Zamaskowani bandyci z bronią w ręku

Mały osiedlowy sklepik przy ul. Krakowskiej – to tam niedawno doszło do napadu z bronią w ręku, który wstrząsnął nie tylko Kolbuszową. Fot. Paweł Galek

Niedawny napad na mały osiedlowy sklepik wstrząsnął nie tylko Kolbuszową. Zamaskowany osobnik bronią broni sterroryzował ekspedientkę, zabrał jej cały utarg i uciekł. Mieszkańcy spokojnego – jak dotąd – osiedla przy ul. Krakowskiej do dziś nie mogą opanować emocji, kiedy wspominają zdarzenie z czwartkowego (21 kwietnia) przedpołudnia. A to tylko jedno z takich zdarzeń w regionie.

Z ustaleń kolbuszowskiej policji wynika, że ok. godz. 11 do tamtejszego sklepiku wszedł zamaskowany mężczyzna. Na początku rozglądał się po lokalu, sprawdzał co jest na półkach i… w pewnym momencie wyciągnął przedmiot przypominający pistolet.
Doskoczył do ekspedientki i zażądał wydania pieniędzy. Ta wspominała, że jego akcent i ciemna karnacja skóry zdradzały, że może być obcokrajowcem. Jak się potem okazało, te sugestie nie do końca pokrywały się z faktami, ale po kolei… Sterroryzowana kobieta wyciągnęła z kasy sklepowej cały utarg i przekazała go napastnikowi. Ten po całym zdarzeniu uciekł pieszo w kierunku znajdujących się nieopodal zarośli i dalej kirkutu.
Sklepowa w wyniku rozboju nie odniosła obrażeń ciała. Była jedynie bardzo mocno wystraszona. Napad spowodował, że na osiedlu pojawiło się wielu policjantów. Rozpoczęli intensywne poszukiwania sprawcy. W działania te zaangażowali się funkcjonariusze wszystkich pionów komendy.

Pomagał pies tropiący

– Funkcjonariusze pytali mnie, czy nie widziałam zamaskowanego mężczyzny. Kazali się zamknąć w domu i nigdzie nie wychodzić. Szukali go wszędzie, w piwnicach nawet – mówiła nam pani Maria, mieszkanka jednego z bloków przy ul. Krakowskiej.
Policyjne działania przyniosły wymierny efekt. Na podstawie zgromadzonego materiału mundurowi ustalili, że sprawców było dwóch. – Obaj mają po 19 lat. Wspólnie zaplanowali napad i podzielili się rolami. To mieszkańcy powiatu kolbuszowskiego. Jeden z nich przywiózł drugiego na miejsce i czekał na niego w samochodzie. W tym czasie drugi nastolatek wtargnął do sklepu z przedmiotem przypominającym broń. To pistolet kulkowy. Został on zabezpieczony – informowała Jolanta Skubisz-Tęcza, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Kolbuszowej.
Młodzi mieszkańcy powiatu kolbuszowskiego zostali zatrzymani, usłyszeli też zarzut rozboju. Decyzją sądu najbliższe dwa miesiące spędzą w areszcie. Potem grozi im więzienie.

Napady na banki

W pobliskim Mielcu zamaskowani bandyci napadają również w biały dzień, ale skupiają się głównie na bankach. Kilka lat temu, do jednego z nich, przy ul. Zygmuntowskiej wszedł zamaskowany mężczyzna i terroryzując kasjerkę przedmiotem, który przypominał broń, zmusił ją do wydania pieniędzy. Zabrał łup i oddalił się w nieznanym kierunku.
Bank przy ul. Zygmuntowskiej to niewielka placówka w małym pawilonie handlowym, który zlokalizowany jest w spokojnej okolicy osiedla Smoczka. Nikomu nawet w najczarniejszych snach, nie przyszło do głowy, że akurat tam może dojść do jednego z najbardziej zuchwałych złodziejskich akcji z ostatnich lat w Mielcu. A jednak…
W ten sam sposób wyglądał napad mielecki bank, zlokalizowany przy ul. Obrońców Pokoju. Dwaj osobnicy w biały dzień zastraszyli kasjerów przedmiotem przypominającym broń, zabrali pieniądze i uciekli. Co ciekawe, w tym czasie żaden z przechodniów i sprzedawców okolicznych sklepów nie zauważył niczego podejrzanego.

Nikt nic nie widział

W dniu napadu na miejscu spotkaliśmy Grzegorza i Paulinę, młode małżeństwo spod Mielca. Przyjechali do banku, żeby dokonać przelewu. – Jadąc autobusem coś w radiu słyszałem o napadzie na bank i gościach w kominiarkach. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że chodzi o Mielec. Trudno, może jutro będzie otwarte – komentował pan Grzegorz.
– Nikt o nic nie pyta. Tak, jakby nic się nie stało – zdradził z kolei pan Sebastian, sprzedawca sąsiedniego sklepu. – Obserwuję ludzi. Podchodzą do banku, zapoznają się z treścią karteczek i odchodzą. Pewnie nikt z nich nawet nie się nie domyśla, że był jakiś napad.
– Słyszałem, że bank okradli. Widziałem policję, ale wcześniej żadnych złodziei nie zauważyłem. My tu na kolejkę patrzymy, na ludzi, na kasę – oświadczyła nam pani Emilia z piekarni po drugiej stronie ulicy. Nic nie widziała też pani Monika ze sklepu obuwniczego. – Byłam wtedy w pracy i powinnam coś zauważyć, ale nic nie widziałam. Moja przyjaciółka pracuje w banku. Kiedy jedna z klientek opowiadała mi o tym napadzie, od razu zadzwoniłam do niej i spytałam się, czy coś się jej stało. Na szczęście jest cała i zdrowa – dodała.
Cztery miesiące później mieleccy policjanci zatrzymali sprawców napadu. To dwaj mężczyźni. Mają też na swoim koncie kradzież srebrnej biżuterii w jednym ze sklepów i kilka napadów z bronią w ręku na kantory wymiany walut w Mielcu. Zatrzymani mężczyźni, którzy napadali, mają po 20 lat. Wspomagali ich dwaj 25-letni wspólnicy. Zrabowali mienie o łącznej wartości blisko 100 tys. zł. Wszyscy w komplecie trafili za kratki.

„Myślałam, że mnie zabije”

Do napadu, ale z użyciem nożna doszło na jednej ze stacji paliw w niedalekiej Dębicy.
– Od północy mieliśmy odmeldowania kasjerskie. Pieniędzy w kasie było więc dużo. Tuż po północy rozpoczęłam dzień fiskalny. Część pieniędzy wrzuciłam do sejfu. Następnie zaczęłam sprzątać i porządkować półki – wspomina pani Małgorzata, kasjerka stacji.
Nagle do sklepu wszedł Marek K. Za pazuchą trzymał… pięć noży kuchennych.
– Nieświadoma jego zamiarów ustawiłam się za kasą – relacjonuje nasza rozmówczyni.
– On stanął przy lodówce, potem ruszył w moją stronę. Trzymał nóż. Nie powiedział ani słowa, wzrok miał obłąkany. Wyglądał, jakby był naćpany. Krzyknęłam kilka razy „rany boskie!”. Zdążyłam usiąść i odruchowo go kopnąć. Co czułam? Ogromny strach o życie. Byłam pewna, że mnie zabije. O pieniądzach nie myślałam w ogóle – opowiada nam dębiczanka.
Na szczęście w pobliżu był 65-letni pracownik stacji, który szybko obezwładnił napastnika. – Włączyłam alarm antynapadowy. Zadzwoniłam na policję, czekaliśmy na funkcjonariuszy raptem dwie minuty. Kiedy go skuli kajdankami, odetchnęłam z ulgą. Straciłam dużo nerwów. Pewnie do końca życia będę mieć uraz psychiczny – nie kryje kobieta.

Krzyczeć, krzyczeć!

Pani Justyna, kasjerka na stacji paliw w poddębickim Brzeźnicy, nie kryje szoku, kiedy opowiadamy jej o relacji pani Małgorzaty. – Ta dziewczyna musi mieć zszargane nerwy. Z reguły nocą mamy drzwi zamknięte i i obsługujemy klientów przez okienko. Na razie się nie boję. Niech mnie nawet pan nie straszy na szczęście nic takiego nas nie spotkało. Gdyby mi ktoś wyskoczył z nożem czy pistoletem, to nie wiem, co bym zrobiła – zaznacza.
Pani Małgorzata pragnie, aby napad, którego doświadczyła, był przestrogą i nauką dla innych osób. Za naszym pośrednictwem chce przekazać ludziom kilka cennych uwag.
– Nie traktujmy każdego klienta jak potencjalnego złodzieja, ale bądźmy czujni i ostrożni – radzi kasjerka. – Zamykajmy kasy oraz inwestujemy w ochronę i monitoring. A kiedy ktoś nas napadnie, to trzeba krzyczeć, krzyczeć i jeszcze raz krzyczeć. I nie martwmy się o pieniądze. One wtedy nie są najważniejsze. Trzeba także dbać, żeby w pobliżu był ktoś jeszcze. Gdyby nie kolega, mogłoby mnie już nie być. On uratował mi życie.

Paweł Galek