I LIGA MĘŻCZYZN. Sokół wygrał trzy kwarty, a mimo to musiał uznać wyższość niepokonanego w tym sezonie zespołu z Krosna, który zwyciężył po raz 9. z rzędu.
Gdy po pierwszej kwarcie MOSiR prowadził z Sokołem różnicą 21 punktów, wydawało się, że bez większych problemów sięgnie po 9. z rzędu ligowe zwycięstwo. W dalszej części meczu gospodarze podnieśli się jednak z kolan i rzucili w pogoń za rywalem, który chyba zbyt szybko uwierzył w końcowy sukces.
O przewadze drużyny z Krosna przed przerwą świadczy fakt, że jej dwóch zawodników: Wojciech Pisarczyk i Dariusz Oczkowicz w pierwszej połowie zdobyło więcej punktów (20 pkt.) niż cała drużyna Sokoła (18 pkt.) w tym samym czasie.
Mocne otwarcie lidera
Po 10 minutach gry Sokół przypominał boksera, który zaliczył ciężki nokaut i ostatkiem sił zdołał uniknąć końcowego liczenia. Lider z Krosna zaczął sobotni pojedynek od mocnego uderzenia i po 4 minutach prowadził już 6:0. Łańcucianie bardzo długo nie mogli znaleźć skutecznej metody na sforsowanie szczelnej i uważnie grającej obrony MOSiR-u. Ich rzutową niemoc przerwał dopiero w połowie pierwszej kwarty Łukasz Pacocha. W odpowiedzi zza linii 6,75 m celnie przymierzył Wojciech Pisarczyk, a chwilę później wyczyn kolegi skopiował Marcin Salamonik (2:12). Widząc nieporadność swoich podopiecznych, trener Dariusz Kaszowski poprosił o czas, który jednak niewiele wniósł do gry Sokoła. MOSiR dalej przeważał i punktował rywala. Na 120 sekund przed końcem tej odsłony, przewaga lidera tabeli wzrosła już do 15 punktów (2:17), a to jeszcze nie był koniec popisów podopiecznych Duszana Radovicia w tej kwarcie.
Nadzieja umiera ostatnia
W kolejnych minutach gospodarze mieli nawet problemy, aby trafić z linii rzutów osobistych. Tak było m.in. w przypadku powracającego do Łańcuta po nieudanej ekstraklasowej przygodzie w Polpharmie Starogard Gdański, Kacpra Młynarskiego, który przy stanie 2:27 wykorzystał tylko jedną z dwóch prób. Z czasem MOSiR stracił niemal całkowicie swój początkowy impet, ale Sokoły również budziły się bardzo wolno. Przechwyt i efektowny wsad Młynarskiego miał być zapowiedzią lepszej gry ekipy Dariusza Kaszowskiego. I był. Spotkanie się wyrównało i wreszcie przypominało derby z prawdziwego zdarzenie, a nie pojedynek Dawida z Goliatem. Sokół zaczął mozolnie odrabiać straty i do przerwy zmniejszył dystans do krośnian do 15 punktów (18:33).
Gonili, gonili i… nie dogonili
Druga połowa rozpoczęła się od celnych rzutów Michała Barana i Tomasza Pisarczyka (22:33), które wlały nadzieję w serce łańcuckich kibiców i sprawiły, że ponownie zaczęli oni wierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone. Lider, w przeciwieństwie do pierwszej połowy, drugą zaczął beznadziejnie, a pierwsze punkty w niej zdobył dopiero po 4 minutach gry (Salamonik). Wykorzystał to Sokół, który po akcji 2+1 Macieja Klimy w 26. min przegrywał już tylko 8 „oczkami” (27:35). To był, jak się później okazało, przełomowy moment meczu. Do końca III kwarty gospodarze nie zdobyli już punktu, tracąc 4 „oczka” (27:39). To właśnie przewaga na poziomie 10 punktów utrzymywała się niemal przez całą ostatnią kwartę. Sokół próbował, szarpał, zbliżał się do rywala, ale… popełniał także błędy. Tak doświadczony zespół, jakim jest MOSiR, mimo zdecydowanie gorszej gry niż przed przerwą „dowiózł” prowadzenie do końcowej syreny, mimo iż ostatecznie stopniało ono do zaledwie 5 punktów.
SOKÓŁ Łańcut 49
MOSiR PBS KHS Krosno 54
(2:23, 16:10, 9:6, 22:15)
SOKÓŁ: Pacocha 7 (1×3), Baran 5 (1×3), Klima 12, Pieloch 0, T. Pisarczyk 9 oraz Fortuna 4, Młynarski 12
MOSiR: Grochowski 6, Oczkowicz 13 (3×3), Malczyk 4, W. Pisarczyk 18 (3×4), Salamonik 9 (1×3) oraz Adamczewski 0, Fraś 2, Bogdanowicz 0, Musijowski 2, Wyka 0.
Sędziowali: J. Kiełbiński, A. Szczotka, P. Baran. Widzów 800.
Marcin Jeżowski
[print_gllr id=100774]


