
Znajomy policjant zapytał, czy chcemy w niniejszej rubryce opisać zdarzenie, które jest tak zaskakujące, że prawie niewiarygodne. Oczywiście bardzo chcieliśmy i usłyszeliśmy taką oto opowieść.
Wieczorową porą policjanci spostrzegli samochód, który miał wadliwe oświetlenie, więc postanowili zatrzymać kierowcę, dając mu w tym celu sygnały dźwiękowe i świetlne. Ale kierujący nie zareagował, tylko dodał gazu i zaczął uciekać. W tej sytuacji mundurowi ruszyli za nim i już po kilkuset metrach dogonili uciekiniera, który nie mógł rozwinąć dużej prędkości, gdyż rzecz działa się na wąskiej drodze gminnej, więc zjechał na pobocze i przystanął.
Wychodząc z radiowozu policjanci zauważyli, że wewnątrz tego auta znajdują się dwie osoby, które jakoś dziwnie się przemieszczają.
– Kiedy nasi podeszli bliżej – kontynuował swą opowieść znajomy policjant – to spostrzegli z niemałym zdumieniem, że za kierownicą siedzi starsza kobieta, zaś na fotelu pasażera młody mężczyzna, który… śpi snem kamiennym i nie obudziły go ani dźwięki policyjnej syreny, ani blask sygnałów świetlnych, więc od razu wiedzieli, że mają do czynienia z podejrzanym typem. Tym bardziej, że kobieta siedząca za kierownicą była mocno wystraszona i milcząca. Na polecenie policjantów wyjęła dowód osobisty, z którego wynikało, że jest to 68-letnia Wanda G.
Następnie funkcjonariusze zajęli się mężczyzną, który tylko udawał, że śpi. Był to 24-letni Mariusz S. Młodzieniec zionął alkoholem, ale jakoś wybełkotał, że kobieta za kierownicą to jego sąsiadka, która jedzie do swej córki, mieszkającej w sąsiedniej wsi.
– Obiecałem, że ją tam zawiozę, lecz trochę wypiłem, więc poprosiłem, by sama poprowadziła mój wóz. Zgodziła się, ja usnąłem, a ona nie słyszała sygnałów, bo jest głucha – mętnie tłumaczył Mariusz.
– Tylko nie głucha! – oburzyła się Wanda G. – To ten drań kierował autem, a ja dopiero po drodze zauważyłam, że jest pijany. On odrzekł jednak, że skoro obiecał mnie zawieźć, to słowa dotrzyma. Ale kiedy już nas dogoniliście, to kazał mi przesiąść się na siedzenie kierowcy, sam zaś wcisnął się na mój fotel, twierdząc, że zna gliniarzy i ma sposób, by wyjść cało z tej opresji. Z tych nerwów posłuchałam go, głupia baba, ale nie prowadziłam auta, bo nie mam prawa jazdy.
Okazało się, że Mariusz też nie ma, gdyż już wcześniej stracił je za… jazdę po pijaku. Nadal jednak uparcie przekonywał, że to sąsiadka kierowała samochodem.
Żeby się tak głupio tłumaczyć, to trzeba mieć przynajmniej dwa promile alkoholu. On zaś miał prawie trzy i to wiele wyjaśnia. Ale taka „fantazja” może teraz kosztować tego bajarza na bani, oczywiście oprócz odsiadki, nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.
JAN M.



6 Responses to "Bajarz na bani"