
W marcu minęło 12 lat od wypadku, a Przemka cięgle czekają przeszczepy skóry.
– Mam 16 lat. W wieku czterech lat uległem skrajnie ciężkiemu poparzeniu, które objęło 70 proc. mojego ciała. Od ognia zapaliła się na mnie i wtopiła w ciało górna część odzieży. Z tamtego okresu pamiętam tylko przeogromny ból – mówi dziś Przemek Bieszczad z Niedźwiady koło Ropczyc. – Czasem myślę sobie, że to, co mnie spotkało jest niesprawiedliwe, buntuję się. Ale życie toczy się dalej. Jestem już uczniem klasy trzeciej gimnazjum i przede mną wybór nowej szkoły. Bardzo podoba mi się praca informatyka. Przede mną jednak sporo barier, nie wiem, czy uda mi się je przekroczyć.
Te bariery to przede wszystkim przykurcze, które towarzyszą chłopcu od czasu wypadku, mimo że przeszedł już blisko 30 operacji, w tym kilka przeszczepów sztucznej skóry, tzw. integry. W ten sposób operowano mu brzuch, plecy, boki tułowia, pachy i ręce.
Ścinali blizny, nakładali integrę
Pierwszą szansę na powrót do normalnego życia Przemek dostał w 2007 roku, bo wtedy po raz pierwszy w Polsce w Dziecięcym Centrum Oparzeniowym w Krakowie wykonano zabieg wszczepienia sztucznej skóry, tzw. integry. A on był pierwszym chłopcem, któremu NFZ sfinansowało leczenie kosztujące wtedy 50 tys. zł.

Zabieg był dwuetapowy. Najpierw lekarze ścinali stare blizny pooparzeniowe i nakładali na ranę warstwę silikonu, po kilkunastu dniach tę warstwę ściągali i w to miejsce wszczepiali własny, wyhodowany pod integrą chłopca naskórek o grubości jednej dziesiątej milimetra. Robiono to etapami, bo operacja była bardzo obciążająca dla organizmu chłopca. Trwała kilka godzin, w czasie których dziecko było w głębokim uśpieniu. Zmiana opatrunków także była robiona w narkozie, bo całe ciało to była prawie otwarta rana. Chłopiec przez kilkanaście dni po przeszczepie nie mógł usiąść, mógł albo chodzić, albo leżeć, bo każdy skłon mógł kosztować go sklejeniem się dwóch warstw wszczepionego naskórka i cała operacja poszłaby na marne.
To wciąż nie koniec
Potem była operowana ręka, która z powodu grubych splotów blizn nie rozwijała się normalnie. Była zasuszona mimo intensywnych ćwiczeń i maści zmiękczających, które kosztowały średnio tysiąc złotych miesięcznie i których zakup okupiony był dużymi wyrzeczeniami całej rodziny, ale tylko dzięki nim chłopiec może w miarę normalnie funkcjonować. – Blizny były tak rozległe i głębokie, że skutecznie wstrzymywały rozwój mięśni – mówi Barbara Bieszczad, mama chłopca.
Następnie był przeszczep skóry głowy. – Pod skórę głowy wszyto mu rozciągliwy woreczek, do którego wstrzykiwano mu systematycznie roztwór soli fizjologicznej. W wyniku rozciągania wytworzył się nadmiar skóry. Gdy proces został zakończony, chirurg usunął kilkunastocentymetrową bliznę i ekspander, a nadmiarem skóry z włosami przykrył ranę po jej usunięciu. W ten sposób udało się przykryć cały tył głowy, gdzie Przemek nie miał włosów – mówi mama nastolatka.
To było bardzo ważne dla chłopca, który nie chciał tak bardzo wyróżniać się wśród rówieśników. A trudno się nie wyróżniać, gdy blizna z tyłu głowy wręcz przyciąga wzrok.
– Przemek jednak stale rośnie, a zdrętwiała w niektórych miejscach skóra mimo stosowania ćwiczeń i maści zmiękczających, nie chce się rozciągać. I nawet po tylu przeszczepach Przemek w skórze czuje się jak w przyciasnym sweterku. W czerwcu mamy jechać więc na kolejny zabieg, tym razem do Polanicy-Zdroju, gdzie lekarze będą starać się ponacinać zrosty i rozstępy uzupełnić sztuczną skórą.

– Tak bardzo chciałbym być pełnosprawnym chłopakiem, takim jak wszyscy rówieśnicy – mówi z żalem Przemek.
Żeby tak się stało, chłopak musi cały czas ćwiczyć. Niestety, maści i dodatkowa rehabilitacja kosztują. To nie jest łatwe, bo oprócz Przemka państwo Bieszczadowie mają jeszcze sześcioro dzieci, a co za tym idzie wieczne problemy finansowe. Kolejny wyjazd do Specjalistycznego Centrum Chirurgii Plastycznej w Polanicy-Zdroju już 10 czerwca. – To bardzo daleko od mojego domu, około 1000 km w obydwie strony. A wszystkie pobyty w szpitalu łączą się również z dużymi kosztami dla rodziców – wzdycha chłopiec.
Wcześniej przez 10 lat chłopiec był leczony w szpitalu w Krakowie Prokocimiu przez profesora Jacka Puchałę, który, niestety, zmarł w 2010 roku. – Bardzo lubiłem profesora, do dziś jestem mu wdzięczny, że wtedy podjął się tak skomplikowanej operacji nowatorską metodą i bardzo mi go brakuje, byłem na jego pogrzebie, a od czasu do czasu z rodzicami odwiedzamy jego grób – wspomina chłopak.
– Pracuję, a więc zarabiam tylko ja. Ciągłość leczenia Przemka udało nam się utrzymać tylko dzięki wielkiemu wsparciu dobrych ludzi, którzy towarzyszyli mojej rodzinie przez cały czas, za co jesteśmy im ogromnie wdzięczni – mówi pani Barbara.
– Mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, w którym dowiem się, że już nie będę musiał jeździć na operacje, że zdobędę zawód, który pozwoli mi pomóc rodzicom i być może odwdzięczyć się za dobro, którego sam doświadczyłem – mówi Przemek. – A do Polanicy-Zdroju pojadę tylko w celach turystycznych, bo to są naprawdę malownicze okolice.
***
Każdy może pomóc Przemkowi w powrocie do zdrowia, wpłacając pieniądze na: Barbara Bieszczad Bank Spółdzielczy Dębica ul. Rzeszowska konto nr 62 9475 0003 2001 0002 5276 0001 z dopiskiem “na leczenie i rehabilitację Przemka”.
Lub „CARITAS BLIŹNI W POTRZEBIE” nr 07 1020 4391 0000 6202 0062 3827 z dopiskiem dla Przemka Bieszczada z Niedźwiady 212
Lub odpisać 1 proc. podatku na KRS: 0000251723 z dopiskiem dla Przemka Bieszczada
Anna Moraniec



