
8 tysięcy 637 kilometrów – dokładnie tyle dzieli wioskę Nguélémendouka w Kamerunie od Przeworska, rodzinnego miasta księdza Marka Kapłona. To pierwsza Wielkanoc, którą kapłan spędzi na Czarnym Lądzie. Jak przeżywa się tam święta? Misjonarz zdradza, dlaczego droga krzyżowa w Afryce może być niebezpieczna, co parafianie robią z poświęconymi palmami i skąd w jego święconce znajdzie się polska kiełbasa…
– W Kamerunie są pisanki?
– Akurat ta tradycja tutaj jeszcze nie dotarła – choć jajek u nas nie brakuje.
– Czyli kury też macie?
– Są, choć troszeczkę inne niż w Polsce – mają dłuższe szyje. Kiedy jest uroczysta msza św., to w ramach ofiary mieszkańcy przynoszą księdzu właśnie żywą kurę. Na początku mojego pobytu, gdy po raz pierwszy odwiedzałem daną wioskę – a jest ich w naszej parafii 48 – dostawałem właśnie te ptaki. Stąd też mamy w misji spory kurnik.
– Skoro są jajka, będzie się czym dzielić na śniadaniu wielkanocnym…
– Odbędzie się ono w naszym polskim gronie. Jest nas w parafii Nguélémendouka dwóch księży: proboszcz i ja, są też siostry zakonne michalitki, które prowadzą tu szkołę, przedszkole, oratorium oraz punkt zdrowotny. One właśnie przygotują święconkę.
– Będzie więcej polskich smaków?
– Wiem, że siostry mają przygotować świąteczny żurek. No i mamy kiełbasy, które przywieźliśmy z Polski. Są zamrożone na święta. Zresztą tradycją jest, że jak misjonarz wraca z wakacji, to do jednej walizki pakuje rzeczy osobiste, a do drugiej obowiązkowo kiełbasy. Wszyscy na nie czekają (śmiech).
– Ciekawy „zwyczaj”…
– …i bardzo potrzebny, ponieważ przez polskie smaki możemy poczuć się bliżej ojczyzny. Tym bardziej że przywiozłem kiełbasę ze swoich stron, bo z Markowej. Chcę też podtrzymać moją nową tradycję i upiec świątecznego mazurka. Dla nas misjonarzy to ważne, bo odczuwamy tęsknotę za domem, rodziną, krajem…
– A czy mieszkańcy Kamerunu także jedzą śniadanie wielkanocne?
– W naszej parafii tego nie ma. Owszem, świętują dzień Zmartwychwstania Pańskiego, ale jedzą to, co mają i zazwyczaj to jest obiad. Zresztą tutejsi mieszkańcy zazwyczaj nie spożywają śniadań. Stąd też trudno ich zachęcać na przykład do postu przed Wielkanocą, bo oni i tak żyją w wiecznym wielkim poście. Najczęściej stać ich tylko na jeden posiłek dziennie i to po pracy, po południu. Jedynie w niektórych szkołach publicznych, w tym w naszej szkole katolickiej im. Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, dzieci coś dostają. Generalnie najmłodsi muszą sobie radzić sami. Do 2. roku życia dzieci są „zaopiekowane”, a później nikt się o nie specjalnie nie martwi. Nie mają zabawek. Jedzą na końcu… Często są niedożywione, stąd różne choroby i te duże brzuszki.
– Jak więc tutejsza społeczność przygotowuje się do świąt?
– Zwracamy uwagę, że w okresie Wielkiego Postu warto się z kimś pogodzić. Tu często są różne kłótnie w sąsiedztwie, rodzinie. Zachęcamy, by naprawiać wyrządzone krzywdy… Ponadto ludzie lubią tutaj pielgrzymki, a to też jest forma umartwienia – modlitwy. Podczas nich organizujemy drogi krzyżowe, rozważania, ale też puszczamy filmy, są konkursy. W tym roku po raz pierwszy odbyła się pielgrzymka do nowego sanktuarium Świętego Jana Pawła II w miejscowości Doume. Duży wkład w jego powstanie miała diecezja przemyska, która zbierała pieniądze na ten cel. Kult papieża Polaka jest tutaj mocno widoczny.
– Jest też spowiedź wielkopostna?
– Przeprowadzamy ją w ramach dekanatu. Jako misjonarze jedziemy do sąsiedniej wioski, a z niej księża przyjeżdżają do nas. Podobnie jak w Polsce. Ta praktyka jest dobra, bo najczęściej parafie mają jednego księdza, a wiadomo, że czasem ludzie chcieliby się wyspowiadać u kogoś innego. Przychodzą nawet osoby, które nie mogą dostać rozgrzeszenia, bo na przykład żyją w związku niesakramentalnym, co jest dość powszechne. Na porządku dziennym jest też poligamia. Mieszkańcy chcą jednak rozmawiać. Przyznają się, że żyją w grzechu, ale pragną stanąć przed Panem Bogiem, popytać o pewne sprawy… W Wielkim Poście odbywają się też tzw. egzaminy katechumenów przygotowujące do przyjęcia chrztu św., komunii i bierzmowania, co odbywa się w święta. Szykujemy też dzieci do I komunii św. Zaplanowano ją w okresie powielkanocnym.
– Drogi krzyżowe odbywają się w kościele?
– Zazwyczaj w plenerze – bo tak jest łatwiej. Droga krzyżowa jest praktykowana chyba w każdym regionie Kamerunu, dzięki misjonarzom, którzy przynieśli tu wiarę, w tym duchowość pasyjną. W naszej diecezji, gdzie chrześcijaństwo jest od prawie 70 lat, jeden z duchownych jedzie do wioski – co tydzień jest w innej, gdzie odprawia mszę świętą i drogę krzyżową. Drugi misjonarz zostaje i robi to samo na miejscu. Po eucharystii bierze z wiernymi krzyż, świece i udaje się z procesją. Za każdym razem inna grupa przygotowuje rozważania oraz oprawę muzyczną.
– Macie stałe stacje?
– Tak. To są na stałe wbite krzyże tylko z numerami stacji, ale podczas drogi krzyżowej aktywizujmy dzieci, żeby się nie nudziły. Niosą ze sobą wizerunki danej stacji, które są prezentowane w odpowiednim momencie. W Nguélémendouka mamy ciekawie zrobioną, dosyć długą bo 1,5 kilometrową trasę wokół groty Matki Bożej, bo nasza parafia to jest właśnie sanktuarium Matki Bożej. W innych wioskach, zazwyczaj nie ma stacji, więc po prostu idziemy ulicami, a raczej ścieżką, która prowadzi wokół lokalnej kaplicy lub po miejscowościach w jedną czy drugą stronę. Jak się przekonałem, w Kamerunie nawet podczas drogi krzyżowej może być niebezpiecznie.
– W jakim sensie?
– Podczas odprawiania jednej – w miejscowości Esseng, przy ostatniej stacji nagle zrobił się wielki popłoch. Okazało się, że jakieś 5 metrów ode mnie jednej z dziewczyn, gdy klęczała, wokół nogi zawinęła się żmija. Na szczęście parafianka od razu szybko odskoczyła, a ludzie którzy stali obok zaraz ubili gada. Później nawet, z tego co słyszałem, stał się on posiłkiem.

– Miał ksiądz więcej takich przygód?
– Jeśli chodzi o dzikie zwierzęta, to widuję je tylko jadąc samochodem. Szczególnie uważać trzeba na węże i skorpiony. Na szczęście nie miałem jeszcze z nimi bezpośredniego kontaktu, choć kiedyś ministranci mówili mi, że kiedy kosili trawę, zabili w okolicach kościoła czarną mambę. Podobno była mała, ale wiadomo, że jak jest mała, to może być i duża. Słyszy się jednak wiele, szczególnie w porze suchej, kiedy to w wioskach, gdzie nie ma studni, dzieci muszą szukać wody w odległych zakamarkach buszu, w wyschniętych rzekach. To niebezpieczne tereny. Na szczęście niewiele jest śmiertelnych przypadków ukąszeń, bo mieszkańcy mają swoje lokalne metody leczenia, m.in. czarny kamień.
– Jak on działa?
– Przykłada się go do miejsca ukąszenia i podobno przysysa się on do rany, „wyciągając” jad. Nie widziałem tego na własne oczy, ale z tego, co słyszałem od starszych misjonarzy, jest to dobre lekarstwo. Mieszkańcy często mówią, że noszą przy sobie różaniec i czarny kamień.
– Ksiądz też go ma?
– Kupiłem go, ale nie noszę ze sobą wszędzie. Chyba jednak zacznę, bo ryzyko jest duże. Zresztą uważać tu trzeba na wiele rzeczy. Na to, co się pije, co się je. Ogromnym problemem są komary przenoszące malarię. Sam nie ustrzegłem się tej choroby i niestety nie przebiegła łagodnie, ale to jest cena bycia tutaj misjonarzem.
– Innych trudności też pewnie nie brakuje?
– Problemem jest chociażby komunikacja, bo drogi są w opłakanym stanie. Szczególnie gdy zaczyna się pora deszczowa i spadną pierwsze opady, to naprawdę ciężko przejechać. Jako kierowca coraz bardziej się wyrabiam, prowadząc auto w mocno ekstremalnych warunkach. Uważam, że już w seminarium dla osób, które myślą o misjach powinni wprowadzić dodatkowe kursy jazdy samochodem obejmujące np. niebezpieczne poślizgi, przejazdy przez rzekę czy choćby mościki, które ledwo wiszą (śmiech). We znaki daje się też wysoka temperatura.

– Ile jest teraz stopni?
– Między 30 a 35. Wieczorem nie spada poniżej 25. Zaczęła się właśnie pora deszczowa. Najtrudniejsze były pierwsze deszcze, które po długim okresie suszy szybko wsiąkają w ziemię. Natomiast później ziemia mocno oddaje to ciepło. Nie da się wytrzymać, tak bardzo jest parno i gorąco. Teraz jest już zdecydowanie niższa temperatura.
– W Wielkanoc bywa u was chłodniej niż w Boże Narodzenie?
– Dokładnie, bo pora sucha, kiedy jest najcieplej, zaczyna się właśnie przed świętami Bożego Narodzenia i trwa do końca marca. W sumie w Kamerunie też są cztery pory roku jak w Polsce, tyle że dwie suche i dwie deszczowe. Pewnie ciężko będzie się przestawić, gdy kiedyś przyjadę do ojczyzny.
– A wie ksiądz kiedy będzie to możliwe?
– Przyjęło się, że księża misjonarze wyjeżdżają na urlop co 2 lata, więc ja będę mógł to zrobić dopiero w 2023 roku. Liczę, że uda mi się spotkać z parafianami w różnych miejscach na Podkarpaciu, w tym w parafii św. Michała Archanioła w Łańcucie, w której posługiwałem. Tym bardziej że o mnie nie zapominają. Odkąd, jak to mówią, mają swojego misjonarza, to datki ze sprzedaży palm wielkanocnych przekazują właśnie dla moich parafian. Jestem im za to bardzo wdzięczny. To piękny gest pomocy misjom.
– W Kamerunie też święci się palmy?
– W Niedzielę Palmową zawsze organizowana jest procesja z palmami. Mamy ich pod dostatkiem i to właśnie takie, jak te, które rzucano pod stopy Panu Jezusowi. Są bardzo ważne dla mieszkańców. Poświęcone gałązki wkładają za krzyż wiszący w środku domu, nad wejściem. Podczas odwiedzin duszpasterskich poświęcam sól egzorcyzmowaną oraz wodę i właśnie przy pomocy tej palmy błogosławię, kropię wszystkie pomieszczenia. Oni przywiązują do tego ogromną wagę – muszę wszędzie wejść, do każdego pokoiku, odwiedzić kuchnię polową przy domu. Woda musi tam spłynąć, by nie panował głód.
– Wielki Tydzień zapewne też jest ważny…
– Od poniedziałku do środy są spowiedzi, o których wspominałem. Natomiast jeśli chodzi o mszę z poświęceniem olejów tzw. mszę krzyżma, ze względu na złą komunikację, odbywa się tydzień wcześniej. My mamy tylko 2 godziny jazdy do katedry, ale nie wszyscy duchowni zdążyliby w Wielki Czwartek przyjechać do stolicy diecezji i wrócić do siebie. Parafie są odległe nawet po tysiąc kilometrów w jedną stronę, więc niektórzy księża muszą jechać w jedną stronę nawet 2 dni, żeby poświęcić te oleje. W Wielki Czwartek odprawiamy mszę świętą Wieczerzy Pańskiej, na której zawsze mieszkańcy wyrażają pamięć i wdzięczność wobec misjonarzy. Jest też adoracja, choć nie tak długa jak w Polsce. Także dekoracje Grobu Bożego są skromne, symboliczne. Nie ma szans by żywe kwiaty wytrzymały w takim upale. W Wielki Piątek przez cały dzień wystawiany jest Najświętszy Sakrament, a młodzież prowadzi adorację.
– Sobotniego święcenia pokarmów jednak nie ma.
– Chrześcijaństwo jest tu młode, więc tradycje świąteczne i chrześcijańskie nie są aż tak mocne. Zresztą nie sposób wprowadzić im coś, czego nie będą rozumieć. W sobotę jest msza święta Wigilii Paschalnej czyli poświęcenie nowego paschału, są wszystkie obrzędy jak w Polsce. Ponadto w późnych godzinach wieczornych udzielamy chrztu. Niedzielna rezurekcja także się odbywa o godz. 6.30. Mieszkańcy wcześniej nie przyjdą, bo jest ciemno, a nie ma oświetlenia. Zaczynamy procesją z Najświętszym Sakramentem po wiosce i okolicach kościoła, a później jest msza. Po niej w naszym polskim gronie mamy śniadanie wielkanocne. Niedługie, bo udajemy się do wiosek, gdzie odprawiamy mszę. Później jemy tam obiad, więc jest okazja do spotkania z parafianami. Także w kolejnym tygodniu – prawie codziennie – będziemy starać się odwiedzać okoliczne miejscowości i wspólnie modlić.
– Czy modlicie się także za pokój w Ukrainie?
– Tak. Szczególnie w parafiach, gdzie są europejscy misjonarze, mówi się o tym bardzo wiele. Modlimy się o pokój – czy to w szkole z dziećmi, gdzie najmłodsi wykonują flagi niebiesko-żółte, czy w kościołach…. Gdy wybuchła wojna, to ludzie z wioski mówili: „Ojcze, słyszeliśmy o tym smutnym wydarzeniu, ksiądz chyba pochodzi z bliskich terenów?”. Pytali, jak tam moja rodzina? Martwili się, czy nie będę chciał wracać do Polski. Docierają do nich informacje o tym, co się dzieje, zresztą my także pokazujemy im w telefonie czy komputerze zdjęcia, filmy obrazujące ogrom zniszczeń. Kameruńczycy potrafią zrozumieć sytuację, bo sami mają wojenne doświadczenia. I choć nie doświadczyli takich konfliktów jak I czy II wojna światowa, doskonale wiedzą, czym są zbrojne rozruchy. Na zachodzie kraju trwa wojna lokalna, jest też w sąsiednich państwach. Ludzie są też świadomi, że teraz może być dla nich mniej pomocy z Polski, bo pomagamy przede wszystkim Ukrainie. Ja też w obecnej sytuacji nie mam śmiałości prosić o wsparcie, jedynie o 1 proc.

– Jest ksiądz związany z sanktuarium Bożego Grobu w Przeworsku, więc Wielkanoc to pewnie dla księdza szczególny czas?
– Zawsze podkreślałem że jestem z miejsca, gdzie prawda o Zmartwychwstaniu Chrystusa jest szczególnie głęboko obecna. Czuję się mocnym przedstawicielem sanktuarium, które ma głosić prawdę: „Idźcie, głoście Zmartwychwstałego…”. To właśnie staram się czynić w Kamerunie.
Rozmawiała Aneta Jamroży



