
Do kaplicy ze źródełkiem znajdującej się w hermanowskim lesie nawet zimą przybywa wiele osób. Nie każdy z odwiedzających zdaje sobie sprawę, że miejsce słynie cudami już od kilku wieków. Jego dzieje postanowił przybliżyć Sławomir Wojtowicz, wychowawca w Bursie Stali Rzeszów, a po pracy druh miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej, publikacją „Studzianka w Hermanowej Przylasku. Historia kaplicy i źródełka”.
– Jak to się stało, że strażak napisał książkę?
– Zainspirowała mnie Krystyna Kotowicz, emerytowana nauczycielka. To ona, aby ocalić od zapomnienia historię Studzianki, od 1989 r. z siostrą – Władysławą Kopaczyńską, gromadziły materiały oraz docierały do świadków. Postanowiłem to uporządkować i opracować. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w Przylasku przed laty wydobywano surowce naturalne, a z kamieniołomu pozyskiwano kamień do budowy dróg i domów. Wzgórze było strategicznym miejscem wojskowo-ostrzegawczym. Wybudowano tam wysoką – sięgającą ponad drzewa – wieżę triangulacyjną, z platformą widokową, z której w razie niebezpieczeństwa dawano znać o zbliżającym się nieprzyjacielu. Dziś po niej nie ma już śladu. Dlatego przybliżam ją w pierwszej części mojego opracowania. Dalej opisuję legendy, o tym, skąd w tym miejscu wziął się kult Matki Bożej.
– Która z nich jest najbardziej prawdopodobna?
– Ta sięgająca najazdu tatarskiego z czerwca 1624 r. Tatarzy mordowali, zabierali do niewoli, rabowali i palili wsie i miasteczka. Kiedy dotarli do Hermanowej, okoliczni mieszkańcy szukali schronienia w głębokich jarach w okolicy Studzianki. Miejsce to okazało się dla nich szczęśliwe. Przeżyli. Dlatego wierzyli, że swoje ocalenie zawdzięczają Najświętszej Panience. Jako wyraz wdzięczności za pomoc i ratunek, wybudowali i poświęcili Jej niewielką kapliczkę. Legenda ta zdaje się mieć potwierdzenie także w znajdującym się w kaplicy obrazie, który przedstawia Matkę Bożą z Dzieciątkiem na ręku, a u stóp w dziękczynnej pozie, klęczy „wieśniak”. Widnieje tam też postać anioła gaszącego pożar.
– Legenda – legendą. A co o powstaniu Studzianki mówi historia?
– Niestety, nie znamy dokładnej daty budowy kaplicy w tym miejscu. Jedynymi zachowanymi źródłami mówiącymi o tym, że istniała ona już w 1860 r., są relacje sprzed lat dwóch mieszkanek Hermanowej, które jako młode dziewczyny pasały krowy pod lasem i już wtedy wskazywały drogę osobom szukającym w lesie źródełka. Wynika, że do tego miejsca już w drugiej połowie XIX w. przybywali ludzie, prosząc o różne łaski, a jej sława przekraczała granice wsi. Kolejna powstała w 1947 r. Konstrukcja starego, drewnianego budynku była na tyle wątła, że zdecydowano się na budowę nowego, tym razem murowanego. Po latach stawał się on jednak niebezpieczny. Pękające ściany, wilgoć (źródło było umieszczone we wnętrzu) sprawiły, że kaplica groziła zawaleniem, dlatego postanowiono o wybudowaniu następnej. Tę ukończono w 1966 r., pomimo trudności i nieprzychylnej Kościołowi władzy.
– Na tym jednak nie poprzestano?
– Wiosną 1993 r. rozpoczęto budowę kolejnej kaplicy, która stoi do dziś. Z inicjatywą wyszedł ówczesny proboszcz lokalnej parafii – ks. Stanisław Tarnawski. Pragnął on, aby to było miejsce przystosowane do godnego sprawowania eucharystii, w każdych warunkach pogodowych, przy udziale dużej liczby wiernych. Miejsce to poświęcił ordynariusz diecezji rzeszowskiej, ks. bp Kazimierz Górny 25 czerwca 1995 r., wzniesionej jako wotum dziękczynne za 10 lat istnienia hermanowskiej parafii.
– Słyszałem, że woda ze Studzianki ma wyjątkowe właściwości?
– Od najdawniejszych czasów z tym miejscem związane jest źródełko i niewytłumaczalne wydarzenia, dokonywające się dzięki wodzie z niego pochodzącej. Dlatego w książce spisałem świadectwa osób, które wierzyły, że uzdrowienia z różnych schorzeń duszy i ciała zawdzięczają wodzie właśnie stamtąd. Moja publikacja zawiera także wiersze i pieśni związane z tym miejscem, a zostały napisane przez często zwykłych ludzi, którzy swoje modlitwy i przemyślenia przelali na kartki papieru.
– Jak długo trwały przygotowania do wydania tej publikacji?
– Zbieranie materiałów, ich porządkowanie trwało dwa lata. Niestety, zbiegło się to w czasie z pandemią koronawirusa, która nieco ograniczyła głębsze dotarcie do źródeł i większej liczby świadków. Książkę pisałem po pracy, głównie podczas weekendów. Wielu ludzi, nauczycielki ze szkół, wycieczki przybywające do Studzianki, miały kłopot z brakiem informacji. Jeśli one były, to tylko ogólne i szczątkowe, umieszczone w przewodnikach.
– Czy powstaną kolejne publikacje?
– Po głowie chodzi mi pomysł odtworzenia historii Ochotniczej Straży Pożarnej w Hermanowej. Mam nadzieję, że uda mi się i taką publikację opracować.
Rozmawiał Dominik Bąk




