Z maczetą do szkoły. Część II

Ksiądz Marek Kapłon jest znany w rodzinnym Przeworsku, podsanockim Bukowsku, Przemyślu czy Łańcucie. Teraz jego parafianami są… potomkowie ludożerców w dalekim Kamerunie. Fot. Archiwum ks. Marka Kapłona

Kameruńscy uczniowie nie mają wypchanych plecaków, bo… nie mają co do nich wkładać. Nie wracają z niezjedzonymi kanapkami, ponieważ szkolny posiłek bywa jedynym pożywieniem w ciągu dnia. Nie mogą też liczyć na podwózkę pod szkolną bramę. Najczęściej na lekcje zdążają pieszo i z maczetą w ręku, pokonując wiele kilometrów przez niebezpieczny busz. I lepiej, żeby się nie spóźnili, bo grozi im za to nie uwaga w dzienniku, ale… kara cielesna.

– W Kamerunie szkoła też zaczyna się we wrześniu?
– Tak. W pierwszym tygodniu i trwa do początku czerwca. Ale mimo że mamy już koniec miesiąca, wciąż nie wszystkie szkoły państwowe ruszyły. Są opóźnienia, bo na przykład nie ma wystarczającej liczby uczniów, albo nie wszyscy zapłacili czesne, które jest tu obowiązkowe. Nie ma więc np. na pensje dla nauczycieli.
– A pedagodzy dobrze zarabiają?
– Bardzo skromnie. Na polskie to jakieś 500 – 600 zł miesięcznie. Nie zachęca to do podjęcia tego zawodu. Stąd też brakuje nauczycieli. Często jest tak, że jeden uczy wielu przedmiotów. Warunki pracy w szkołach państwowych również pozostawiają wiele do życzenia. Wystarczy wspomnieć ponad 100 uczniów w jednej klasie, brak pomocy naukowych czy skromne sale z oknami w formie niezamykanych otworów, które są dość problematyczne, szczególnie w porze suchej. Trzeba je jakoś osłaniać przed wszędobylskim pyłem niesionym przez wiatr.
– W porze deszczowej jest lepiej?
– Wtedy pyłu nie ma, pojawia się za to inny kłopot: straszne błoto. Dlatego uczniowie, wchodząc do klasy, zostawiając buty na zewnątrz. Zdarza się też, że wyruszają z domu na bosaka, żeby oszczędzać obuwie, które zakładają dopiero na miejscu. Jednak mimo takich przeciwności szkoła kojarzy się dzieciom dobrze.
– Z nauką?
– I z jedzeniem, którego tu brakuje.

Uczniowie w drodze do szkoły często muszą pokonywać wiele kilometrów przez niebezpieczny busz. By móc się chronić np. przed jadowitymi wężami, noszą ze sobą maczety. Fot. Archiwum ks. Marka Kapłona

– W każdej szkole zapewnione są posiłki?
– Nie ma ich we wszystkich szkołach publicznych. To zależy od budżetu. W naszej – katolickiej w Nguélémendouka, prowadzonej przez siostry michalitki, bardzo o to dbamy. Bo trudno mówić dziecku coś o Panu Bogu i w ogóle prowadzić lekcje, jeżeli jest ono głodne.
– To ich jedyne pożywienie w ciągu całego dnia?
– Bardzo często dzieci idą do szkoły nawet po kilka kilometrów o pustym żołądku i jedzą dopiero w szkole. A gdy wracają do domu bywa, że nie ma tam co do garnka włożyć. Warto też wspomnieć, że w tutejszej kulturze na pierwszym miejscu jest mężczyzna, ojciec rodziny. Najmłodsi muszą sobie radzić sami. Do 2. roku są „zaopiekowane”, a później nikt się o nie specjalnie nie martwi. Jedzą na końcu… Często są niedożywione, stąd różne choroby i te duże brzuszki.
– A co dostają do jedzenia w waszej szkole?
– Pierwszy posiłek jest na dużej przerwie po pierwszych zajęciach. Dzieci dostają coś w rodzaju kakao – taki specjalny napój, a do tego jakiś pączek, albo rogalik z konfiturą. Później na 2. lub 3. lekcji, czyli w porze obiadowej otrzymują ciepły posiłek – np. ryż z sosem, czasami z mięsem, rybą czy warzywami. Dobrze też, że prawie przy każdej szkole państwowej jest studnia, a uczniowie mają darmowy dostęp do wody. Przy klasach stoi wiaderko z wodą i garnuszek – często tylko jeden na całą klasę. Tylko niektórzy przynoszą własne naczynia.
– Jak długo trwają lekcje w Kamerunie?
– 1,5 godziny każda.
– A co z ocenami?
– Nie ma ich w ogóle, bo jest punktowy system ocen. Maksymalnie w ciągu roku można uzyskać 20 punktów. Aby ukończyć klasę i uzyskać promocję do następnej, trzeba zebrać ich minimum 10. Na wyróżnienie potrzeba 12. Nie ma też świadectw. Uczniowie dostają tylko wpisy w specjalnych książeczkach z adnotacją o otrzymaniu promocji do klasy następnej i uzyskanych wynikach.
– Co jeszcze wyróżnia tutejsze szkoły?
– Choćby to, że codziennie na rozpoczęcie i na zakończenie zajęć wszyscy stojąc na baczność, przy rozpostartej fladze, śpiewają hymn narodowy. W każdej klasie albo w holu wisi portret prezydenta. W szkołach katolickich jest zaś portret biskupa diecezji, czasami też papieża i oczywiście krzyże. Dodatkowo, na zakończenie lekcji wszyscy się modlą, a ksiądz błogosławi całą szkołę, by wszystkie dzieci bezpiecznie wróciły do domu.

Nauka w Kamerunie jest płatna, więc dzieci są wdzięczne, jeśli dostaną szansę, by korzystać z edukacji. Fot. Archiwum ks. Marka Kapłona

– Panuje tu jakiś dress code?
– W każdej szkole obowiązkowy jest mundurek, co dla tutejszych dzieci jest bardzo praktyczne, bo zakrywa ich brudne ubranka. Często jest to jedyny schludny strój, w którym chodzą przez cały tydzień. Zazwyczaj w piątki wieczorem albo w sobotę do południa można zaobserwować wielkie pranie przy domach albo przy rzekach. Wtedy mundurki znów stają się czyste i są gotowe na poniedziałek. Najmłodsi mają też specjalne kostiumy sportowe.
– Czyli wśród zajęć jest WF?
– Tak, choć nieco się różni od lekcji w Polsce. Mało w której szkole jest bowiem sala gimnastyczna, co najwyżej jakieś boisko czy ubita ziemia na drodze. Zajęcia sportowe to głównie rozgrywki w piłkę nożną między klasami, przy użyciu zużytej piłki lub szmacianki. Czasem też w ramach „zajęć fizycznych” uczniowie wykonują prace przy szkole np. porządkują teren, chodzą do buszu po drzewo żeby było np. do opału na posiłek, koszą trawę maczetami. W Polsce nie do pomyślenia.
– Kameruńska rzeczywistość mocno kontrastuje z polską. Musi być bardzo ciężko żyć tutaj i widzieć z tak bliska tę biedę, choroby, śmierć…
– Najbardziej boli misjonarzy niemoc. To, że jest się na miejscu i można pomóc tylko części. Chciałoby się więcej, jednak brakuje środków. Dlatego tak ważni są darczyńcy. Szybko się przekonałem, że bez wsparcia modlitewnego, które jest najważniejsze, ale i tego materialnego, niewiele możemy zdziałać. Bo Kamerun to część świata, która jest zapomniana…
Rozmawiała Aneta Jamroży

CZY WIESZ, ŻE…
– Za 120 zł można kupić leki na malarię, które uratują życie jednemu dziecku w Kamerunie.
– Najmłodsi w Afryce często nie mają dostępu do światła i uczą się przy ognisku, gdzie panuje gwar. Zakup lampki solarnej to koszt ok. 20 – 25 złotych, a umożliwia naukę w dobrych warunkach.
– Cenną formą pomocy dla kameruńskich dzieci jest Adopcja Serca na odległość. To deklaracja opłacenia jednemu dziecku całego roku szkolnego (nauka oraz jedzenie). To wydatek minimum 300 zł (przedszkole/szkoła podstawowa), 600 zł (szkoła średnia).
– Działania misyjne ks. Marka można wesprzeć, przekazując datki na numer konta Fundacji Pro Spe: 74 1140 1225 0000 2343 2600 1001 z dopiskiem „Kamerun – ks. Marek Kapłon” oraz przez PayU na stronie: www.misje.przemyska.pl/ks-marek-kaplon/.

 

Pierwszą część wywiadu można przeczytać tutaj: https://archiwum.supernowosci24.pl/z-maczeta-do-szkoly/