20 lat bez Tomka Beksińskiego

Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad z JANUSZEM BARYCKIM, przyjacielem Tomka Beksińskiego i prezesem Fundacji „Beksiński”.

– Gdy wspomina Pan Tomka, jaki obraz ma Pana przed oczami? Tego młodego z Sanoka czy już dorosłego z Warszawy?
– Raczej tego z sanockiego okresu, bo to był najbardziej aktywny moment naszej przyjaźni, przez co najbardziej wyrazisty.

– Wasza znajomość sięga szkolnych lat…
Z Tomkiem chodziłem do I LO w Sanoku. Nie uczęszczaliśmy do jednej klasy, jednak połączyły nas zainteresowania muzyczne. Spotykaliśmy się coraz częściej i w ten sposób trafiłem do domu państwa Beksińskich. Później bywało tak, że zaglądałem tam praktycznie codziennie. Słuchaliśmy muzyki, wymienialiśmy opinie na temat płyt, których Beksińscy posiadali w wielkiej obfitości. Zwykle, jak było coś nowego, musieliśmy wysłuchać tego bez żadnych komentarzy. Pojawiały się one dopiero po wysłuchaniu całości. Pamiętam wiele takich płyt m.in. grup: The Who, Budgie, Led Zeppelin, Pink Floyd czy Genesis. To były zespoły których czasem słuchaliśmy po raz pierwszy. Tak to się zaczęło…

– Jak Pan zapamiętał wizyty w domu Beksińskich?
– Sam dom miał bardzo fajną atmosferę. Był niezwykły. Czuło się tam zapach farb, który pamiętam do dziś… Przebywaliśmy w otoczeniu twórczości pana Zdzisława, bo w pokoju Tomka też wisiały obrazy ojca. Miał z nim taki trochę handlowy układ, że raz na rok mógł sobie wybrać jedno z dzieł.

– Czy rodzina ta wydawała się inna niż wszystkie?
– Nie. Wiadomo, że wiele rzeczy było podporządkowanych pracy artysty np. ustalone pory posiłków, ale nie było tam nic niezwykłego. Panowały normalne relacje. Aby dostać się do pokoju Tomka czy pana Zdzisława każdy musiał przejść przez salon, gdzie babcia miała swoje łóżko, oglądała telewizję. Zawsze pytała nas o szkołę. Także mama Tomka zaglądała do nas czasem na rozmowę.

– A jakim uczniem był Tomek?
– Dobrym. Miał niewielkie kłopoty z przedmiotami bardziej technicznymi czy związanymi z matematyką, ale jeśli chodzi o wszystkie inne, nie było problemów. O jego talencie może świadczyć chociażby fakt, że był w stanie nauczyć się języka angielskiego na poziomie egzaminu na studia, w 1,5 roku! O tym, że chce iść na angielski przypomniał sobie w 3 klasie liceum, a uczył się tylko niemieckiego. Wcześniej poznawał angielski samodzielnie – starając się zrozumieć teksty piosenek. Było dla niego kluczowe, by oprócz warstwy muzycznej, zrozumieć coś z warstwy literackiej. Dopiero przed końcem szkoły średniej poszedł na lekcje dodatkowe, które przyniosły zamierzony efekt, bo zdał na studia. Potem kontynuował przygodę z tym językiem tłumacząc filmy.

– Pierwsze przekłady piosenek powstawały w domu, a pierwsze audycje radiowe w szkolnym radiowęźle…
Te audycje – najpierw prowadził nasz starszy kolega – puszczał jednak tylko muzykę. A Tomek miał możliwość dogrywania jeszcze do muzyki komentarza słownego tworząc jedną 20 minutową audycję, którą puszczano na dużej przerwie.

– Zainteresowań było więcej?
– Tomek już szkoły podstawowej stronił od zabaw, które nas angażowały. Podczas gdy my graliśmy w piłkę, on zajmował się „swoimi historiami”. Zaczął pisać opowiadania na maszynie, tworzył okładki płyt, robił komiksy – pisał do nich scenariusze i angażował kolegów jako aktorów. Odgrywali sceny, które aranżował, a on tworzył z nich fotograficzne opowieści. Myślę, że jego zainteresowania miały związek z działalnością ojca, zafascynowanego ciekawostkami technologicznymi. Tomek zwykle dostawał po nim jakiś stary sprzęt i zaczynał samodzielnie zagłębiać się w temat. Stąd pojawiały się w jego pokoju zarówno magnetofony różnego typu jak i np. aparat fotograficzny, które nie leżały bezczynnie.

– Miewał szalone pomysły?
– W szkole było mnóstwo wygłupów, które zazwyczaj miały wspólne źródło. Czasem ktoś rzucił jakiś temat, a Tomek go rozwijał. Aferą w szkole zakończył się np. pomysł „rolowania”. Jeśli ktoś dostał dobrą ocenę to natychmiast po dzwonku cała czereda wybiegała z klasy i goniła tego „pacjenta” do szatni. Tam wszyscy rzucali się na niego, był duszony i wzbogacał się o mnóstwo siniaków na żebrach. Trzeba przyznać, że nie motywowało to do lepszej nauki (śmiech).

– Głośno było o Tomku po tym, jak rozwiesił w Sanoku klepsydry z informacja o swojej śmierci…
– Byłem uczestnikiem tej „zabawy” do pewnego momentu. Poszedłem do drukarni z Tomkiem i drugim kolegą, który to właśnie wymyślił żeby zrobić własne klepsydry. Na wydruku się jednak nie skończyło, bo Tomek poszedł znacznie dalej, co nawet mnie zaskoczyło.

– Nie wtajemniczył Pana?
– To było już kilka miesięcy później. Beksińscy przeprowadzali się wtedy do Warszawy, nie było ich w Sanoku. Tomek został z babcią, miał jechać do Katowic na studia. Już po egzaminach każdy szedł w swoją stronę. Ja pojechałem na praktyki robotnicze do Chełma. Nagle moja mama dzwoni mówiąc, że Tomek nie żyje, a na mieście wiszą klepsydry… Zaskoczony, odpowiadam, że to niemożliwe – że może wpadł na pomysł, żeby coś z tymi klepsydrami zrobić.

– Miał Pan rację.
– Była to szokująca informacja dla wielu osób, w tym nauczycieli, społeczności w szkole – w końcu wiele osób Tomka znało. Później miał z tego powodu mnóstwo kłopotów. A pracownika, który zezwolił na wydruk, zwolnili. Ale Tomek stwierdził, że pożegna się z Sanokiem w ten właśnie sposób. Po rozwieszeniu klepsydr nie otwierał drzwi. Babci też to polecił, przez co stała się współudziałowcem.

– To pewnie nie jedyny wybryk wnuka…
– Jeszcze w dzieciństwie Tomek był pasjonatem kur, miał też kanarki czy papużki i chciał je… rozmnożyć. Ktoś mu powiedział że w aptece jest taki środek – johimbina, który wspomaga potencję. Namówił więc babcię, żeby poszła kupić mu ten środek a on zastosuje go na papużkach. Babcia poszła, nie wiedząc o co prosi. Zdziwiona aptekarka zapytała: „A pani wie po co to jest?”. No i babcia musiała się tłumaczyć.

– Tomkowi ciężko było opuścić rodzinne miasto?
– Wtedy nie, bo nie zdawał sobie sprawy, że będzie to dla niego problem. Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że w tamtym momencie skończyło się wiele rzeczy. Później w jakimś liście pisał, że stracił kontakt z wszystkimi przyjaciółmi, wszyscy się od niego odwrócili. A to nie tak – każdy miał po prostu inny pomysł na życie.

– Jak dalej przebiegała Wasza znajomość?
– Gdy ja dostałem się na studia do Rzeszowa, on wyjechał do Katowic, a po roku przeniósł się do Warszawy. Kontakty się trochę rozluźniły, jednak nasza znajomość była podtrzymywana, ponieważ robiliśmy wiele rzeczy wspólnie. Ja działałem w radiu studenckim, a później w klubach „Dedal” i „Plus”. Tomek odwiedzał mnie w Rzeszowie – prowadził tu dyskoteki, robiliśmy wspólne wieczory płytowe. Przychodziła masa osób. W końcu, kto nie chciałby posłuchać np. płyty Pink Floyd „The Wall” zaledwie 3 dni po światowej premierze?

– W naszych stronach, w pewnym sensie zaczęła się też kariera Tomka jako tłumacza… 
– Kiedyś w Kołobrzegu zobaczyliśmy gości, którzy mieli sprzęt wideo i puszczali filmy. Stwierdziliśmy, że to super ciekawa rzecz. Udało nam się kupić podobny sprzęt. Pamiętam, że magnetowid plus dwa monitory kosztowały wtedy 700 dolarów. Tomek nabywał filmy na giełdzie w Warszawie, a ponieważ były anglojęzyczne to je nam tłumaczył. I puszczaliśmy je w Rzeszowie, a także w Sanoku. To była amatorka. Później Tomek sam kupił magnetowid i przetłumaczył dla siebie wszystkie Bondy. Z czasem trafił do ITI i tłumaczył dla nich filmy

– Odwiedzał Pan Tomka w Warszawie?
– Często u niego bywałem. Gdy później założyłem firmę i w mniejszym stopniu zajmowała mnie muzyka, ten kontakt osłabł. Kiedy miałem jednak wyjazd do Warszawy – nawet z żoną i dziećmi, bywałem u niego. Podobnie jak on u nas w Rzeszowie. To była już jednak znajomość na innym poziomie.

– Czy podczas kontaktów z mieszkającym w stolicy Tomkiem dawało się wyczuć, że jest nieszczęśliwy czy samotny?
– Opowiadał różne historie, zwykle w takim kontekście, że jakoś sobie radzi. Nie było tak, że był ciągle zdołowany. Cały czas walczył o to, by mieć bliską osobę, tylko szukał moim zdaniem w niewłaściwym towarzystwie. Przez to cały czas dostawał coś, co nie miało szans wytrwać dłużej. Na jego drodze stawały najczęściej młodsze kobiety o infantylnej lub nie do końca ukształtowanej psychice. Pewnie ideałem była dla niego matka, która potrafiła się poświęcić dla jego ojca. On nie mógł sobie takiej kobiety znaleźć. Po pierwszej próbie samobójczej w Warszawie jego rodzice poprosili mnie bym przyjechał i zajął się Tomkiem. Pojechałem. Tylko okazało się, że Tomek wrócił ze szpitala psychiatrycznego z… jakąś panią. Przespałem więc u niego w sąsiednim pokoju przez parę dni i stwierdziłem, że dłużej nie ma sensu, bo im tylko przeszkadzam. Ostatecznie okazało się, że miała problemy psychiczne i na końcu ich znajomości, Tomek poszedł do swojej mamy prosząc, żeby załatwiła, aby ta dziewczyna wyniosła się od niego. On nie miał odwagi.

– A o samych próbach samobójczych rozmawiał?
– Mam list, który napisał do mnie dosłownie na drugi dzień po pierwszej próbie. Owszem wspomniał, że jest w szpitalu, że miał próbę samobójczą, ale większość tekstu przebiega jakby nic się nie stało, że jakieś płyty mi wysyła. Nie wiem – może ludzie w takim stanie psychicznym w ten sposób reagują…

– Godne podziwu jest za to jego reakcja podczas katastrofy samolotu pod Rzeszowem, gdzie jako jedyny próbował uratować zakleszczoną kobietę…
– On po prostu próbował coś zrobić. Śmiał się później, że „pierwsi spieprz… faceci z ochrony” – latało wtedy zawsze dwóch przedstawicieli służb, którzy mieli udaremniać porwania samolotów.

Tomek był bardzo odpowiedzialnym i bardzo pomocnym człowiekiem. Mieliśmy np. wspólnego kolegę Ryśka Rogowskiego, który był osobą niepełnosprawną – miał zanik mięśni. Od rana, gdy ojciec przywoził go do szkoły, my opiekowaliśmy się nim, wszędzie z nim byliśmy, przewożąc z miejsca na drugie. I na imprezy i na wyjścia, później odwożąc do domu. Pamiętam też, jak jeszcze w Sanoku układałem z dziadkiem parkiet. Gdy Tomek przyszedł, od razu włączył się do pomocy.

– Kiedy spotkał go Pan po raz ostatni?
– Na jakimś koncercie – nie wiem czy nie na Rolling Stonesach w Katowicach. Pamiętam, że napisał wtedy do mnie, że się wybiera, a ja mu odpisałem, że też będę i może byśmy się spotkali. Tak się stało. Chwilę pogadaliśmy. Nie opowiadaliśmy jednak o emocjach związanych z życiem, bardziej byliśmy podekscytowani samym wydarzeniem.

– Jak dowiedział się Pan o jego samobójstwie?
– Chyba z radia.

– Zdziwiło Pana, że na wieczór swojej śmierci wybrał Wigilię?
– W jakimś sensie wydaje się to zrozumiałe. Jest to dzień, w którym jest się z rodziną, z bliskimi, znajomymi. On ich nie miał. Tego wieczoru odciął się nawet od ojca.

– Dziś o Tomku przypominają książki, filmy… Nie zawsze przedstawiany jest w dobrym świetle, jak chociażby w „Ostatniej rodzinie”.
– Nikt z nas tak dobrze nie znał Tomka w tym czasie, w którym jest on przedstawiany, trudno więc precyzyjnie się odnieść. Na pewno nie był takim człowiekiem, jakiego pokazano w tym filmie, bo akurat takich reakcji u niego nigdy nie było. Wiedzielibyśmy o tym. Jest kilka scen, bez których ta produkcja może byłaby ciekawsza i w większym stopniu pokazywałaby prawdę o tej rodzinie. No, ale ktoś wymyślił, że może być bardziej dramatycznie i Tomek został postawiony w roli człowieka – furiata o agresywnym zachowaniu. Wiadomo, że jakieś kłótnie były, padały mocne słowa, ale zdarza się to w każdej rodzinie. Beksińscy potrafili zrozumieć, że ktoś w danym momencie jest sfrustrowany i musi z siebie pewne rzeczy wyrzucić. Ich kłótnie nie prowadziły do konfliktów, które odseparowałyby ich od siebie.

– Czy patrząc z perspektywy czasu Tomek był dobrym przyjacielem?
– Bardzo miło wspominam Tomka jako kolegę, jako przyjaciela. To były fajne czasy, świetnie nam się spędzało czas, pozostało mi w pamięci wiele różnych ciekawych i zabawnych historii. Kiedyś np. założyliśmy się z Tomkiem, czy jest w stanie przy słuchaniu dyskografii zespołu The Moody Blues wypić całą skrzynkę Pepsi-Coli, prawdziwego rarytasu w tamtych czasach, który uwielbiał. Niestety, wypił i musiałem mu ją odkupić. Inna pamiętna historia, to ta z majtkami Tomka, które porzucił w Sanoku. Gdy po wyprowadzce przyjeżdżał tutaj czasem nocował u moich rodziców. I pewnego razu będąc tu, stwierdził, że chce się pozbyć majtek. Zamiast powiedzieć mojej mamie, że chce je wyrzucić do kosza, wylądowały… w ogrodzie sąsiadki. Po tygodniu lub dwóch, sąsiadka przyniosła te majtki demonstracyjnie na kiju i mówi do mamy: „To chyba Janusza”. Po tym, w jaki sposób były pocerowane, mama poznała, że to jednak nie moja własność, a Tomka. Zresztą podobna historia zdarzyła mi się, gdy byłem u niego w Warszawie. Moja bielizna suszyła się na balkonie i spadła 4 piętra niżej. Prosiłem, by poszedł i odzyskał zgubę. Jak relacjonował później Tomek, facet był cholernie zdziwiony, skąd takie wielkie majtki u takiego chudego gościa.

– Ma Pan jakąś szczególną fizyczną pamiątkę po Tomku?
– Dostałem od niego jego autorskie komiksy, dużo płyt… Było tego więcej, ale nie przywiązywałem do tych rzeczy uwagi. Dla mnie najcenniejsze są zdjęcia.

– 24 grudnia przypada 20. rocznica jego śmierci. Czy są jakieś plany, by uczcić ją w szczególny sposób?
– Powiem szczerze, że w tym momencie nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Ten rok był bardzo intensywny, przede wszystkim ze względu na 90. rocznicę urodzin pana Zdzisława. W Fundacji Beksiński działamy z żoną tylko we dwójkę – synowie pomagają w reklamie. Dlatego ogromnego wysiłku wymagała od nas organizacja wielu przedsięwzięć, m.in. bardzo dużych koncertów „Świat Mistrza Beksińskiego” w Warszawie i Krakowie. Jednak będziemy jeszcze próbować coś zrobić także dla Tomka – może przy innej okazji – np. urodzin. Na pewno o nim nie zapomnę!

Rozmawiała Aneta Jamroży

Leave a Reply

Your email address will not be published.