Wokół świątecznej tradycji

Fot. Archiwum Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej.

Nie plastikowe jajka, a ręcznie malowane pisanki. Wyjście do kościoła zamiast wizyty księdza przemierzającego wieś furmanką. Tradycje towarzyszące Świętom Wielkiej Nocy znane naszym babciom różnią się od tego jak świętujemy obecnie.

– Za pomocą różnych magicznych i obrzędowych gestów ludzie starali się zabezpieczyć uprawy i zapewnić dobre plony. Dlatego w niektórych regionach robiło się dwie palmy. Jedną przechowywano przez cały rok w domu, a drugą wbijano w pole. W Lany poniedziałek przy jej użyciu kropiło się pola wodą święconą. W czasie burzy, podobnie jak gromnicę, można było ją postawić w oknie, żeby odstraszała pioruny – wylicza dr Janusz Radwański, kierownik działu etnograficznego w Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej. Znane jest także jej zastosowanie w magii leczniczej, np. zjedzenie bazi miało pomagać na choroby gardła.
Zmieniał się też sposób poszczenia. – Na początku przez całe 40 dni nie wolno było używać w kuchni żadnych tłuszczów zwierzęcych, jadło się potrawy maszczone tylko olejem lnianym. Od początku XX w. można było już używać masła – z wyjątkiem poniedziałku, środy i piątku – opowiada nasz rozmówca.

Topienie Judasza

W Wielki Czwartek milkły dzwony. Gdzieniegdzie można się też spotkać ze zwyczajem zachowania ciszy w domu i zakazem wykonywania hałaśliwych prac. – Specyficznym zwyczajem było topienie albo wieszanie Judasza, które najdłużej zachowało się w Pruchniku. Kukłę symbolizującą apostoła, który zdradził Jezusa, wieszano na gałęzi albo wleczono ją po ziemi, batożyło, a potem wrzucało do rzeki. To prawdopodobnie relikt spławiania Marzanny. Zamiast tej przedchrześcijańskiej bogini zimy i śmierci chłostano Judasza, który symbolizował zło – tłumaczy dr Radwański. – W Dębowie pod Przeworskiem noc wielkoczwartkowa do dziś jest nocą psot, podczas której robi się innym żarty.
– W zwyczajach wielkopiątkowych odnajdujemy echo wierzeń zadusznych. Uważa się, że tego dnia dusze przychodzą na ziemię, dlatego nie wolno wykonywać hałaśliwych prac. Trzeba się za to wykąpać. Wierzono, że obmycie się w rzece oczyszcza i chroni przed chorobami – twierdzi dr Radwański. Tak jak dziś, tak i dawniej Wielki Piątek był też dniem ścisłego postu. Oprócz tego przygotowywano pisanki, które znalazły się następnego dnia w koszykach. Gospodynie farbowały je w naturalnych barwnikach, a potem wyskrobywały na nich wzory.

Bez pasyjki i kogutka

– Zanikło chodzenie z „cierpiskiem” albo „pasyjką”, czyli Panem Jezusem na krzyżu. Chłopcy chodzili od domu do domu i oznajmiali, że Pan Jezus został ukrzyżowany, a w zamian dostawali drobne podarki – opisuje dr Radwański. Podczas nabożeństwa w Wigilię Wielkanocy święci się ogień, symbolicznie spalający to, co stare oraz wodę, która daje życie. Ale Wielka Sobota to przede wszystkim świecenie pokarmów. – Dziś to są skromne koszyczki, a dawniej należało poświecić wszystko, co spożywała rodzina podczas świąt. Do kościoła niesiono całą opałkę [red. kosz dwuuszny do noszenia opału]. Jeśli w danej miejscowości nie było świątyni, ksiądz jechał furmanką przez wieś, a ludzie wynosili do drogi pokarmy – mówi dr Radwański.
– Na większości naszego obszaru śniadanie wielkanocne składało się z boszczu, czyli białego barszczu robionego na zakwasie z mąki żytniej. Przez cały okres wielkiego postu jadano niemaszczony, natomiast na Wielkanoc gospodyni pakowała do niego wszystko, co poświęcono
– chleb, jajka, kiełbasę, i wreszcie słoninę czy skwarki. Zwykle tego dnia się nie gotowało i jadło się to, co było, ponieważ było to zbyt wielkie święto, żeby pracować – opisuje. Tradycją, która przetrwała do dziś jest dzielenie się jajkiem. Mieszkańcy pamiętali też, by skorupy z pisanek zakopać w polu, co też miało chronić uprawy.
Drugi dzień Wielkanocy nazywano śmigusem-dyngusem. Słowo „śmigus” pochodzi od niemieckiego słowa „Schmackostern” i odnosi się do pogańskiego rytuału uderzania się wierzbowymi witkami. „dyngus” łączy się z wyrazem „dingen” nazywającym czynność wykupywania się albo „dünguuss” – chlust wody. W jeden dzień panny smagały i oblewały kawalerów, w kolejny to one musiały przyjąć symboliczną chłostę i chlust wody. Z czasem skrócono czas świętowania do jednego dnia.
Zwyczaje, których już nie spotkamy w Lany poniedziałek to chodzenie z kogutkiem. – Dzieci chodziły z drewnianym kogutem na kółkach i składały życzenia, w zamian za to dostawały dobre jedzenie – opowiada etnograf. Dawne zwyczaje mogą dziwić, ale warto je znać, a może i dać im drugie życie…