
PIŁKA RĘCZNA. EURO 2016. Rozmowa z Rafałem Glińskim, rozgrywającym reprezentacji Polski.
2 bramki w trzech występach (67-proc skuteczności), 44 minuty spędzone na boisku i jedna kara 2-minutowa – oto dotychczasowe statystyki Rafała Glińskiego podczas Euro 2016. Dla byłego kapitana Stali Mielec (2011-2015) to drugi wielki turniej w karierze. Ogółem 34-letni środkowy rozgrywający wystąpił w 54 meczach reprezentacji, zdobywając 47 bramek. Z „Gliną” rozmawialiśmy tuż po niesamowitym spotkaniu z Francją.
– Jesteśmy w szoku, a pan?
– Ja też! (śmiech). Wyszedł nam mecz marzenie. Pokonaliśmy drużynę, która kolekcjonuje tytuły, a ostatnio wygrywa praktycznie wszystko. Kluczowe było to, że bardzo spokojnie podeszliśmy do tego spotkania. Trener powtarzał: bawcie się piłką, nie dajcie się presji, bo nawet jak przegracie, nie będzie tragedii. Każdy dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa, ale przed dwiema osobami czapki z głów. Sławek Szmal od początku zamurował bramkę, a Karol Bielecki rzucał jak natchniony.
– To był stary, dobry Karol…
– Dokładnie. Wszystko mu wpadało. Jakby rzucił piłkę z szatni, to też zdobyłby bramkę (śmiech). Czułem, że „Kola” właśnie w tym meczu się przełamie. Przed wyjściem na boisko powiedziałem mu, iż zdobędzie sześć bramek. Pomyliłem się, był skuteczniejszy.
– Pan z Francją się nie nagrał. Jest niedosyt?
– Owszem, ale jest nas w kadrze szesnastu i cieszę się, że kolegom tak dobrze poszło. Za jedną akcję w obronie zostałem ukarany dwoma minutami, choć nie bardzo wiem, z jakiego powodu. Potem wszedł Bartek Konitz i świetnie sobie poradził. O „Dzidziusiu” (Michale Jureckim – red.) nie wspomnę, bo to klasa światowa, nasz lider.
– Mamy wrażenie, że polska drużyna najlepiej gra wtedy, gdy nie ciąży na niej presja związana z rolą faworyta.
– Tym razem presja faktycznie ciążyła na Francuzach, jednak uważam, że z każdym kolejnym meczem robimy postępy. Wygrana sześcioma bramkami nad mistrzami olimpijskimi i obrońcami tytułu to powód do chwały.
– Wszystko pięknie, ale jak poradzić sobie z rosnącymi oczekiwaniami. Dziś cały naród domaga się od Polski medalu, najlepiej złotego.
– Dla nas najważniejszy będzie ten najbliższy mecz. Podchodzimy do niego jak do finału. Musimy tylko robić to, co z Francją: mocno stanąć w obronie i skutecznie, odważnie grać w ataku.
– Ten najbliższy przeciwnik to Norwegia. Słyszeliśmy, że chciał pan na nich trafić. Czyżby znów miał pan ochotę rzucić Skandynawom kluczową bramkę w końcówce, jak w pamiętnym mundialu 2009 w Chorwacji?
– To był szalony mecz. I jak wiadomo, bardzo ważny dla losów naszej drużyny. Norwegowie mają się za co rewanżować, ale mam nadzieję, że nic nie wskórają.
– Docierają do pana pochwały? Fachowcy podkreślają pana dobrą grę w obronie, mimo nie najlepszych warunków fizycznych.
– Słyszę pochwały, ale i krytykę. Nie obrażam się jednak, ludzie mają prawo do ocen. Nigdy nie będę rzucał jak Karol Bielecki, to zrozumiałe. Skupiam się na zadaniach powierzonych mi przez trenera. Przy okazji wielkie ukłony w stronę Michaela Bieglera, który obdarzył mnie tak dużym zaufaniem.
– Mało kto wie, że pan już jest mistrzem Europy…
– No tak, ale w innej lidze. Rok 2002, Gdańsk, Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. Bardzo miło wspominam tamten turniej. W zespole byli m.in. Mariusz Jurkiewicz, Karol Bielecki, Piotrek Grabarczyk i Krzysiek Lijewski.
Rozmawiali w Krakowie: Tomasz Czarnota, Tomasz Szeliga


