
Były milicjant, który miał pozbawić życia trzy osoby, po 37 latach od pierwszej śmiertelnej ofiary został zatrzymany przez prokuraturę. Przez ćwierć wieku uparcie walczył o to ojciec jednej z ofiar. Chodzi o młodego dziennikarza z Sanoka, Marka Pomykałę, który był być może blisko rozwikłania bieszczadzkiej zmowy milczenia. Do dziś nie wiadomo, do jakich faktów dotarł redaktor „Gazety Bieszczadzkiej”.
Ojciec Marka Pomykały, Kazimierz, o zatrzymaniu Tadeusza P. dowiedział się od prokuratora z Krakowa. Na ten telefon czekał 25 lat. – Aż się scyzoryk otwierał w kieszeni, że takie bezprawie jest w naszym kraju – nie krył emocji. Syna widział ostatni raz wieczorem 29 kwietnia 1997 roku. Marek wpadł po klucze do samochodu i papierosy. Miał gdzieś pojechać. 29-latek mieszkał z żoną w mieszkaniu nad swoimi rodzicami, w tym samym bloku. Był dziennikarzem, głównie pisał o sporcie, a jego miłością, jak przystało na sanoczanina, był hokej. Pracował wtedy w „Gazecie Bieszczadzkiej” jako sekretarz redakcji. Ojciec pamięta, że dowiedział się od niego, iż nocny wyjazd związany jest właśnie z pracą. Przed wyjściem zdążył jeszcze pokłócić się z żoną. Nie dość, że był podpity, to jeszcze kobieta dowiedziała się, że stracił prawo jazdy. To ona zabrała mu kluczyki to auta, więc musiał pożyczyć inny komplet od ojca.
Wyszedł i nie wrócił
Marek nie wrócił do domu. Nie pojawił się także następnego dnia. Rozpoczęły się jego poszukiwania. Po trzech dniach znaleziono jego samochód – żółty fiat 126p. Stał przy bramie prowadzącej do Zapory Solińskiej. Bak był zupełnie pusty, drzwi zamknięte na klucz. Znalazła go rodzina. Zablokowane drzwi wzbudziły jej zdziwienie, bo Marek nie miał takiego zwyczaju. Samochód zostawiał otwarty. Powiadomiono policję. – Nikt z komendy nie przyjechał, żeby wziąć chociaż odciski palców. Wydawało mi się to dziwne – mówił Kazimierz Pomykała w programie „Paragraf” w TVP3 Rzeszów. Bliscy nadal szukali Marka. Nawet prosili o pomoc u jasnowidza. Ten „zobaczył”, że 29-latek został zamordowany, a jego ciało jest w Jeziorze Solińskim. Jednak śledczy uznali jego zaginięcie za samobójstwo. Mężczyzna miał problemy psychiatryczne, a za sobą kilka prób samobójczych. Rodzina Marka nie dawała wiary w tę wersję. Bo skoro chciał umrzeć, po co planowałby weekend majowy w Bieszczadach?
Rok po jego śmierci napisano w „Gazecie Bieszczadzkiej”, że Marek Pomykała „był bardzo dobrym, inteligentym i obdarzonym darem łatwości pisania dziennikarzem”. Okazało się też, że w dniu zaginięcia rozmawiał z ówczesnym komendantem wojewódzkie policji w Krośnie oraz jego zastępcą. Obaj nie pamiętają, czego rozmowa dotyczyła. Na bilingu dziennikarza z nocy 29 kwietnia były też połączenia z sanockich barów. W 1999 roku prokuratura wszczęła śledztwo, które zostało umorzone. W uzasadnieniu podpisanym przez ówczesnego szefa sanockiej prokuratury, Wiesława Klaczaka, czytamy, że: „nie można wykluczyć zabójstwa, to jednak biorąc pod uwagę cechy charakteru zaginionego i jego życie rodzinne i zawodowe, wskazują one, iż jak najbardziej prawdopodobną przyczyną zaginięcia jest samobójstwo”. Nie odnaleziono także notesu dziennikarza, w którym mogły znajdować się odpowiedzi na wiele zagadek. Choćby jakie śledztwo dziennikarskie prowadził przed śmiercią.
Nurkom przeczesującym Jezioro Solińskie nie udało się znaleźć ciała Marka Pomykały. Jego grób na sanoskim cmentarzu do dziś stoi pusty.
Wyznanie kochanki
W 2014 roku na prokuraturę zgłosiła się mieszkanka Sanoka, która twierdziła, że były milicjant i emerytowany policjant przyznał się swojej kochance do zamordowania Marka Pomykały. Miał to zrobić, bo dziennikarz interesował się sprawą śmierci sierżanta Krzysztofa Pyki. To kolega z pracy Tadeusza P. Stracił życie kilka tygodni po tym, jak w 1985 roku, w wypadku drogowym w Łączkach zginął Edward Krajnik. Samochodem potrącić miał go właśnie Tadeusz P. Był pijany, bo milicjanci wracali z zabawy w milicyjnym kasynie. Szybko zadzwonił po ojca, który wziął winę na siebie. Z zatuszowaniem sytuacji nie mógł pogodzić się Pyka. Młody sierżant był przypadkowym świadkiem wypadku, bo akurat wysiadał z autobusu. Zniknął po imprezie w jednym z ośrodków wypoczynkowych. Krzysztofa Pykę wyłowiono z Jeziora Solińskiego z jedną ręką w kieszeni. Wtedy jednak uznano, że to nieszczęśliwy wypadek. Większość dokumentów z tej sprawy „wyparowała”. Na podstawie zeznań byłej ukochanej milicjanta, prokuratura zaczęła ponownie badać te sprawy. Przeszukała nawet dom Tadeusza P., gdzie znalazła szkic książki z historią z 1985 roku. W 2015 roku sprawa została jednak ponownie umorzona.
Swojej byłej przyjaciółce Tadeusz P. nie puścił płazem tej zdrady. Aby ją nastraszyć, miał nasłać na nią dwóch Ukraińców. W programie „Magazyn Śledczy Anity Gargas”, opowiadała, że jej syn został zaatakowany nożem.
Chciał też zabić żonę
O swoich zbrodniach Tadeusz P. chwalił się też wielokrotnie żonie: – Zapytałam go kiedyś: „Jak ty możesz żyć, mając na sumieniu zabicie dwóch osób” – chodziło mi o pana Krajnika, który zginął w Łączkach i milicjanta Krzysztofa Pykę. Odpowiedział: „Mylisz się, nie dwóch, a trzech, bo trzeciego zakopałem” – mówiła w rozmowie z Super Nowościami w 2021 roku. O swoim byłym mężu ma jak najgorsze zdanie.
– To człowiek bezwzględny, zły i niebezpieczny. W domu trzymał broń, którą mi groził. Jest nieobliczalny, mimo że już nie jesteśmy razem, do dzisiaj się go boję i staram unikać. Miał motyw, aby zabić Pomykałę. Bardzo możliwe, że to zrobił – przyznała.
Żona słusznie bała się ex małżonka. Tadeusz P. i ją chciał pozbawić życia. Miał wsypywać leki do jej napojów i dodać rtęci do papierosów. Na szczęście kobieta nie wypaliła tej śmiercionośnej paczki.
Wywalczona sprawiedliwość
Historię Marka Pomykały przypomniały i nagłośniły w ostatnich latach dziennikarki z Podkarpacia – Karolina Ciesielska z TVP Rzeszów i Martyna Sokołowska na łamach Super Nowości. Jednak niezaprzeczalnie o prawdę walczył uparcie ojciec Marka, pan Kazimierz. – To jest moja zasługa, że to wszystko się rozniosło i rozdmuchało, a on poniesie pełną karę
– mówi mężczyzna, który przez lata palił znicze przy symbolicznym – bo pustym – grobie syna.
Prokuratura Okręgowa w Krakowie postawiła aresztowanemu mężczyźnie zarzuty zabójstwa Marka Pomykały i Kazimierza Pyki oraz usiłowania zabicia żony. – Materiał dowodowy w tej sprawie pozwala na stwierdzenie, że dociekliwość dziennikarska, poszukiwanie prawdy i próba wyjaśnienia, co zdarzyło się ponad dekadę wcześniej w Bieszczadach, doprowadziło do jego śmierci – stwierdził prokurator Rafał Babiński. Podejrzanego o zabójstwo zatrzymano rankiem 22 listopada w Zabrzu, gdy przechodził ulicą. Był tak zaskoczony, że nie stawiał oporu. Miał przy sobie marihuanę. – To jest osoba, która jest podejrzewana o dokonanie zabójstw. Mogła być niebezpieczna. Policjanci stwierdzili, że nie będą go zatrzymywać w miejscu zamieszkania, na Śląsku, tylko chcieli go zaskoczyć – relacjonował mł. insp. Sebastian Gleń z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. Mężczyzna nie przyznał się do winy, ale złożył wyjaśnienia. Został aresztowany na trzy miesiące.
Prokurator Rafał Babiński zapewnia, że chce, aby „grób, który jest pusty, taki nie był”. – Moja radość nie jest pełna, bo gdyby na rozprawie przyznał się łajdak, co zrobił z ciałem syna, to byłbym zadowolony – mówi Kazimierz Pomykała. – On był szkolony do łapania przestępców, aż sam stał się przestępcą – dodaje. Nie wierzy, że Tadeusz P. wyjawi, co zrobił z ciałem Marka Pomykały.
Według kochanki Tadeusza P., dziennikarz został zwabiony przez 63-latka do domku letniskowego w Wołkowyji, gdzie pili wódkę.
– Powiedział mi, że gdyby ten domek umiał mówić, to by dużo powiedział, co się tam działo – mówiła w programie TVP1. I dodała, że wręcz obsesyjnie przy tym domku ciągle sadził drzewa. Według krakowskiej prokuratury, miał tam Marka Pomykałę udusić.
Tadeusz P. udzielił wywiadu w poznańskim Telekurierze. – Byliśmy wtedy młodymi bogami. Ja byłem bezkarny – wspomina czasy swojej służby. Mówi, że prokuratura doskonale wiedziała wtedy czego się dopuścił, ale że było to rok po śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, to „firma nie chciała mieć kolejnego smrodu przy sobie”. Tadeusz P. zamierzał napisać książkę, w której chciał ośmieszyć wszystkich śledczych, którzy pomogli mu tę sprawę zatuszować. Nad książką na ten temat pracuje natomiast dziennikarz, Henryk Nicpoń. Nie udziela szczegółowych informacji, zasłaniając się tajemnicą dziennikarską. Przypomnijmy; w lipcu 2021 r. policjanci nad ranem weszli do mieszkania Nicponia i skonfiskowali mu telefony i laptopy. Zaraz po tym, jak tylko sąd zwolnił go z tajemnicy dziennikarskiej.
W wywiadzie Tadeusz P. otwarcie przyznaje się dziennikarce do spowodowania wypadku. – Nawet jakbym ja dzisiaj powiedział, że zabiłem Pomykałę, to co z tego wynika? Nic. Kompletnie nic – mówi. Dziennikarka drąży i pyta, czy ma on coś wspólnego z jego śmiercią. – Sądzę, że nie – odpowiada dziwnie Tadeusz P.
Do Kazimierza Pomykały dzwoni rodzina i przyjaciele. Cieszą się, że po tylu latach P. odpowie za swoje czyny. – Postaram się być na rozprawie sądowej, choć mam 88 lat – zapowiada Kazimierz Pomykała. Nadzieję na to ma też Marta Pyka, której odebrano ojca Krzysztofa. – Nikt mi taty nie wróci. Ani tych lat, kiedy wychowywałam się bez niego – mówiła na antenie TVP1.
Czy Kazimierz Pomykała w końcu poczuł spokój? – Trochę tak – przyznaje. – Tylko teraz ciągle ekipy telewizyjne siedzą w domu…
Kinga Dereniowska


