
To miała być wycieczka życia – urlop w Wiedniu nad pięknym modrym Dunajem. Marzyli, by zachłysnąć się atmosferą austriackiej stolicy, jej czarem. Zamiast tego doświadczyli śmiertelnego strachu, bólu obrażeń. Przed niektórymi stanęło widmo kalectwa, a 3 osoby nie przeżyły wypadku. Dramat rozegrał się w małej Leszczawie Dolnej w gminie Bircza, na jednej z najniebezpieczniejszych serpentyn na Podkarpaciu. Nieprzypadkowo o tym miejscu mówi się „zakręt śmierci”. Teraz zabrał on dwie młode kobiety i mężczyznę, a niemal 27 lat temu aż osiem osób. Autokar, spadając nocą (17 bm.) z feralnej skarpy, „ściął” krzyż postawiony na pamiątkę tragedii sprzed lat.
Czy musiało do tego dojść? Oznakowanie drogi wydaje się w porządku, najpierw jest ograniczenie prędkości do 40 km/h, a następnie do 30 km/h. – Jeżdżę często tą trasą – mówi nam Piotr spod Przemyśla. – Fakt, jest najpierw prosty odcinek dobrej drogi, ale są też przecież znaki ograniczające prędkość. Osobówką zwalniam do minimum, tym bardziej trzeba to robić jadąc ciężarówką czy autobusem…
Dlaczego jechali tą trasą?
Ukraiński autokar wycieczkowy wiózł 54 osoby i jechał ze Lwowa do Wiednia. Zastanawiające jest, dlaczego jego trasa wiodła przez przejście graniczne w Krościenku, a nie przez Medykę lub Korczową. W mediach pojawiła się informacja, jakoby ukraiński kierowca miał pojechać najpierw na medyckie przejście, a tu skonstatowawszy, że jest ogromna kolejka, ruszyć na Korczową. Tu też trzeba było bardzo długo czekać na wjazd do Polski, więc chcąc nie chcąc kierowca pojechał na przejście w Krościenku. Tymczasem zastępca Prokuratora Okręgowego w Przemyślu, Beata Starzecka-Skrzypiec, zaprzecza tym opowieściom: – Z dokumentów dotyczących przejazdu autokaru wynika, że miał się on od początku kierować na przejście graniczne w Krościenku – wyjaśnia prok. Starzecka-Skrzypiec. – Podejrzany, 42-letni kierowca, także zeznał, że od razu miał jechać do Krościenka – dodaje.
Wycieczka miała zatem nadłożyć sporo drogi, by przejechać granicę przez Krościenko i wracać potem przez Przemyśl, by wjechać na autostradę. – Po co w ogóle jechali w tym kierunku – zastanawia się nasz rozmówca, zawodowy kierowca, tyle że TIR-ów. – Przecież z Krościenka powinni skierować się na Barwinek i do Wiednia jechać przez Słowację – logicznie rozumuje. – Może kierowca bał się tamtejszych dróg, a może kar za nawet minimalne przekroczenie prędkości, które na Słowacji są ogromne – zamyśla się.
O wiele za szybka jazda
Tak czy owak ukraiński autokar znalazł się na „zakręcie” śmierci” w miniony piątek (17 sierpnia) wieczorem. Był tam i jechał o wiele za szybko. – Jak wykazały wskazania tachografu i badania przeprowadzone przez biegłego, w chwili wypadku autobus jechał z prędkością około 75 kilometrów na godzinę – poinformowała pro. B. Starzecka-Skrzypiec. – Przy takiej prędkości autobusu w tym miejscu cudem byłoby, gdyby się nic nie stało – twierdzą kierowcy pokonujący nierzadko ten zakręt.
Jednocześnie w niektórych mediach pojawiły się informacje oparte na opowiadaniach miejscowych, czyli mieszkańców Leszczawy, że w tym miejscu co i rusz dochodzi to wypadków. – To nieprawda – prostuje je mł. asp. Marta Fac, oficer prasowy przemyskiej KMP. – Od roku 2003 do feralnego piątku, dnia katastrofy, mieliśmy tam raptem 4 kolizje. Kolizje, nie wypadki! – podkreśla policjantka. – Nie wszystkie wynikały z winy kierujących. Do jednej z nich, z udziałem motocyklisty akurat doszło, bo na drodze był zwyczajnie piasek, na którym pośliznął się jednoślad – precyzuje. – Nie wiem, skąd takie informacje mieszkańców przekazywane mediom – przyznaje mł. asp. M. Fac. – Być może osoby starsze pamiętają jeszcze dawne sytuacje, z czasów PRL-u na przykład, gdy nie wszystkie kolizje zgłaszano, by uniknąć kary po prostu, a może ogrom tragedii sprzed 27 lat był taki, że zapamiętały go, jakby takich zdarzeń było wiele – zastanawia się.
Tragedia sprzed 27 lat
To było też w sierpniu, dokładnie 23, tyle że w 1991 roku. Było około 4 rano i mgła, gdy na tym zakręcie z drogi wypadł autokar marki Ikarus i stoczył się jak Man ze skarpy. Jechali nim wówczas jeszcze radzieccy turyści z Chersonia koło Odessy, w większości narodowości ukraińskiej. Wówczas na miejscu z życiem pożegnało się 7 osób, jedna zmarła w szpitalu, a ponad 20 zostało rannych. To po tamtej tragedii postawiono tu krzyż, który miał nie tylko upamiętniać jej ofiary, ale i przestrzegać nierozważnych kierowców przez brawurową jazdą tutaj. Niestety, nie przestrzegł, został „ścięty” przez spadający ze skarpy autobus.
Jak wspominają różne osoby, przed tamtym zdarzeniem było tam parę autobusowych wypadków, ale ich szczegółów już nikt dokładnie nie pamięta, a policja nie dysponuje archiwum dotyczącym takich spraw tak odległych w czasie.
Ciężki zarzut dla kierowcy
Kierowca autokaru, 42-letni Ukrainiec o tym, co się stało będzie miał czas myśleć przez najbliższe trzy miesiące, które spędzi w areszcie śledczym. Prokuratura postawiła mu ciężki zarzut: sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym. Ze względu na to, że następstwem tej katastrofy była śmierć jednych, a także obrażenia kwalifikowane jako ciężkie uszkodzenia ciała innych ofiar, mężczyźnie grozi od 2 do 12 lat więzienia. Kolejne ofiary pokrzywdzone w wypadku opuszczają szpitale, ale stan niektórych z nich, choć nie zagraża życiu jest taki, że czeka je długa rehabilitacja, a być może mimo niej, kalectwo.
A wystarczyło zwyczajnie nie pędzić tak, zdjąć nogę z gazu, przyhamować… Na refleksję niestety już teraz za późno, ale na rozwagę u innych kierowców, nie.
Monika Kamińska



One Response to "Autokar na „zakręcie śmierci”"