
Weronika Z. dobiega dziewięćdziesiątki i gdyby nie kłopoty ze stawem biodrowym, który nawet po zabiegu umożliwił jej tylko częściowe poruszanie się o własnych siłach, to pewnie do dziś byłaby w znakomitej formie, bo umysł u niej lepszy niż u niejednego… – pardon – chciałem napisać polityka, ale szybko ugryzłem się w komputer.
Starsza pani nie ma już nikogo z rodziny, ale korzysta z pomocy dobrych ludzi, którzy robią jej zakupy, pomogą posprzątać mieszkanie, a nawet wyjdą z nią na spacer. Są to na ogół młode osoby z różnych organizacji charytatywnych.
Pewnego dnia, Weronikę Z. odwiedziła 30-letnia Dagmara B. i najpierw powiedziała, że jest jej daleką krewną.
– To jakaś pomyłka – odparła seniorka – bo ja nie mam już żadnych krewnych.
– Jestem taką „przyszywaną krewną” – zaśmiała się Dagmara. – Po prostu dowiedziałam się od koleżanek z organizacji charytatywnych, że można pani pomóc i chętnie to zrobię, gdyż leży to w mojej naturze. Znajomi nazywają mnie nawet taką „dobrą duszyczką”. Poza tym mieszkam w pobliżu, więc to żaden problem.
Weronika Z. była równie zaskoczona, jak i urzeczona młodą kobietą i nawet zaproponowała jej herbatę, przy której Dagmara zapytała, kiedy Weronikę odwiedzają koleżanki i koledzy z innych stowarzyszeń charytatywnych, bo chodzi o to, by nie wchodzić sobie w drogę. – Oczywiście, ja też robię to bezinteresownie – dodała z naciskiem na „bezinteresownie”.
W rezultacie umówiły się, że wpadnie w następnym tygodniu i rzeczywiście wpadła. Wysprzątała mieszkanie, zrobiła zakupy i jeszcze przyniosła przez siebie upieczone ciasto. Starsza pani była zachwycona i nawet wyjęła ze szkatułki jakieś pieniądze, by wręczyć swej uczynnej dobrodziejce, ale ta stanowczo odmówiła.
W sumie Dagmara B. odwiedziła starszą panią trzy razy, po czym zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. A wraz z nią z mieszkania zniknęła też biżuteria warta dwa tys. zł, a także 800 zł w gotówce. Dopiero wtedy Weronika zrozumiała, że padła ofiarą sprytnej złodziejki i powiadomiła policję.
W tej sytuacji śledczy pierwsze kroki skierowali oczywiście do Dagmary, przeszukali jej mieszkanie, ale niczego nie znaleźli, zaś podejrzana była wręcz oburzona, że kobieta, której zrobiła tyle dobrego, posądza ją o kradzież, co może być wynikiem tylko… nagłej sklerozy.
Na krótko sprawa utknęła zatem w tzw. martwym punkcie, ale niebawem policjanci odnaleźli biżuterię w jednym z lombardów, w którym sprzedał ją… mąż Dagmary. Tej „dobrej duszyczki”, choć – jakby to nie zabrzmiało
– całkowicie bezdusznej.
JAN M.



4 Responses to "Bezduszna duszyczka"