Bierzmy przykład z Gdańska

Grzegorz AntonNiedawno odwiedziłem Gdańsk. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak wielka jest to aglomeracja miejska razem z Gdynią i Sopotem. A co za tym idzie, ile codziennie jeździ po Trójmieście samochodów. Co więcej, w sezonie turystycznym przyjeżdża tam dodatkowo mnóstwo kierowców z całej Polski.

Wydawać by się mogło, że na drogach panuje istny armagedon, a przejechanie 10 czy 15 km trwa dziesiątki minut. Nic z tych rzeczy. Jako że odkąd pamiętam, Gdańsk to moje ulubione miasto, mój drugi dom, to jeździłem po jego ulicach wzdłuż i wszerz, codziennie robiąc kilkadziesiąt kilometrów. W sumie przez cały pobyt po samym Gdańsku przejechałem kilkaset kilometrów. Jeździłem i o godzinie 7 rano, i o godzinie 15 czy 16, a więc w godzinach szczytu. Jeździłem wieczorem, przed południem i po południu. I tak wspaniale po żadnym innym mieście mi się nie jeździło. Płynna jazda, zero stania w korkach, nawet w samym centrum. Pewnego razu zacząłem liczyć, ile przejadę sygnalizacji świetlnych bez zatrzymywania się. Na 20 sygnalizacji przejechałem dokładnie 16 – tak, tak, to nie pomyłka 16, na zielonym świetle. Na pozostałych, kiedy zapaliło się światło czerwone maksymalnie czekałem 20 sekund. Jazda po tak dużym mieście to poezja, szybko, przyjemnie, bez stresu. Natomiast u sąsiadów, czyli w Gdyni i Sopocie już tak wspaniale nie było, choć należy przyznać, że dramatu także nie było. Nie znam się i nie muszę się znać na tym, jak ustawić sygnalizację świetlną i jak zmienić infrastrukturę drogową, by jeździło się tak jak w Gdańsku. Mnie jako kierowcy ma jeździć się dobrze i tylko tego wymagam.

Natomiast w Rzeszowie przejechanie miasta to dla kierowcy istny koszmar. Praktycznie każde światła to zatrzymywanie się i długie oczekiwanie na ich zmianę. Wystarczy jako przykład podać aleję Rejtana. Gdy w Rzeszowie przejadę trzy skrzyżowania bez zatrzymywania, to czuję się tak jakbym trafił „szóstkę” w totka. Dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji jak np. na ul. Lubelskiej, że czerwone pali się dla kilkunastu samochodów jadących w tym samym kierunku, natomiast na drodze, na której jest zielone światło nie ma słownie ani jednego auta. Podobno w mieście jest jakiś inteligentny system czy jak go tam nazywają. Podobno kosztował sporo. Nie wiem czy to wina tego systemu, czy jakiś geniusz ingeruje w ustawienie sygnalizacji świetlnej. Wiem za to, że po Rzeszowie z roku na rok jeździ się coraz gorzej. I nie jest to wina samych kierowców, tylko wina tych, którzy zajmują się cała infrastrukturą drogową. Skoro w Gdańsku mogą, to tym bardziej w taki małym mieście jak Rzeszów można. Trzeba tylko chcieć coś zrobić.

Redaktor Grzegorz Anton

Leave a Reply

Your email address will not be published.