W kleszczach rządowej propagandy

Już wydawało się, że wojna w Ukrainie i potrzeba zgody narodowej ostudziła nieco propagandowe łgarstwo TVP, ale nawet w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. Ta telewizja, niewątpliwie rządowa, ma coś z kleszcza, który nie obejdzie się bez krwi i szuka miękkiego i ciepłego miejsca na ciele swojej ofiary, aby się mocno przyczepić. Naiwniutki był ten, kto sądził, że ta fabryka propagandy potrafi wytrwać w zgodzie choćby przez jakiś czas. „TVP tylko na chwilę stała się normalna, w miarę obiektywna. Po dwóch tygodniach wróciła do właściwego dla siebie trybu” – napisał w Angorze medioznawca Marek Palczewski.
„Jeśli miałbym wskazać jakiś obszar życia publicznego, który dotknięty jest dziś szczególną gangreną, to w pierwszej kolejności wymieniłbym działania Jacka Kurskiego” – stwierdził z kolei Jarosław Gowin w rozmowie z Onetem.
Krótko mówiąc, telewizja rządowa znów szerzy mowę nienawiści i obraża. Oczywiście opozycję, ze szczególną lubością Donalda Tuska. Prymitywne ataki na przewodniczącego PO, który według tej telewizorni dzieli Polaków, wspiera reżim Putina i jest sprawcą ataku Rosji na Ukrainę(!), stają się już tak nudne, że mogą spowodować nudności nawet u tych, którzy te wiadomości czytają.
Oczywiście TVP dobiera też sobie odpowiednich rozmówców, typu Tomasza Sakiewicza, szefa „Gazety Polskiej”, który orzekł, że to „Tusk pozwolił zabić Putinowi Lecha Kaczyńskiego”. I jak tu z kimś takim polemizować? Chyba tylko w sądzie, więc Tusk pozwał Sakiewicza. Gdyby jednak każdy oszczerczo obszczekany w TVP przez różnych Sakiewiczów chciał ich pozywać do sądu, to niebawem wymiar sprawiedliwości zostałby już całkiem sparaliżowany, po czym dowiedzielibyśmy się, że to kolejna dywersyjna robota opozycji. Czyli znów wina Tuska. Podobne przykłady można mnożyć.
Na koniec chcę was jednak trochę rozbawić, co najłatwiej uczynić przy pomocy niezrównanego posła „Solidarnej Polski”, Janusza Kowalskiego. Tym razem zamieścił on na swoim TikToku filmik, na którym pokazał zaparkowane przed Sejmem Ferrari. I rzucił pytanie: „Czy Donald Tusk ma Ferrari”? Dał tym do zrozumienia, że pewnie ma taką drogą furę, której nie wykazał w swym oświadczeniu majątkowym.
Ale rychło doczekał się wyjaśnienia. Z tym, że nie od Tuska, lecz od posła Radosława Lubczyka: „Jak założysz działalność i popracujesz kilkanaście lat po kilka godzin dziennie, to może też Cię będzie stać. Jeśli Cię gdzieś podrzucić moim autem to napisz, jeśli nie, to przestań siać propagandę i weź się za pracę” – doradził Kowalskiemu Lubczyk, który jest właścicielem tego czerwonego Ferrari!
Tymczasem „Fakt” podał, że Kowalski ma wrócić do rządu, z którego rok temu go wywalili i zostać wiceministrem rozwoju. A wtedy, skoro tak pięknie się rozwija, to w jego kolejnym filmiku z „autem Tuska” nie będzie już Ferrari, lecz co najmniej Bugatti.

Jan Miszczak