
Lipiec był kiepski, ale w sierpniu sezon turystyczny w Bieszczadach się rozkręcił. Hotelarze i restauratorzy przyznają jednak, że był gorszy niż ubiegłoroczny. Główny powód? Rosnące ceny i niepewna sytuacja za wschodnią granicą.
Tegoroczny sezon był inny od poprzednich. Wojna w Ukrainie, a później kryzys gospodarczy, rosnące ceny paliwa, noclegów i jedzenia sprawiły, że w tym roku turystów w Bieszczadach było mniej niż w latach poprzednich. – Lipiec zaczął się bardzo kiepsko, dopiero w połowie miesiąca coś ruszyło. Sierpień był już lepszy, ale daleko nam do frekwencji lat ubiegłych, kiedy w ciepłe wakacyjne dni prawie non stop mieliśmy pełne obłożenie
– mówi nam właścicielka jednej z popularnych restauracji w Cisnej. – Ten sezon mogę spisać na straty – przyznaje właściciel lokalu gastronomicznego w Dołżycy koło Cisnej. – W tamtym roku o tej porze nie mielibyśmy gdzie usiąść, a dzisiaj proszę popatrzeć – mówi wskazując puste krzesła przy stolikach.
W te wakacje dominowali klienci indywidualni, głównie turyści z Podkarpacia i ościennych województw, którzy w Bieszczady mają stosunkowo blisko. To ze względu na rekordowo wysokie ceny paliwa.
Hotelarze przyznają, że w tym roku turyści przyjeżdżali na krócej. – To już nie były jedno – czy dwutygodniowe pobyty, ale raczej kilkudniowe, najczęściej trzy-, czterodniowe. Przyjeżdżali w piątek po południu, wyjeżdżali w poniedziałek – mówi nam jeden z hotelarzy w Ustrzykach Dolnych. – Rezerwacji nasi goście dokonywali na bieżąco, często na ostatnią chwilę. Czas, kiedy pokoje wynajmowało się z kilkutygodniowym, a czasami i wielomiesięcznym wyprzedzeniem w przypadku popularnych lokali, już minęły, choć i takie się zdarzały, ale to raczej od zaprzyjaźnionych turystów, którzy wracają do nas od lat – słyszymy w jednym z bieszczadzkich pensjonatów.
„Wróciliśmy do tego, co było przed pandemią”
Jacek Łeszega, dyrektor Bieszczadzkiego Centrum Turystyki i Promocji w Ustrzykach Dolnych, przyznaje, że tegoroczny sezon był inny od poprzednich. – Przez ostatnie dwa lata, kiedy mieliśmy pandemię koronawirusa, turyści zamiast za granicę, wybierali polskie destynacje, Bieszczady były wówczas bardzo popularne, biliśmy wówczas frekwencyjne rekordy. Już w czerwcu prawie wszystkie noclegi mieliśmy zajęte. W tym roku sytuacja wróciła do czasu sprzed pandemii. Sezon w Bieszczadach zaczyna się w połowie lipca i trwa do września. I tak było do 2019 r. Teraz ten trend powrócił – wyjaśnia Jacek Łeszega.
Jak dodaje, lipiec faktycznie był kiepski dla branży turystycznej, ale w sierpniu turyści dopisali. – I to nie tylko ci z Podkarpacia, do naszego centrum przychodzili turyści z całej Polski. Jeśli chodzi o frekwencję, było już zdecydowanie lepiej. Oczywiście nie wszyscy hotelarze mieli komplet, ale trzeba wziąć pod uwagę, że miejsc noclegowych w Bieszczadach lawinowo przybywa. Nie sposób wypełnić je wszystkie. Dużo zależy od dobrej opinii danego ośrodka i dobrej promocji – podkreśla dyrektor Bieszczadzkiego Centrum Turystyki i Promocji w Ustrzykach Dolnych.
Turyści, jak zwraca uwagę nasz rozmówca, częściej też wybierali domki i pokoje z dostępem do kuchni, gdzie mogli sami przygotować posiłki. – Tak jest taniej. Wyjście na obiad do restauracji to dla kilkuosobowej rodziny spory wydatek – mówi.
Jak zauważył, w tym roku turyści ze względu na oszczędności w pierwszej kolejności rezygnowali z zakupu pamiątek. – W poprzednich latach zdecydowanie chętniej sięgali po portfel, ale nie ma co się dziwić. Czasy są niepewne, panuje powszechna drożyzna, ludzie oszczędzają – konkluduje Jacek Łeszega.
W Bieszczadach spokojnie
Mniej tłumnie było też w Bieszczadach. – Wróciliśmy do tego, co było w 2019 r. – mówi Stanisław Kucharzyk, wicedyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego. – W pandemii sezon się wydłużył, ale przed pandemią turyści zjeżdżali w Bieszczady mniej więcej w połowie lipca, i tak też było w tym roku – dodaje. W sierpniu frekwencja na szlakach była już dużo większa. Tradycyjnie turyści najchętniej wybierali szlak na Połoninę Wetlińską i Tarnicę. We wrześniu Bieszczady też mogą być oblegane ze względu na wyjątkowe jesienne kolory, które spowijają góry.
Mniej pracy mieli w te wakacje także ratownicy Bieszczadzkiej Grupy GOPR. – W lipcu turystów prawie nie było, co przełożyło się na mniejszą liczbę naszych interwencji w górach
– przyznaje ratownik Bieszczadzkiej Grupy GOPR Paweł Szopa. W sierpniu nastąpił gwałtowny wzrost liczby turystów. – Pracy mieliśmy zdecydowanie więcej. Wyjeżdżaliśmy głównie do urazów kończyn oraz zachorowań spowodowanych odwodnieniem, przemęczeniem, upałem lub ukąszeniem owadów – wylicza Paweł Szopa.
Turystów w górach nadal jest sporo. Aby wypoczynek w Bieszczadach był bezpieczny, ratownicy apelują, by przestrzegać kilku zasad. Przede wszystkim dopasować trasę do naszych umiejętności i kondycji. Wyjść tak, aby przed zmrokiem dotrzeć do celu. Poinformować kogoś z bliskich o celu naszej wędrówki. Dopasować strój i obuwie do panujących warunków. W plecaku obowiązkowo powinny znaleźć się: butelka z napojem izotonicznym, wysokoenergetyczna przekąska, latarka, mapa oraz telefon z naładowaną baterią. W telefonie warto zainstalować aplikację „Ratunek”, która w razie konieczności, wskaże ratownikom naszą lokalizację. – Przede wszystkim jednak kierować się zdrowym rozsądkiem, bo Bieszczady to niskie i łatwe góry, ale też mogą być niebezpieczne
– konkluduje ratownik Bieszczadzkiej Grupy GOPR.
Martyna Sokołowska


