Bohater z Przeworska

Leon Trybalski w 1930 r. – gimnazjalista.

Nie był żołnierzem, ale ocalił niejedno życie. Wiele razy wymykał się z rąk gestapowców. Ryzykował, by ratować. I choć w rodzinnym Przeworsku kojarzony jest głównie jako twórca Muzeum Pożarnictwa – dziś drugiego co do liczby eksponatów w Polsce, zasługi Leona Trybalskiego dla miasteczka nad Mleczką są jednak o wiele większe…

Trybalscy mieszkali najpierw przy ul. Kościuszki 242, a później przy ul. Wałowej 116 w Przeworsku. Życie ich nie rozpieszczało. Po wybuchu I wojny światowej 3-letni Leon i jego młodszy brat zostali tylko pod opieką matki. Ojca wcielono do austriackiego wojska. Trudno wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać ich codzienność. Jak dramatyczne musiały to być wspomnienia, skoro odcisnęły piętno na całym życiu bohatera? – Pamiętam bardzo dokładnie ucieczkę naszą do Gaci przed Kozakami, którzy, jak wieść głosiła – wykłuwali oczy, obrzynali języki itd. – zapisał we wspomnieniach już dorosły Leon Trybalski. Zdesperowana kobieta, co mogła; zabrała ze sobą. Resztę skromnego dobytku zakopała w ziemi i wyruszyli. Kilkulatek nie zdawał sobie sprawy z dramatyzmu sytuacji. – Jazda była wspaniała, pamiętam jak dziś, jechałem z dziadkiem na wózku ciągnionym przez zawracającego się konia i krowę – opisywał. Do Gaci szczęśliwie dotarli, udzielono im gościny, jednak przed Kozakami nie uciekli. Ci rano już byli pod oknami. – Strach, płacz, ale nikomu nic nie zrobili, tylko zabrali krowę, jedyną naszą żywicielkę w ucieczce, a zdychającego konia zostawili – relacjonował w pamiętniku Leon. Zrezygnowana matka zabrała dzieci z powrotem do Przeworska: – Od tej chwili żaden strach ją już z domu nie wypędził.
A bać się było czego. Chłopiec zapamiętał, jak podczas bitew w okolicach przeworskich pól krył się przed kulami po piwnicach: – (…) było nas dużo, jak skazańcy na ziemi, jedno tuliło się do drugiego, aby się trochę ogrzać.
Zimno bywało zresztą częstym towarzyszem. – Nie było w domu czym zapalić, więc chodziłem z matką, jako starszy syn to tu, to tam i zbieraliśmy trzaski i patyki – opisywał. – Ile to człowiek dźwigał woreczków z tego rodzaju zdobyczą, ciesząc się, że choć na chwilę Matka stroskana zapomni o tym braku.
Wojenna rzeczywistość cały czas wdzierała się w życie, odbierając chłopcu dzieciństwo. – Nie w głowie były mi figle i psoty – pisał po latach. – Dlatego miałem tylko to, co wokół mego działo się domu, ewentualnie na mojej ulicy Kościuszki, którą przy dostępie chłopięcej odwagi przebiegałem z obręczą z beczki, tocząc ją przed sobą po udeptanej bocznicy.
Co dziwne, wśród jego pozytywnych wspomnień jest… wizyta Moskali w Przeworsku. Grupa oficerów kwaterowała u Trybalskich. – Dawali nam czekoladę, różnego rodzaju ryby w konserwach, suchary. Cieszyli się że mają chwilę spokoju, pijąc „czaj” w dużych ilościach – czytamy w pamiętniku Leona. – Tadka, mojego brata, który miał w tym czasie pewnie dwa lata kucharz ich pieścił jak swego synka, w domu ich, postawił dwóch, nie skąpił mu kopiejek, czy różnych ruskich smakołyków, co w czasie niedostatku było czymś nadzwyczajnym.
Kara za brudne ręce
Mimo że w tamtych czasach ubogie dzieci często wychowała ulica lub dom, rodzice Leona (ojciec Jan był szewcem, matka Katarzyna ukończyła Szkołę Położnych we Lwowie) zadbali o edukację syna. Jako dziecko z biedniejszej rodziny uczęszczał najpierw do „ochronki” prowadzonej przez siostry miłosierdzia w Przeworsku. I z tego miejsca pozostały wspomnienia: – Nie zatarły mi się w pamięci spacery dzieci ochronki w takt klapki w ręku siostry, wybijającej tempo, według którego dzieci, maszerując, próbowały utrzymać się w szyku dwójkowym, od czasu do czasu na wezwanie wnosząc otwarte ręce – dłonie do góry, dla równoczesnej kontroli czystości rąk. Brudne ręce otrzymywały karę przez uderzenie ich klapką, a dziecko nie mogło jeść śniadania jeśli rąk nie umyło.
W 1917 r., gdy Leon miał 6 lat, zapisano go do szkoły powszechnej. Poszedł od razu do I klasy „ponieważ według obserwacji jaką nade mną w domu rozciągnęli, dogadzając swej ambicji i ja wcześniej do szkoły nadawałem się” – wspominał. Bardzo mu się tam spodobało, o czym świadczą zachowane, często zabawne anegdoty. Zdradził w nich np. dlaczego ich dyrektora przezywano… „Puć”. – Powstało to z tego, bo gdy komuś z uczniów chciał wymierzyć zasłużoną porcję kijem, wołał „puć, puć” – tłumaczył w pamiętniku.
Po 6 klasach przyszedł czas na Państwowe Gimnazjum II Matematyczno-Przyrodnicze w Jarosławiu, które Leon ukończył egzaminem dojrzałości ze znakomitymi wynikami – tak w nauce, jak i zachowaniu. Z kolegami i nauczycielami zżył się tak, że niemal tworzyli jedną rodzinę – opisywał. Pożegnanie było wzruszające.
Ambitny przeworszczanin po rocznej przerwie kontynuował naukę w Wyższym Studium Handlowym, w Krakowie jednocześnie pracując jako wychowawca. I choć nie było łatwo, cel osiągnął. 19 maja 1936 r. ukończył studia. Los go rzucił do Katowic, gdzie zaczął pracę w Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych. Tam zastał go wybuch II wojny światowej…

Jak Leon został Marcinem

Do Przeworska wrócił w 1940 r., lecz nie sam. Jego żoną została śliczna Sabina Lorek z Rybnika (doczekali się 4 córek: Haliny – zmarła w dzieciństwie, Barbary, Jadwigi, Krystyny i syna Bogusława). Okazała się wspaniałą towarzyszką życia, która wiernie trwała u jego boku w tych trudnych czasach. – Kiedy wróciłem do domu pewny, że na długo rozchodzę się z zawodem, poczułem się przydatny społeczeństwu w walce o młodzież i szkołę polską, w walce z niszczycielską siłą okupanta – wspominał. Tak narodził się „Marcin Dukat”. Pod tym pseudonimem rozpoczął tajne nauczanie.
– Jako działacz konspiracyjny prowadził naukę we własnym mieszkaniu dla klas gimnazjum ogólnokształcącego i handlowego. Pełnił funkcję członka kierownictwa Tajnej Organizacji Nauczycielskiej w Przeworsku oraz egzaminatora i przewodniczącego komisji egzaminacyjnej – tłumaczy Wojciech Kruk, historyk i starszy asystent z Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku. – Był łącznikiem pomiędzy młodzieżą okupacyjnej szkoły kupieckiej a władzami TON-u, pośrednikiem w zaopatrywaniu uczących się tajnie młodych ludzi w podręczniki i lektury.
Leon Trybalski wiele ryzykował. Nauczyciel szybko trafił pod lupę gestapo. Niemcy przymierzali się, by przyłapać go na gorącym uczynku. Szykowali kocioł w jego mieszkaniu. Jak skończyła się ta historia?

M.in. o tym przeczytają Państwo już w poniedziałkowym wydaniu Super Nowości.

Leave a Reply

Your email address will not be published.