych wspomnień oraz zabawnych anegdot. O luźną atmosferę zadbał bieszczadzki artysta Andrzej „Żmiju” Borowski, który w swoim niepodrabialnym stylu podsumował projekcję: – Ani ten film mnie nie zachwycił, ani nie rozczarował, tylko był o tym, o czym miał być.

Twórcy i bohaterowie filmu opowiedzieli o kulisach produkcji. Na zdj. (od lewej): Grażyna Bochenek – prowadząca spotkanie, Dominik Muszyński – autor muzyki, Małgorzata Mielcarek – scenarzystka, Mirosław Mazurkiewicz – montażysta i autor zdjęć, Katarzyna Mazurkiewicz – producent, Jagoda Recman – wnuczka Lutka Pińczuka, Urszula Wojda, była żona bohatera dokumentu, Lutek Pińczuk i Robert Żurakowski – reżyser.

Głośne korale Dzikowskiej

Twórcy niezwykłego dokumentu zdradzili Grażynie Bochenek – prowadzącej premierowe spotkanie – wiele zakulisowych ciekawostek. Dominik Muszyński, twórca muzyki do filmu opowiedział o instrumentach, które słychać w produkcji. Są to choćby: armeński duduk, bębny obręczowe, kubańskie, bongosy, harfa afrykańska, santur (cymbały perskie) czy ksylofon. Wyszło też na jaw, jak problematyczne okazały się… korale Elżbiety Dzikowskiej hałasujące podczas nagrania. Były za blisko mikrofonu.Mirosław Mazurkiewicz – montażysta i autor zdjęć – wyjawił, że materiał filmowy liczył ok. 100 godzin! – Z każdą minutą nagrania i ja i Robert mieliśmy głęboki związek emocjonalny, stąd bardzo ciężko było w pewnym momencie zadecydować o usunięciu poszczególnych scen – tłumaczy. – Pierwsza wersja montażowa trwała niespełna 3 godziny. Wiedzieliśmy, że musimy ją skrócić i to sporo, bo do 1,5 godziny.
– Gdy zaczynaliśmy, myślałem, że robię dokument o przemijaniu. O tym, czego już nie ma. Nie ma chatki. Lutek zszedł z połoniny – opowiada Robert Żurakowski. – I nagle uświadomiłem sobie, jak bardzo się mylę. I tak jak Lutek mówi w filmie: „Wszystko przemija, wszystko idzie w zapomnienie, a Bieszczady zostają”, tak ja zrozumiałem, że chatka, że Lutek, że połonina i to, co tam wszyscy przeżyliśmy – zostanie. Zostanie w naszych sercach i naszej pamięci…

Na premierze pojawiły się tłumy.

___________________

Film „Śniła mi się połonina” można obejrzeć w Sanockim Domu Kultury w: pt. (3.06.) o godz. 17.30, sob. (4.06.) o godz. 17 i ndz. (5.06.) o godz. 19.30. Wstęp 10 zł. O kolejnych pokazach twórcy będą informować na profilu FB „Śniła mi się połonina”.

Aneta Jamroży

Fot. Beata Sander, Aneta Jamroży