Boję się wychodzić na trening

- Drugi raz w tym sezonie mój zespół przypominał maszynkę do zdobywania punktów - cieszył się po arcyważnym zwycięstwie nad Naftą Piła Marcin Wojtowicz, trener Developresu SkyRes Rzeszów. Fot. Paweł Bialic
– Drugi raz w tym sezonie mój zespół przypominał maszynkę do zdobywania punktów – cieszył się po arcyważnym zwycięstwie nad Naftą Piła Marcin Wojtowicz, trener Developresu SkyRes Rzeszów. Fot. Paweł Bialic

ORLEN LIGA. Rozmowa z Marcinem Wojtowiczem, trenerem Developresu SkyRes Rzeszów.

113 dni czekał beniaminek z Rzeszowa na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w Orlen Lidze. Dokonał tego w Pile, przerywając przy okazji serię sześciu porażek.

– Odetchnął pan?
– Poczułem ulgę. Ta wygrana nie rozwiązała wszystkich naszych problemów, ale umiliła nam życie i sprawiła, że sytuacja w tabeli jest stabilniejsza. Można teraz powalczyć o 9. miejsce. Jeszcze jedno zwycięstwo i spełnimy wymogi Orlen Ligi.

– One w ogóle istnieją?
– Hmm, żadnego pisma, że należy wygrać w sezonie minimum pięć spotkań, nie widziałem. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy takowe istnieje. Ale sam sobie wyznaczam takie cele. Każdy sposób motywacji jest dobry (śmiech).

– Był wesoły autobus w drodze do Rzeszowa?
– Humory dopisywały, to w końcu pierwszy nasz powrót po zwycięskim spotkaniu ligowym. Jednak dziewczyny nie wpadły w euforię. Przed nami kilka kolejnych ważnych sprawdzianów.

– Docierały do nas sygnały, że w przypadku niepowodzenia może dojść w klubie do małego trzęsienia ziemi. Czuł się pan zagrożony?
– Mieliśmy rozmowy w klubie, ale to żadna nowina. Gdy drużyna przegrywa, zawsze do nich dochodzi. Kilka spraw zostało ustalonych, jednak ultimatum nie usłyszałem. Choć jak się ma takie wyniki, to trzeba się liczyć, że w końcu szefowie powiedzą: dość!

– W Pile graliście w siódemkę. To był celowy zabieg?
– Szło tak dobrze, że nie wolno było mieszać w składzie. Na boisku panował ład i porządek, wszystkie zawodniczki realizowały zadania. Dokonałem tylko jednej zmiany, w trzecim secie, gdy Emilce Musze uleciała gdzieś koncentracja. Drugi raz w tym sezonie Developres przypominał maszynkę do zdobywania punktów. Wcześniej tak perfekcyjnie zagraliśmy z KSZO Ostrowiec we własnej hali.

– Dla mnie numer meczu to sześć punktów Katarzyny Warzochy, którą za kilkanaście dni czeka operacja barku.
– Czapki z głów przed Kaśką. Zanotowała cztery bloki, posłała asa i dołożyła agresywny atak (śmiech). Tego wszystkiego dokonała dziewczyna, która może tylko plasować i przebijać piłkę na drugą stronę siatki. Ale Kaśka gra, bo imponuje chłodną głową i wprowadza do drużyny porządek. Wielka szkoda, że już za dwa, trzy tygodnie nam nie pomoże. Oby do tego czasu Dominika Nowakowska uporała się z problemami.

– Najlepszą siatkarką meczu uznano Adriannę Budzoń. To świetna wiadomość, bo do rozgrywających można było mieć sporo zastrzeżeń.
– To miłe zaskoczenie. Ada dobrze kierowała grą, cały czas wybierała najlepsze dla nas opcje, nie brakowało jej odwagi. Nagroda dostała się w odpowiednie ręce.

– Jeszcze chwila, a Nafta nabawi się kompleksu Developresu. Nie jest pan zdziwiony, że pilanki w tym sezonie tak strasznie cieniują?
– Oczywiście, że jestem zdziwiony. Na papierze ta drużyna prezentuje się bardzo solidnie. Sęk w tym, żeby potencjał pokazać na boisku. Kapitan Nafty zaskoczyła nas na konferencji mówiąc, że zabrakło im doświadczenia. Uśmiechnąłem się pod nosem. Natalię Krawulską, Justynę Raczyńską czy Magdalenę Wawrzyniak ciężko nazwać początkującymi siatkarkami.

– Magdalena Olszówka dzwoniła z gratulacjami?
– Nie do mnie. Ale rozmawialiśmy przed meczem. Żałowała, że nie ma jej z nami. „Olszi” dokonała takiego, a nie innego wyboru, ale nikt nie ma prawa jej krytykować. Im młodsza zawodniczka, tym większa szansa, że po urodzeniu dziecka wróci do gry na wysokim poziomie.

– Ciąża siatkarki w trakcie sezonu zawsze wzbudza emocje i powoduje komentarze. Część osób twierdzi, że Magdalena zachowała się nieprofesjonalnie.
– Jeśli chodzi o formalne aspekty, takie rzeczy regulują odpowiednie zapisy w kontrakcie. Nie mam pojęcia, jakie były ustalenia między klubem a Olszówką. Jeśli chodzi o sportową stronę tego wydarzenia, to trochę zamieszania ciąża Magdy wprowadziła. Jestem jednak trenerem żeńskiej drużyny i muszę sobie z takimi historiami radzić. „Olszi” to świetna dziewczyna. Życzę jej, żeby dzieciak był zdrowy, bo to jest najważniejsze.

– Sięgnie pan wreszcie po młodzież?
– Musimy się porozumieć z trenerem Barszczem. Kinga Stronias i Aleksandra Kazała mają podpisane kontrakty z Developresem, są potrzebne choćby po to, żebyśmy mogli przeprowadzać normalne treningi. Oczywiście trzeba też wciąż pod uwagę dobro Młodej Ligi i rozgrywek juniorskich, ale dla chcącego nie ma nic trudnego. Co do Oli – dziewczyna nie ma kompleksów, twierdzi, że podoła wyzwaniom w Orlen Lidze. Dostanie szansę, zobaczymy, czy sobie poradzi.

– Pierwsze zwycięstwo poza domem już jest, pora na pierwszą niespodziankę. W niedzielę gościcie MKS Dąbrowa Górnicza.
– Ja w każdym meczu liczę na niespodziankę (śmiech). Fajnie byłoby zabrać punkty komuś mocniejszemu. Tym bardziej, że czeka nas nieco szalony tydzień. Dwa dni po spotkaniu z Dąbrową jedziemy do Łodzi na mecz Pucharu Polski, a potem w sobotę meldujemy się w Ostrowcu Świętokrzyskim. Oby nic się przez ten czas nie wydarzyło. Momentami boję się wchodzić na salę, żeby nie usłyszeć wiadomości o kolejnych zawodniczkach, które wypadają ze składu.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.