Afryka uczy pokory!

CZY WIESZ ŻE…
– Za 120 zł można kupić leki na malarię, które uratują życie jednemu dziecku w Kamerunie.
– Dzieci w Kamerunie często nie mają dostępu do światła i uczą się przy ognisku, gdzie panuje gwar. Zakup lampki solarnej to koszt ok. 20 – 25 złotych, a umożliwia naukę w dobrych warunkach.
– Koszt rocznych posiłków dla dzieci w szkole to 350 zł. Można też dokonać adopcji serca na odległość, deklarując opłacenie jednemu dziecku całego roku szkoły (nauka oraz jedzenie). To wydatek 500 – 600 zł rocznie. Szczegóły na www.misje.michalitki.pl/adopcja-serca/
-Działania misyjne ks. Marka można wesprzeć, przekazując datki na numer konta Fundacji Pro Spe: 74 1140 1225 0000 2343 2600 1001 z dopiskiem „Kamerun – ks. Marek Kapłon” oraz przez PayU na stronie: www.misje.przemyska.pl/ks-marek-kaplon/ Fot. ks. Marka Kapłona

To pierwsze święta, które ks. Marek Kapłon z Przeworska spędzi tak daleko od rodziny. W Kamerunie, gdzie przebywa od blisko 3 miesięcy, nie zabraknie jednak kolęd, jasełek, prezentów i serdecznej atmosfery. Święta Bożego Narodzenia są bowiem dla mieszkańców Czarnego Lądu radosną odskocznią od trudnej codzienności. O tym, jak bardzo potrzebują pomocy, misjonarz z Przeworska przekonuje się każdego dnia…

– Ile stopni jest teraz w Kamerunie?
– Około 35.

– Chyba więc trudno o świąteczny klimat…
– Rzeczywiście, tym bardziej że z każdym dniem jest goręcej. Dlatego, by wprowadzić choć trochę bożonarodzeniowej atmosfery, już 2 tygodnie przed świętami kupiłem zwykłą, plastikową choinkę. Muszę przyznać, że nie wytrzymałem i musiałem ubrać ją od razu. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło (śmiech).

– A w domach tutejszych mieszkańców, czyli w Nguélémendouka, stoją świąteczne drzewka?
– Bardzo rzadko, ponieważ zwyczajnie ich na to nie stać. Zauważyłem jednak, że dzieci własnoręcznie dekorują z zewnątrz lepianki. Tworzą łańcuchy, stroją gałązkami palmowymi…

– Czyli Boże Narodzenie jest tu ważnym świętem?
– Zdecydowanie, mimo że wiara jest tutaj jeszcze młoda, a zwyczaje świąteczne przywożone wraz z misjonarzami. Kameruńczycy mają swoje kolędy, piękne pieśni bożonarodzeniowe. Wszyscy się angażują w przygotowania. M.in. tydzień przed świętami zrobiliśmy jasełka z udziałem najmłodszych. Podobne widowisko w wykonaniu młodzieży poprzedzi pasterkę. Rozpocznie się ona o godz. 22 i potrwa ok. 3 godziny, więc zakończy się po północy. Choć u mieszkańców naszej parafii nie ma zwyczaju łamania się opłatkiem i wieczerzy wigilijnej, msza św. jest obowiązkowa. W Boże Narodzenie, oprócz udziału w eucharystii, tradycją jest uroczysty obiad.

– Dla księdza Wigilia z dala od bliskich zapewne będzie smutna?
– Na szczęście mamy wspólnotę. Jest nas dwóch księży, bo proboszcz także jest Polakiem i będziemy przeżywać Wigilię u polskich sióstr michalitek, które w Nguélémendouka prowadzą szkołę, przedszkole, oratorium oraz punkt zdrowotny. Kolejne świąteczne dni będą dla nas bardzo intensywne, bo codziennie do 6 stycznia zamierzamy odwiedzać wioski w naszej parafii i odprawiać w nich msze, udzielać chrztów spotykać się z mieszkańcami.

– Ile wiosek jest w księdza parafii?
– 48. Oczywiście wszystkich nie uda się odwiedzić w tym okresie. Tutaj jednak, w przeciwieństwie do Polski „kolęda” trwa cały rok. Kilka razy w tygodniu na zmianę z księdzem proboszczem jeździmy do kolejnych wiosek. Najdalsza oddalona jest o 30 km.

– A wracając do świąt – co z prezentami?
– Jest tu zwyczaj obdarowywania się. Mikołaj 6 grudnia się u nich nie przyjął ze względów ekonomicznych, przychodzi więc na gwiazdkę. Tłumaczę dzieciom, że najpierw odwiedza dzieci w Europie, a później dociera tutaj. Mikołaj nazywany jest Pčre Noël, co oznacza „Ojciec Świąteczny”. Co ciekawe, jest on uznawany bardziej za pośrednika. Dzieci wierzą bowiem, że prezenty dostają od Dzieciątka Jezus, bo to ono przyniosło nam miłość i chce żebyśmy się tą miłością dzielili. Stąd zwyczaj obdarowywania się prezentami.

– Zapewne będą one skromne?
– Tak. Na szczęście dzięki temu, że dobrzy ludzie wspierają nasze misje, też mogę podarować coś dzieciom na święta. A cieszą je małe rzeczy. Marzą np. o piłce. Co prawda często pożyczamy im, żeby grały na boisku obok misji, ale posiadanie własnej to dla nich coś, bo wtedy mogą grać obok własnego domu. Dla nas to może wydawać się nieistotne, ale dla nich takie nie jest. Bardzo je podziwiam, bo mają naprawdę „pod górkę” pod każdym względem, a nie poddają się. Niedawno przyszło do mnie dziecko i mówi: „Proszę księdza, czy mógłbym tutaj coś popracować, bo chciałbym kupić sobie ubranko na święta, żeby ładnie wyglądać w dzień Bożego Narodzenia?”. Było to jego marzeniem. Byłem w szoku. Obiecałem, że pomogę. Nie wymagam oczywiście od niego żadnej ciężkiej pracy, ewentualnie np. podlania kwiatów. Ale podziwiam tę chęć! Tu nawet najmłodsi wiedzą, że nic nie jest za darmo, że coś trzeba z siebie dać, żeby coś mieć. Nasze dzieci w Polsce mogłyby się od nich wiele nauczyć.

– W jakich warunkach żyją najmłodsi?
– Bardzo skromnych. Gdy odwiedzam te lepianki, widzę, że nie mają prądu… Pytam jednego dziecka: „Jak się uczysz? Gdzie się uczysz?”. „Fara Marek, uczę się przy ognisku – wieczorem” – odpowiada. „Ale tu jest głośno” – mówię. „No tak – jest głośno, ale jest światło”. A koszt jednej lampki solarnej, która by to zmieniła to 20 zł. Dla nas wydaje się to niedużo, a ich nawet na to nie stać. Także leczenie kosztuje. Stąd tak wysoka śmiertelność u dzieci. Oddzielnym tematem jest statut dziecka i kobiet. Tutaj na pierwszym miejscu jest mężczyzna, ojciec rodziny. Dzieci muszą sobie radzić same. Do 2. roku są „zaopiekowane”, a później nikt się o nie specjalnie nie martwi. Nie mają zabawek. Jedzą na końcu… Często są niedożywione, stąd różne choroby i te duże brzuszki. To właśnie najbardziej boli misjonarzy, że jest się na miejscu i można pomóc tylko części. Chciałoby się więcej, jednak brakuje środków. Dlatego tak ważna jest pomoc darczyńców. Szybko się przekonałem, że bez wsparcia modlitewnego, które jest najważniejsze, ale i tego materialnego, niewiele możemy zdziałać.

– Stąd inicjatywy księdza w mediach społecznościowych. Zbiórka urodzinowa mocno wsparła misyjny budżet…
– Duży w tym udział Fundacji Pro Spe, która nas wspiera. Jestem zbudowany tym, że jestem tutaj niespełna 3 miesiące i udało się zebrać prawie 14 tys. zł. To bardzo dużo! Dzięki temu można pomagać. A potrzeb jest wiele. Wiem, że sam świata nie zbawię, ale mogę coś zmienić chociaż w tej małej przestrzeni dookoła mnie. Rzeczywiście jestem bardzo aktywny w mediach społecznościowych i może ktoś pomyśleć, że chwalę się swoją pracą duszpasterską. Ja jednak staram się na bieżąco pokazywać, na co te pieniądze idą, bo jestem to winien przyjaciołom misji.

– Czy tęsknota za domem i bliskimi już daje się we znaki?
– To jest największy krzyż dla misjonarza. Jednak poprzez to, że jest dużo zajęć i obowiązków, nie myśli się o tym tak dużo – tym bardziej że jestem tu krótko. Wiem, dla kogo tu jestem. I kiedy patrzę na moich parafian, to myślę sobie: „Oni mają tak ciężko i się nie użalają, to ja się będę użalał?!”

– Pieniądze wspierające misje niejednokrotnie ratują życie…
– Za ok. 120 zł można kupić leki na malarię, które uratują życie jednemu dziecku. A większości osób nie stać na ich kupno, dlatego choroba ta jest tu ogromnym problemem. Leczą się paracetamolem czy zwykłymi środkami, które gaszą objawy, ale nie skutki. Później okazuje się, że na pomoc jest już za późno. Niedawno odwiedziłem jedną z wiosek. Miałem jak zwykle odprawić mszę… Okazało się, że odprawię mszę pogrzebową. Poprosili o nią rodzice 9- czy 10-letniej dziewczynki, która zmarła na malarię, bo nie dostała leków.

– Dużym wparciem dla mieszkańców muszą być siostry michalitki, które prowadzą w Nguélémendouka punkt medyczny…
– Tu pomoc otrzymuje każdy, bez względu na to, czy jest katolikiem, czy muzułmaninem. Przychodzi po prostu chory człowiek. Niestety, w wielu przypadkach bywa za późno. Problemem – szczególnie dla mieszkańców z innych wiosek – jest koszt transportu do Nguélémendouka. Dlatego też marzymy o zakupie ambulansu. Siostry mogłyby jeździć od wioski do wioski i szukać rodzin, w których jest ktoś chory. Tak, żeby w porę podać lek i przypilnować wyleczenia. Głównie chodzi o dzieci. Zresztą poruszając temat „służby zdrowia”, mówimy tu tylko o podstawowych chorobach, które dotykają najmłodszych. A jeżeli przyjdzie skomplikowana choroba, nie ma najmniejszych szans, żeby dziecko z tego wyszło. Onkologia także tutaj „leży”. Potrzebne są ogromne pieniądze, by wyjechać do większego miasta – nie mówiąc o stolicy. Mało kogo na to stać.

– A co z koronawirusem?
– Odkąd przyjechałem tu we wrześniu żyję tak, że gdybym nie sięgał do Internetu, to nie wiedziałbym że wirus istnieje. Jest świadomość, że gdzieś on jest, krąży, ale na co dzień się tego nie odczuwa. Maski, które są w mieście, tutaj nie docierają. Ja, wychodząc z założenia, że dobry misjonarz to zdrowy misjonarz, zaszczepiłem się przed wyjazdem. Zresztą chodzę też od czasu do czasu do sióstr przebadać się – przede wszystkim na obecność malarii. Wiem, że prędzej czy później na nią zachoruję. To jest nieuniknione. Staram się jednak uważać nie tylko na roznoszące tę chorobę komary.
– Czyli?
– Na to co jem i piję. Ważne, by mieć dostęp do zdrowej, zdatnej wody. Nie mogę pić wody prosto z rzeki, jak mieszkańcy, bo szybko bym zachorował. Muszę ja filtrować lub kupuję butelkowaną, z której korzystam nawet przy myciu zębów. Ostrożnie podchodzę także do poczęstunków, które są tradycją podczas wizyt w parafialnych wioskach. Gdy tam przyjeżdżam, to najpierw spowiadam, później jest msza św., a następnie udaję się w odwiedziny, spotykam z ludźmi. Na koniec zazwyczaj jest posiłek np. u szefa wioski czy osoby która chrzciła dziecko. Ktoś zawsze zaprasza do siebie. Przychodzą prawie wszyscy, którzy byli na mszy, więc jest wielkie święto wioski. Każdy coś przygotowuje…

– Co króluje w kameruńskim menu?
– Tu jest dużo specyficznego jedzenia i ciekawa kuchnia. Mieszkańcy jedzą m.in. bulwy krzewu maniok, dużo batatów – słodkich ziemniaków, groch, fasolę oraz bardzo różne rodzaje liści. Gotują je, odcedzają, ubijają i robią z tego papkę. Je się także arachidy – orzeszki. Rzadko mięso. Jeśli już, to w większe święto, głównie drób. Czasami spotka się wieprzowinę lub wołowinę. Ponadto dużo ryb z rzek lub sprowadzanych z oceanu.

– W mediach społecznościowych pochwalił się ksiądz garnuszkiem wijących się, tłustych larw…
– Dostałem je od jednej z mieszkanek w „prezencie” za odprawienie mszy św. Rzadko kiedy parafianie przynoszą ofiary pieniężne – dają za to np. jajka. Wracając jednak do larw, to tutejszy przysmak dzieci. Z tego co słyszałem, konsumują je czasem nawet na surowo. Ja się nie odważyłem (śmiech). Zjadłem za to przysmażone na patelni i z pomidorkami. Wiem, że są misjonarze, którzy nigdy tego nie próbowali.

– Gratuluję odwagi! I jak smakowały?
– Specyficznie. Podobnie do naszych skwarków, trochę jak przysmażane grzybki. Nie zjadłem jednak całego garnuszka – część dałem naszej gospodyni z wioski. Pracując tutaj muszę się troszkę „poświęcać”. Tak jak na wspomnianych posiłkach podczas wizyt parafialnych. Jest tam ciekawy zwyczaj, że w geście szacunku dla misjonarza posiada on pierwszeństwo w nakładaniu posiłku i ma przywilej wziąć sobie najlepsze kawałki z kury. Za takowe uznawane są wątróbka i żołądek, za którymi nie za bardzo przepadam. Na szczęście mile widziane jest też, jak ksiądz odstępuje swój kawałek gospodarzowi domu, w którym je, albo szefowi wioski.

– Nie obawia się ksiądz kosztowania lokalnych specjałów?
– Po wizycie w wiosce zażywam leki zapobiegawcze. Czasem też biorę ze sobą swoją butelkę wody, korzystam z płynu dezynfekującego. Na szczęście nikt nie odczytuje tego, że gardzę ich wodą. Oni wiedzą, dlaczego to robię – że jestem biały i mam inną florę bakteryjną.

– A jak Europejczyk radzi sobie z temperaturami rzędu 35 stopni Celsjusza?
– Wszedłem w ten klimat w miarę łagodnie, bo gdy przyjechałem panowała pora deszczowa. Cały czas lało. Teraz jednak jest pora sucha, jest duszno. Wiem, że muszę unikać słońca – łatwo powiedzieć (śmiech). Nie ma mowy o wyjściu bez czapki, cały czas należy się nawadniać. W godzinach poobiednich ok. 14 – 15, gdy jest najmocniejsze słońce, trzeba robić sjestę, bo nie sposób pracować.

– Są jeszcze inne naturalne zagrożenia?
– Uważać trzeba na węże i skorpiony. Na szczęście jeszcze ich nie spotkałem, ale niedawno ministranci mówili mi, że jak kosili trawę ubili w okolicach kościoła czarną mambę. Podobno była mała, ale wiadomo, że jak jest mała, to może być gdzieś i duża. Dlatego też dbamy, by nie było w naszym otoczeniu dużej trawy oraz wielu kamieni. Największym problemem są jednak komary przenoszące malarię, stosujemy więc moskitiery. Doskwierają tzw. mut-muty – małe, prawie niewidoczne muszki, których ugryzienie strasznie swędzi. Zagrożeniem są też inne muszki przenoszące małe larwy mogące zagnieździć się w organizmie.

– W jakim języku rozmawia ksiądz z parafianami?
– Kamerun ma 2 podstawowe języki: francuski – na wschodzie i centrum kraju, angielski na zachodzie. Nguélémendouka leży w części francuskojęzycznej. Ponieważ wspomniane języki są językami kolonizatorów, każdy region posiada także swoje dialekty. Moi parafianie to lud Maka – potomkowie ludożerców, ich język to też maka. Bardzo trudny, bo tonalny – wymaga wydawania z siebie bardzo dużo gardłowych dźwięków. Kilka podstawowych słów już załapałem. Mieszkańcom jest zawsze miło, gdy mówię im np. „akiba” – czyli „dziękuję”, gdy mi coś podadzą, czy pożegnam się mówiąc im „kakaaa” – „do widzenia” albo „barak” – „cześć”.
– A jak Kameruńczycy przyjęli księdza? Był dystans?
– Oni na mnie długo czekali. Wiedzieli, że przyjadę, że się przygotowuję. Znali moje imię, modlili się za mnie. Gdy w końcu przybyłem, miałem piękne przywitanie. Wszyscy stanęli w szpalerze… Początkowo obserwowali mnie jako misjonarza, jaki jestem, czy mam serce dla nich. To jest lud buszu, dżungli – zawsze czujny przed niebezpieczeństwem. W ich naturze jest pewien dystans i ostrożność. Ale jeśli już kogoś ocenią i uznają, że nie jest ich wrogiem, tylko przyjacielem, to będą Twoimi przyjaciółmi. Oni cieszą się, że ktoś zostawia swoją rodzinę, ojczyznę i przyjeżdża do nich. Chce żyć z nimi. Szanują to i doceniają. To też widać w traktowaniu nas przez władze państwowe. Chociażby gdy na drogach są blokady i opłaty za drogę, nigdy nie są one pobierane od księży. Słyszymy: „Wy i tak budujecie nasze państwo”.

– Misyjna posługa to chyba wiele przejechanych kilometrów…
– … i wychodzonych (śmiech). Odczułem to w listopadzie, gdy odwiedzałem wioski oraz święciłem groby. Przyjeżdżałem rano, katechista niósł wiaderko wody i gałązkę palmy, szło się od domu do domu, często robiąc nawet po kilkanaście kilometrów w ciągu dnia.

– Czemu od domu do domu?
– Ponieważ tu nie ma cmentarzy, za to jest bardzo mocny kult przodków. Zmarły musi być blisko swoich, stąd chowany jest zazwyczaj przy domu. Gdy umrze ktoś zacniejszy, ma lepszy grób, jak umrze dziecko to raczej grzebane jest w zwykłym dołku, nawet bez trumny, tylko w materiale. Z myślą o zmarłych należy też przekraczać próg domu, nie stawać na nim.

– Dlaczego?
– Bo to często jest grób. Po wielu latach rodziny przenoszą szczątki zmarłego i wkładają właśnie w próg domu, żeby był bliżej nich. Podobnie, gdy w obejściu są kamienie, skały. Lepiej po nich nie chodzić, bo to także mogą być miejsca spoczynku.

– Chyba trudno żyć w miejscu gdzie ogląda się tyle cierpienia, szczególnie dzieci?
– Najbardziej boli mnie to, że ta sytuacja szybko się nie zmieni. To część świata, która jest zapomniana. Niemoc jest najgorsza! Jednak gdy w czymkolwiek mogę pomóc, to jest coś. Cieszy mnie też świadomość, że misja jest dla mieszkańców wielkim wsparciem, że mogą przyjść do nas i je otrzymać. I choć może zabrzmi to górnolotnie, czuję się tu ambasadorem Polski i Podkarpacia. Wiem, że muszę być z nimi. Żeby oni wiedzieli, że ich rozumiem, współczuję. Chociaż na to ostatnie oni chyba nie patrzą. Przecież mimo problemów egzystencjalnych, jakie mają, nie tracą nadziei, śpiewają, są radośni. Europejczyk już dawno by się załamał, a oni marzą, chcą pracować, zakładać rodziny. Po prostu żyć. A do tego mają tak dobre serca, że potrafią jeszcze z kimś się dzielić. Ja jako misjonarz coś im daję, ale i oni wiele mi dają swoim życiem i przykładem….

 

Rozmawiała Aneta Jamroży

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.