
liczyć. Fot. Wit Hadło
Zmierzają w jedną lub w drugą stronę. Z walizkami, albo bez. Polski miesza się nieustannie z ukraińskim. Niekiedy słychać i inne języki. W falującym tłumie przeważają matki z dziećmi. Niektóre wydają się wiedzieć, co mają robić. Inne już tej pewności nie mają. Krążą przy kasach. Niepewnie rozglądają się wokół. Ale na rzeszowskim dworcu nikt nie jest pozostawiony sam sobie.
– Jesteśmy tu do wszystkiego – deklaruje 20– latek z Rzeszowa. – Pomagamy przy wydawaniu posiłków, odbieraniu biletów, zakupie kart SIM, przenoszeniu bagaży. Dyżury są zazwyczaj 8-godzinne. Z każdym słowem, głos coraz bardziej mu zanika. W końcu przerywa, by wziąć tabletkę. Jako wolontariusz ukraińskojęzyczny biega po całej hali dworca i niemal cały dyżur musi pracować gardłem. – Kiedy przybywa duża grupa, to w jednym momencie trzeba komuś kupić bilet, innemu znaleźć transport, albo nocleg. Czasami bywa ciężko, ale kiedy widzi się ich wdzięczność, to wynagradza wszystko – zmęczenie, bóle nóg, rąk – wszystko – podkreśla. Od kiedy jest na rzeszowskim dworcu? – Pierwszego dnia wojny zobaczyłem ogłoszenie, że są potrzebni wolontariusze, że będzie tutaj tworzony punkt, zadzwoniłem na infolinię i jestem.
Nieco dalej sympatyczna para rozmawia po angielsku. Oni też mają na sobie odblaskowe kamizelki wolontariuszy. Ktoś ich zagaduje. Ona szybko niknie w tłumie. On jest chwilowo wolny. – Jak tu trafiliście – dopytujemy.
– Z Monterey w Kalifornii – odpowiada Chris i zdaje się bawić zdziwieniem, jakie te słowa wywołują. – Przyjechałem z żoną. Ona bardzo przeżywa to, co się dzieje w Ukrainie. Chciała coś zrobić. Nie potrafiła tak po prostu siedzieć. Możesz przekazać pieniądze na pomoc? Dobrze! My to zrobiliśmy. Ale co dalej? Co jeszcze można?! – zadaje retoryczne pytania.
Jego żona pochodzi z okupowanych terenów na wschodzie Ukrainy. – Mama tam została – tłumaczy Christopher. – Chcieliśmy ją zabrać do siebie już w 2014 roku, ale starsi ludzie nie chcą zostawiać swoich domów, całego swojego życia. Teraz jest chora, ale paradoksalnie teren, gdzie mieszka, jest bezpieczniejszy niż reszta Ukrainy.
Bez ubrań i bez butów
W Stanach Alla i Chris pracują na uczelni. Są adiunktami i uczą języków obcych. Jak długo zastanawiali się nad przyjazdem do Polski? – To była błyskawiczna decyzja – Chris pstryka palcami. W ciągu kilku dni wzięli urlop w pracy, kupili bilety i różnymi środkami transportu dotarli do Rzeszowa. Powiedzieli znajomej, że chcą zostać wolontariuszami, a ona pomogła im skontaktować się z odpowiednimi osobami. Mieszkają u przyjaciół. Zamierzają zostać kilka tygodni. Nie mają szans odczuć bariery językowej – Alla zna ukraiński, rosyjski, angielski, polski, trochę hiszpańskiego i francuskiego – wylicza Chris. – A ja zazwyczaj pomagam tylko nosić bagaże z autobusów do pociągu. „Nie mówię po polsku” – i wbrew znaczeniu zdania, wymawia je żartobliwie i bez żadnego trudu – to jedyne, co potrafię powiedzieć, choć moi dziadkowie pochodzili z Polski. Dlatego zazwyczaj trzymam usta na kłódkę i noszę torby
– dowcipkuje. Ale jeśli jest potrzeba, tłumaczy z hiszpańskiego i angielskiego. – Lepiej porozmawiajcie z moją żoną. Ja jestem tylko Amerykaninem. Ona jest Ukrainką – podpowiada.
Do Alli niełatwo dotrzeć. Cały czas otaczają ją ludzie, dopytują, podchodzą razem z nią do okienek kasowych, a ona cały czas coś im tłumaczy. W jej głosie nie ma cienia zniecierpliwienia. – Mieszkam bardzo daleko i mogłabym patrzeć na wszystko z dala, online. Ale musiałam przyjechać. Jestem Ukrainką – zaczyna Alla i urywa, bo ktoś znów potrzebuje jej pomocy. Za chwilę podchodzi następna osoba i jeszcze kolejna… – Ludzie są zagubieni. Nie znają systemu, nie wiedzą, gdzie pójść, nie znają dróg. Rozumiem ich, są zestresowani. Ci, którzy tu docierają, nie spali po 5 – 6 dni. Nie są w stanie jasno myśleć. Mówię im: „Idź, zjedz coś, napij się, tam jest miejsce dla dzieci”. Podróżują z dziećmi w różnym wieku – od maleńkich po starsze. Niektóre nie mają ubrań, ani butów. Niektórym towarzyszą zwierzęta – psy, koty, albo ptaki – wymienia.
Ci, którzy mają rodziny, przyjaciół, snują jakieś plany. Inni pytają ją: – Czy możesz powiedzieć mi, co ja mam teraz zrobić? A ja nie potrafię – wyznaje Alla. – Kiedyś stałam i rozmawiałam ze starszą panią, która nagle zorientowała się, że jej buty są zupełnie zniszczone. Miała łzy w oczach. Co miałam zrobić? Poszłam szukać dla niej butów.
Zdarzają się jeszcze trudniejsze sytuacje. – Dziś zasłabła kobieta, która miała rozrusznik. Nie była w stanie wypowiedzieć słowa. Zaopiekowałam się nią – opowiada.
Kilkaset kanapek dziennie
Tuż przy wejściu do dworca jest niewielkie pomieszczenie. Wygląda, jak mały sklepik, z tą różnicą, że stąd towar można zabrać za darmo. Uwagę przyciągają kanapki, do których przyczepione są karteczki z napisem w języku ukraińskim: „Jesteśmy z Tobą! Wolna Ukraina.” – Ile ich schodzi? – pytamy. – 500 – 600 na zmianę – ocenia jedna z wolontariuszek. – Więcej! – uważa inna i pokazuje kilka pustych kartonów. – Wszystkie są po kanapkach. W ciągu godziny wydałyśmy pewnie z 300 – szacuje. Kto je robi? – Koła gospodyń wiejskich, szkoły, albo indywidualne osoby – wylicza wolontariuszka. Jak na zawołanie pojawia się kobieta, która przyniosła 25 kajzerek zapakowanych pojedynczo w przeźroczystą folię.
– Te są z serkiem, te z kiełbasą suchą i mogą trochę poleżeć. A tu są słodycze – tłumaczy, podając całą garść łakoci.
Zmówiła się ze znajomymi i codziennie ktoś przywozi świeżą dostawę. Dlaczego pani to robi?
– zaczepiamy ją. – Bo jestem człowiekiem! Nie wyobrażam sobie inaczej. A gdyby u nas coś takiego się działo? Mam nadzieję, że nigdy nie spotka to mojego wnuka – odpowiada.
Wolontariuszki dokładają bułeczki do paczek z prowiantem, które przygotowują podróżnym na drogę.
Ci, którzy podróżują ze swoimi pupilami, mogą liczyć na: karmę dla zwierząt, smycze, a nawet transportery. – To nieoczywiste rzeczy, ale okazuje się, że bywają niezbędne – przyznaje wolontariuszka. – Mieszkańcy przychodzą do nas po pracy, pytają, czego potrzebujemy, a za chwilę są z powrotem z zakupami. A czego jeszcze potrzebują uchodźcy? – Środków higienicznych, kremów, rzeczy na odparzenia, dezodorantów, pianek czy maszynek do golenia. Chcą się odświeżyć – wylicza kobieta. – Czasem pytają o skarpetki czy bieliznę.
30 godzin na granicy
Na prawo od głównego wejścia można przejść do sali, gdzie dla podróżnych ze wschodu serwowane są bezpłatne, ciepłe posiłki. Jadalnia jest prawie pełna, widać sporą liczbę dzieci. Jedne się bawią, inne rysują. Swoje rysunki zostawiają jako podziękowanie na rzeszowskim dworcu. A społecznicy zrobili z nich sympatyczną wystawę. Tu nikt nie podnosi głosu. Jest spokojnie i zwyczajnie. To robi wrażenie.
– Jaką zupę panie dziś serwują? – pytamy w okienku.
– Smaczną! – odpowiadają zgodnie cztery kobiety stojące za ladą. – My nie gotujemy. Podajemy, co nam przywożą, nie tylko zupy, są też naleśniczki, albo kanapki – rekomendują. – Wszystko pyszne.
Do Rzeszowa przyjechały kilka dni temu. Są ze Lwowa. Ale poznały się dopiero tu, w Polsce.
– Od kiedy tu pracujesz? – zagadujemy młodą dziewczynę.
– Nie pracuję. Pomagam – prostuje dziewczyna z pięknym, długim warkoczem. – Jak dotarłaś do Polski? – Moi rodzice mieszkali i pracowali w Rzeszowie, a ja z siostrą we Lwowie. Jak tylko zaczęła się wojna, dali znać, że przyjeżdżają po nas. Staliśmy w kolejce do przejścia 30 godzin. Siostra z małymi dziećmi: 5-miesięcznym synkiem i 6-letnią córką. Tata musiał zostać. Wszystko…
– wzrusza ramionami Krystyna, jak gdyby nie chciała się nad sobą użalać. – Dziękuję Bogu, że u nas jest jeszcze spokojnie. Tata przyjął 4 osoby i dziecko z Charkowa. Teraz mieszkają w naszym domu.
– A co robiłaś, gdy nie było wojny? – Uczyłam się! – pogodnieje. – Chodziłam do pracy. Tylko zaczęłam, a już musiałam przerwać
– niby się uśmiecha, ale oczy ma smutne. – W Polsce nie mam pracy, więc uznałam, że przyjdę pomagać. Zgłosiła się w poniedziałek. We wtorek stała już na dworcu w charakterystycznej odblaskowej kamizelce. – Byłam jedyną Ukrainką. Wszyscy mnie wołali. Pomagałam w sali dla matek, tłumaczyłam przy lekarzu, nosiłam paczki, a jak trzeba było, to podłogę umyłam. Od 5 rano do nocy byłam na nogach. Przyjechałam do domu taka zmęczona! – opowiada. – Dziś jest o wiele spokojniej. Jest dużo wolontariuszy.
Kiedy jest najtrudniej
A jak wygląda rzeszowski dworzec, kiedy nie jest na nim spokojnie? – Dzielimy się na role. Znający język ukraiński i rosyjski – jak ja – przyjmują przyjeżdżających z granicy. Robimy im krótki briefing, żeby widzieli, gdzie dotarli. Mówimy, że to miejsce tranzytowe, zapraszamy, żeby coś zjedli, wskazujemy pokój dla matek, pomagamy wziąć bezpłatne bilety – wylicza Oleg, który jest pół – Ukraińcem, ale od wielu lat mieszka w Polsce. Dlaczego postanowił zostać wolontariuszem? – Chyba wszyscy chcemy w jakiś sposób pomóc. Pracę mam na tyle elastyczną, że mogę ją pogodzić z dyżurami. A moi szefowie nie mieli nic przeciwko mojemu zaangażowaniu.
Dwa tygodnie temu aniołowie z dworca mieli łzy w oczach. – Przyjechali Gruzini, którzy jechali na front. Jeden z nich pisał kartkę ze swoim imieniem i danymi. Tłumaczka zapytała, dlaczego to robi. Odpowiedział: żeby ktoś wiedział, kim jestem, z jakiego kraju i miasta pochodzę. Jeśli zginę, nie chcę być bezimienną ofiarą. Reszta zmiany przebiegała w grobowych nastrojach
– opowiada Piotr. – Pracowaliśmy ze łzami w oczach. Trudne są też doświadczenia, gdy ludzie, którzy najpierw włożyli tyle trudu, aby wydostać się z terenu wojny, zmieniają zdanie i powracają na Ukrainę. Wbrew pozorom, nie są to tylko mężczyźni – dzieli się obserwacją Piotrek. – Babcie, albo młode kobiety przywożą do Polski dzieci, a potem wracają do domów, rodziny albo walczyć. Jedna babcia przyjechała sama i wróciła, bo bała się, że nie zobaczy więcej swoich wnuków. To doświadczenia, po których człowiek ma ochotę zamknąć się i rzucić wszystko. A jednak tego nie robi. Kiedy wypada jego dyżur, Piotr znów jest na swoim posterunku i stara się, aby każdemu jak najlepiej pomóc.
– Przybywający Ukraińcy są bardzo zmęczeni, przytłoczeni. Pytamy, skąd przyjechali, dokąd jadą, czy ktoś tam czeka. Raczej nie dzielą się tym, co widzieli. Myślą, by jak najszybciej dotrzeć do celu.
A dokąd wyjeżdżają? – Koszalina, Zielonej Góry, Wrocławia, a stamtąd do Berlina. Dziś 3 czy 4 rodziny odprawialiśmy do Niemiec – wylicza Piotr. – Łatwo dojechać do Niemiec, Czech, nawet Austrii, ale jeśli ktoś zmierza dalej, np. do Włoch, Francji, Hiszpanii, to bilety są już płatne – uzupełnia Oleg.
Surrealizm XXI wieku?
Alla mówi, że non stop śledzi wiadomości z Ukrainy. – To co się tam dzieje, jest nieprawdopodobne i bardzo bolesne. Nikt nie może tego zrozumieć. Niektórzy nie chcą pomagać, bo nie chcą się stresować. Tworzą dookoła siebie bańkę, w której się zamykają. Ale ta sytuacja pokazuje, że nie da się odseparować. Jesteśmy od siebie nawzajem uzależnieni – nie ma wątpliwości wolontariuszka z Kalifornii. – Nie możemy się izolować ani jako państwo, ani jako ludzie.
Na szczęście więcej jest dobrych przykładów.
– Polacy, którzy przychodzą na dworzec są bardzo uprzejmi. Oferują pokój, łóżko. Każdego dnia przynoszą dary, jedzenie, ubrania, datki. Wielu ludzi oferuje kawę, herbatę, ciepłą zupę, albo pierogi. Wciąż donoszą świeże kanapki i je zostawiają. Była też para ze Szwecji, która przyjechała samochodem i przywiozła jedzenie i ubrania – wylicza Alla. – W jednym z pierwszych dni wojny przyjechała pani ze Lwowa. Jechała do Salzburga z synem. Mieli 3 godziny do odjazdu autobusu – dopowiada Piotr. – Była mocno zdumiona skalą pomocy w Rzeszowie. A jej 9-letni syn postanowił do nas dołączyć. Tak się rwał do pomocy, że nie był w stanie usiedzieć. Szefowa, chcąc nie chcąc, musiała się zgodzić – śmieje się Piotrek.
Nie na darmo w sieci krąży żart, że gdyby poprosić wolontariusza o żywego dinozaura, znalazłby go w 10 minut. Także rzeszowska ekipa w zielonych kamizelkach, a są wśród nich: Polacy, Ukraińcy, Amerykanie i Brytyjczycy, próbuje spełniać wszystkie prośby. Nie widzą w tym nic nadzwyczajnego, sytuacja wymaga takiej postawy. – Ktoś szuka pracy, ktoś inny noclegu, albo ubrań. Kilka dni temu pani z dzieckiem podeszła do punktu medycznego. Powiedziała, że nie ma się gdzie podziać. Chwilę później już miała miejsce u jego dziadków – opowiada Oleg. – Generalnie jednak jeżeli pojawiają się osoby, które nie mają dokąd się udać, kierujemy ich do punktu noclegowego w Full Markecie. Spędzają tam kilka dni, a potem pojawiają się ludzie, którzy oferują im dach nad głową. Co mówią, odchodząc? – Są bardzo wdzięczni. A my, nawet jeśli jesteśmy mocno zmęczeni, słysząc ich podziękowania, odzyskujemy siły – zaznacza Oleg. – Każdy po ludzku lubi być doceniany.
Opowiada, jak do Rzeszowa przyjechali znajomi, których poznał we Włoszech. Zajmowali się zupełnie innymi rzeczami. Zadzwonili mówiąc, że zrobili zrzutkę i załadowali darami kilka samochodów. „Jedziemy do Polski. Gdzie zostawić nasz transport?” – usłyszałem. Skierowałem ich na Podpromie. A oni jadąc z powrotem, zabrali do siebie z Medyki 6 osób – relacjonuje.
Oczywiście nie wszyscy są w stanie kogoś przyjąć. – Ale można przynieść kanapki, szampon, albo coś innego. Ważne, żeby nasi sąsiedzi poczuli, że są tu mile widziani i że zawsze znajdzie się ktoś, kto im pomoże. Pamiętajmy, że osoby, które do nas przybywają, to ofiary wojny. Zdarzają się osoby, które są blisko załamania nerwowego albo w bardzo trudnym stanie psychicznym – mówi Oleg. – Widząc te rzesze uciekających ludzi, człowiek zaczyna doceniać to, że budzi się i ma dach nad głową. Nie słyszy syren. To uczy pokory – zauważa Piotrek. – Każdy, kto wchodzi na dworzec, jest zdezorientowany. Ma rozbiegane oczy. To przeróżni ludzie, ale wszyscy potrzebują tego samego. Dobrego słowa i ciepłego przyjęcia.
A tego na rzeszowskim dworcu nie brakuje.
– Ludzie cały czas tu przychodzą i okazują wsparcie na różne sposoby – podkreśla Christopher. -Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To nieprawdopodobne!
Wioletta Kruk, Beata Sander



6 Responses to "Aniołowie w zielonych kamizelkach"