
Na szpitalne oddziały ratunkowe narzekają pacjenci w zasadzie wszystkich polskich szpitali. Przede wszystkim na to, że bardzo długo się w nich czeka na przyjęcie przez lekarza. Z tym, jak podkreślają szefowie szpitali, trudno powalczyć. Jednak przemyski SOR jest w szczególnej sytuacji. Ostatnio zwolniło się stąd aż 6 lekarzy, który dotychczas dyżurowali, z kierownikiem oddziału na czele. Powód? Konflikt z jednym z lekarzy, na który, zdaniem medyków, nie reagowała dyrekcja szpitala. Tymczasem dyrekcja odpowiada, że na niewłaściwe zachowanie lekarza nie było żadnych dowodów, a skarżyła się na nie tylko część SOR-owskiego personelu.
Choć wszyscy wiemy, że atmosfera w pracy jest bardzo ważna, każdy z nas ma świadomość, że pracować przychodzi nam z różnymi ludźmi, także z takimi, za którymi nie przepadamy. W pracy jednak nie chodzi o to, by się „kochać”, ale o to, by sprawnie współpracować. Szczególnie to ważne w takim miejscu, jakim jest każdy SOR, bo tu przecież chodzi o ludzkie zdrowie i życie! Tymczasem, jak nam przekazali lekarze, którzy z przemyskiego SOR-u się zwolnili oraz część innego personelu oddziału, nie dało się tam spokojnie i normalnie pracować z powodu …jednego z lekarzy. Jak relacjonują, lekarz ów zatrudnił się w przemyskim Wojewódzkim Szpitalu nieco ponad 2 lata temu. Zrazu wydawał się być całkiem w porządku, potem, jak mówią aktualni i byli pracownicy SOR-u, zaczęła się „jazda”. – Pan doktor najpierw „przyczepił się” do rejestratorów medycznych – opowiada jedna z ratowniczek. – Twierdził, że nie pracują dobrze, a także miał pretensje, że przysyłają do niego zgłaszających się na SOR pacjentów oraz tych, których przywoziły karetki – relacjonuje. – Dochodziło do tego, że rejestratorzy prosili nas, byśmy sami zanosili dokumenty pacjentów do tego lekarza, bo nie chcieli mieć z nim kontaktów – dodaje. Według relacji naszych rozmówców, lekarz szybko popadł w konflikt nie tylko z rejestratorami z SOR-u. – On jest po prostu bezczelny i ordynarny – mówi z kolei jedna z pielęgniarek. – Potrafi powiedzieć do kogoś z nas „spierda**j” przy pacjencie! – irytuje się. – Przeszkadza mu w pracy wszystko, łącznie z moimi butami typu chodaki – wyjaśnia. – To jest naprawdę nie do wytrzymania – przekonuje nas kobieta, która w tej chwili przebywa na zwolnieniu lekarskim z powodu nadszarpniętych nerwów. – W zasadzie od pewnego momentu nie dało się już pracować z tym człowiekiem – podkreśla pielęgniarka. Poza tym, że lekarz miał być nieprzyjemny, miał też żądać od personelu średniego, by ten odmawiał przyjęcia pacjenta na SOR. – Zwyczajnie oczekiwał, że my będziemy odsyłali ludzi do domu bez kontaktu z nim jako lekarzem i bez diagnostyki – wyjaśniają pracownicy SOR. – Oczywiście nie chcieliśmy tego robić – przyznają. – Po pierwsze dlatego, że nie mamy do tego kompetencji, po drugie także dlatego, że ten lekarz oczekiwał, iż będzie się to działo oficjalnie poza nim i w razie czego nie będzie on miał nic wspólnego z odesłaniem pacjenta – wyjaśniają. – Cały czas przy tym słyszeliśmy, że ludzie przyjeżdżają na SOR, a także są przywożeni nań przez załogi karetek pogotowia z „g****mi”, czyli bez powodu, a my jesteśmy leniami i nic nie mamy do roboty, ale pan doktor nas nauczy pracować – dodają z przekąsem.
Bardzo chciał być szefem SOR-u
Naturalne wydaje się, że w tej sytuacji sprawą relacji na linii lekarz – personel powinien zająć się kierownik oddziału. Na przemyskim SOR-ze był nim jeszcze do niedawna doktor Piotr Marciniak. Lekarz jest chirurgiem, poza tym stosunkowo niedawno zrobił specjalizację z medycyny ratunkowej. Nim na oddziale pojawił się konfliktowy zdaniem personelu lekarz, doktor Marciniak kierował oddziałem już od dobrych kilku lat. Jak mówią pracownicy SOR, lekarz miał mieć wręcz obsesję na punkcie Marciniaka, a raczej na punkcie funkcji szefa SOR-u. – Nasz szef jest, był bardzo lubiany – ci z pracowników SOR-u, którzy na nim pozostali mimo konfliktu z opisywanym lekarzem, nadal mówią o Marciniaku „szef”. – Kiedy zrobił specjalizację z medycyny ratunkowej, wszyscy mu gratulowaliśmy i cieszyliśmy się, to było dla nas naturalne – podkreślają. – Tymczasem tamten lekarz był po prostu wściekły! A to dlatego, że liczył, iż nasz szef przestanie być kierownikiem SOR-u z racji braku tej specjalizacji i zostanie nim właśnie on – wyjaśniają. – Nie wiedział, że ministerstwo o rok jeszcze odroczyło przepis, że szef SOR-u musi być lekarzem medycyny ratunkowej – śmieją się.
– Mniejsza jednak o to, bo nasz szef specjalizację zrobił! – dodają z satysfakcją. Lekarka, która w opisywanym lekarzem pracowała jeszcze w poprzednim jego miejscu pracy, a która także niedawno zwolniła się z SOR-u przemyskiego szpitala, wspomina, że: – On zawsze mówił, że bycie szefem SOR-u to jego marzenie – relacjonuje. – Powiedział kiedyś, że wiele by oddał, by choć przez jeden dzień pokierować szpitalnym oddziałem ratunkowym – opowiada. – Marzenie, jak marzenie, ale trochę to wyglądało na ideę nadrzędną – dodaje.
Pisał donosy, polecał nagrywać?
Tak czy owak doktor Marciniak wciąż był szefem przemyskiego SOR i jako szef oczywiście został poinformowany o zachowaniu lekarza. – Starałem się z nim porozmawiać spokojnie – przyznaje dziś były kierownik SOR. – Nie chciałem eskalować konfliktu, bo zależało mi na sprawnym funkcjonowaniu oddziału, a nie miałem tylu lekarzy, żeby zapewnić prawidłową obsadę w sytuacji, gdyby ten lekarz nagle odszedł – wzdycha. – Wspominałem mu zatem o konfliktowych sytuacjach, mówiąc, że należy takich unikać i liczyłem, że się uspokoi – wyjaśnia doktor Marciniak.
Lekarz jednak o ile się uspokajał, to jak relacjonują jego współpracownicy, na jeden, góra dwa dni. – Czasem nawet przepraszał poszczególne osoby, które zwyzywał, albo nawet popychał, ale za chwilę robił to samo – opowiadają pracownicy SOR.
Sytuacja stawała się nie do wytrzymania, a do tego doszło jeszcze odkrycie, że lekarz pisze do dyrekcji szpitala donosy na różnych pracowników SOR-u, a pielęgniarka, która „przyszła” za nim z jego poprzedniego miejsca pracy nagrywa współpracowników, a następnie przekazuje nagrania lekarzowi. – Nikt specjalnie nie musiał „węszyć”, żeby to odkryć – uśmiechają się pracownicy przemyskiego SOR-u. – Pan doktor przesłał jeden z donosów do innego lekarza, który podzielił się tą informacją z pracownikami SOR-u- wyjaśniają. – Stąd niejako przypadkiem dowiedzieliśmy się, że kazał nas nagrywać i na nas donosi – tłumaczą. Do tego, jak twierdzą, lekarz miał być w ciągłym telefonicznym kontakcie z dyrektorką Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu, Barbarą Stawarz. – Wcale się nie krył z tym, że jak tylko ktoś mu „podpadł”, to zaraz pisał SMS-y do dyrekcji – zauważają pracownicy SOR-u. – Dawał nam też do zrozumienia, że jest z dyrekcją w bardzo dobrych relacjach – podkreślają.
Napisali skargę do dyrekcji
Pomimo tych deklaracji lekarza, pracownicy SOR-u zdecydowali się napisać do dyrekcji oficjalną skargę na niego. Zrobili to w marcu tego roku, a dokument podpisało 38 osób w tym: pielęgniarki, ratownicy i lekarze. – Uważaliśmy naiwnie, że pani dyrektor będzie zależało na tym, by na tak przecież strategicznym oddziale panowała normalna atmosfera pracy, a pacjenci nie byli świadkami gorszących scen w wykonaniu lekarza – podkreślają. – Nikt z nas nigdy nie domagał się, by ten lekarz odszedł z SOR-u – zastrzegają. – Mówimy o tym dlatego, że doszły nas słuchy, iż rozpowszechnia on takie informacje! My chcieliśmy tylko, by przestał nas traktować jak pan niewolników, obrażać nas, wyzywać, nakazywać nagrywanie nas i tyle – utrzymują.
Dyrekcja szpitala, co potwierdza w odpowiedzi na nasze pytania szefowa przemyskiego Wojewódzkiego Szpitala, Barbara Stawarz, skargę przyjęła, choć co podkreśla dyrektor Stawarz, nie było żadnych dowodów na niewłaściwe zachowania lekarza. – Formułowane przez część załogi zastrzeżenia wobec jednego z lekarzy dotyczyły trudności w relacjach personalnych. Nie były jednak poparte żadnymi dowodami czy dokumentami. Kierownik oddziału nigdy nie zastosował wobec niego pisemnego upomnienia, ani nie sporządził notatki służbowej wskazującej na jego niewłaściwe zachowanie. Nie mieliśmy również na niego skarg od pacjentów – napisała do nas dyrektor Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu. Dyrektorka placówki w swej odpowiedzi do Super Nowości zauważa, że: – Pierwszą osobą, która powinna podejmować działania w celu prawidłowej pracy podległego personelu jest jego kierownik. To jego rolą jest koordynowanie pracy personelu, a w razie braku możliwości uzyskania oczekiwanych efektów działań, wdrażanie formalnej drogi służbowej, czego w niniejszej sprawie nie dokonano. Mało tego, ówczesny kierownik SOR sam zaangażował się w spory, a jego postawa doprowadziła jedynie do eskalowania problemu – w ten sposób dyrektorka szpitala oceniła rolę doktora Piotra Marciniaka w konflikcie lekarza z personelem SOR-u.
– Rozmawiałam z kierownikiem SOR oraz lekarzem, którego dotyczyły zastrzeżenia. Przedstawiłam im swoje stanowisko, prosiłam o ostudzenie emocji. Zwróciłam uwagę na zachowania, które mogą budzić negatywne odczucia u współpracowników, uczulając, aby do nich nie dochodziło – kontynuuje swe wyjaśniania dyrektor B. Stawarz. – Podkreśliłam też, że nie wszyscy w pracy muszą się lubić, ale mają się szanować i wspólnie dobrze pracować na rzecz pacjentów, ponieważ to oni są najważniejsi – dodaje. Tymczasem pracownicy SOR-u podkreślają, że po złożeniu skargi sporządzili notatki i raporty dotyczące zachowania lekarza i przedstawili je komisji i dyrekcji szpitala.
Komisja „ustaliła” co miała „ustalić”?
Jak jednak wiemy, te rozmowy pani dyrektor z lekarzem nie zmieniły, zdaniem personelu SOR-u, zachowania tegoż wobec pracowników oddziału. Stąd decyzja dyrektorki placówki o powołaniu specjalnej komisji w tej sprawie: – Podjęto próby załagodzenia konfliktu i ustalenia jego źródeł. W tym celu została powołana specjalna komisja wyjaśniająca, która odbyła szereg spotkań. Ustaliła ona, że istnieje podział na osoby, które do wspomnianego lekarza nie mają zastrzeżeń oraz osoby, które zgłaszają z jego strony nieprawidłowe zachowania. Osoby, które nie podpisały skargi twierdziły, że wieloletni personel SOR nie akceptował osób „z zewnątrz”, a także metod pracy innych niż już utrwalone – wyjaśnia w mailu do nas dyrektor Stawarz. – Ta cała komisja, to był pic na wodę fotomontaż – drwią z tego co odpisała dyrektorka byli i aktualni pracownicy SOR-u. – Pod uwagę brano głównie wypowiedzi osób, które z tym lekarzem nie mają częstej bezpośredniej styczności, zatem oczywiste było, że nic negatywnego o jego zachowaniu nie mogą powiedzieć – wyjaśniają. – Celem komisji było nie tyle ustalenie stanu faktycznego, jak ustalenie kto zredagował treść skargi na lekarza przekazanej dyrekcji – uśmiechają się ironicznie. Do przelania na papier tego, co personel zarzuca lekarzowi przyznaje się jedna z ratowniczek. – Owszem, ja to spisałam na prośbę reszty i zredagowałam – mówi otwarcie.
– Przed komisją też to zeznałam – zdradza. Zdaniem personelu SOR-u, działania komisji były tendencyjne i nie zmierzały wcale do poznania prawdy. – Ta komisja miała nas raczej jakoś przestraszyć – uważają. Skąd taki pomysł? Ano stąd, że doktorowi Marciniakowi co prawda ujawniono, że taka komisja „rusza” i będzie przesłuchiwała pracowników, ale z zastrzeżeniem, że …ma ich o tym nie uprzedzać! – Chyba chodziło o zaskoczenie nas – uśmiechają się gorzko pracownicy SOR-u. I opowiadają także o tym, że podczas przesłuchań przez komisję, dodajmy, że indywidualnych, jej członkowie także w osobie pani dyrektor mieli formułować gotowe tezy przeciwne temu, co twierdzili na temat lekarza i jego zachowania pracownicy, a także nie pozwalać im na swobodę wypowiedzi, gdy ta była nie po myśli komisji. – Komisja miała z góry założone co ma „ustalić” – uważają pracownicy SOR-u. – A miała „ustalić”, że pan doktor jest w porządku, a my jesteśmy aspołeczni i nie chcemy pracować z takim wspaniałym lekarzem i człowiekiem – ironizują. – No i tak właśnie „ustaliła” – dodają. – A nas, tych, którzy odważyli się mówić na tej komisji jak jest, dziwnym trafem oddelegowano do szczepień, choć jesteśmy wyszkoleni do pracy na SOR-ze – zauważają pracownicy, którzy oddelegowanie uważają za formę represji.
Czarna lista pana doktora i „środa, dzień loda”
Powołanie komisji i jej działania nie wpłynęły pozytywnie, jak zauważają pracownicy SOR-u, na zachowanie lekarza. Rzec można, że nawet wręcz przeciwnie. To o czym opowiadają pracownicy nie mieści się zwyczajnie w głowie i naprawdę trudno sobie wyobrazić, by tak się miał zachowywać lekarz na SOR-ze. – Pan doktor zrobił sobie czarną listę zatytułowaną „Tym nie podawać ręki” – opowiadają pracownicy. – Umieścił na niej nazwiska tych, którzy podpisali się pod skargą na niego, ale uzupełniał ją także nazwiskami tych, których podejrzewał o niechęć do siebie – wyjaśniają. – Listę umieścił obok swego stanowiska pracy, w miejscu widocznym tak dla personelu, jak i dla …pacjentów – zdradzają. – Jednemu z lekarzy pokazywał ją kilkukrotnie, aż ten znudzony machając rękoma zapewnił, że już widział – uśmiechają się pracownicy SOR-u.
To jednak nie wszystko. Jak opowiadają pracownicy SOR-u, lekarz rozochocony wynikami działań komisji zaczął wymyślać na ich temat naprawdę już niestworzone rzeczy. – Zaskoczyło mnie, gdy podczas przesłuchania komisji zastałam napytania o …seks na SOR-ze
– opowiada jedna z ratowniczek. – Odpowiedziałam prawdę, że nigdy o żadnym seksie na oddziale nie słyszałam i też nie widziałam nigdy niczego, co wskazywałoby, że ktoś na oddziale seks uprawia – dodaje. Skąd wzięły się pytania i sugestie dotyczące rzekomego uprawiania seksu na przemyskim SOR-ze? – A to taka niewinna sprawa, która najwyraźniej się panu doktorowi skojarzyła jakoś seksualnie – wyjaśniają pracownicy. – Otóż jeden z naszych lekarzy, który najczęściej dyżurował w środy, zawsze na swój dyżur przynosił lody, którymi nas częstował – opowiadają. – No i ukuło się takie powiedzenie w związku z tym, że „środa to dzień loda” – tłumaczą. – Pan doktor to opacznie zrozumiał najwyraźniej – zanoszą się od śmiechu.
Zdaniem pani dyrektor, wszystko jest w porządku
Śmiesznie jednak wcale tak naprawdę nie jest. A to dlatego, że jak wynika z relacji pracowników, na początku zeszłego miesiąca z przemyskiego SOR-u zwolniło się aż 6 lekarzy dotychczas pełniących tam dyżury w różnych wymiarach czasowych. Przede wszystkim zwolnił się doktor Piotr Marciniak, dotychczasowy kierownik SOR. Jak nam powiedział, podjął taką decyzję z powodu atmosfery, która panowała na oddziale przez opisywanego lekarza, a dyrekcja nic z tym nie robiła. – Nie chciałem dalej kierować zespołem, któremu nie mogłem w tej sytuacji nijak pomóc – deklaruje. Dyrektorka Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu widzi to inaczej: – Kierownik SOR sam złożył wypowiedzenie z pracy i to w dość zaskakujących okolicznościach. Taką decyzję podjął bowiem dzień po tym, jak dowiedział się, że wypowiedzenie złożył lekarz, którego dotyczyła skarga. Skoro z pracy zrezygnowała osoba, która, w jego opinii, była źródłem konfliktu, powinien odetchnąć z ulgą i pracować dalej. – stwierdza Barbara Stawarz – W tej sytuacji trudno zrozumieć, co było przyczyną rezygnacji. Czy nie była to próba destabilizacji Szpitalnego Oddziału Ratunkowego?- zastanawia się szefowa placówki, która jednocześnie zapewnia, że:
– Szpitalny Oddział Ratunkowy funkcjonuje na normalnych zasadach, dyżury są zabezpieczone, a pacjenci są przyjmowani. Wypowiedzenie z pracy w szpitalu złożyło dwóch lekarzy. Kilku natomiast nie dyżuruje już na SOR, tylko na oddziałach „covidowych” – zapewnia.
– Tak, jasne, SOR działa całkiem normalnie – drwią byli i aktualni pracownicy oddziału.
– W tej chwili na SOR-ze jest tylko jeden internista! Na spore miasto i duży powiat – precyzują. – Niech pani dyrektor powie ile godzin dyżuruje ten lekarz, o którym rozmawiamy i czy to bezpieczne dla pacjentów, żeby lekarz przez tyle czasu pracował nieprzerwanie – zachęcają. – Aha i jeszcze może niech powie, czy z SOR-u nie zamierzają czasem odejść dwaj ortopedzi i chirurg! – dodają.
Wiadomo, że w pracy bywa różnie i nie zawsze różowo. Jednak to co opisują pracownicy SOR-u naprawdę przeraża. Tym bardziej przeraża, że praca ludzi na SOR-ze przekłada się realnie na komfort, zdrowie, a nawet życie pacjentów!
Monika Kamińska



3 Responses to "Afera wokół SOR-u"