Przedsiębiorcy z branż: gastronomicznej, hotelarskiej, sportowej i rekreacyjnej byli cierpliwi. Pokornie znieśli zeszłoroczny wiosenny lockdown. Wytrzymali też wprowadzone w październiku zeszłego roku obostrzenia, które miały skończyć się w niedzielę (17 stycznia), ale… rząd Zjednoczonej Prawicy przedłużył je do końca miesiąca, a nieoficjalnie mówi się, że restauracje, puby, siłownie i obiekty sportowe mogą być zamknięte dla klientów nawet do kwietnia lub maja! Tego już za wiele dla tych, którzy, w odróżnieniu od członków rządu i urzędników, nie żyją z podatników, tylko sami są podatnikami. Przedsiębiorcy wypowiadają posłuszeństwo rządowi i otwierają swe lokale i obiekty. Niektórzy już to uczynili, ale apogeum Buntu Przedsiębiorców #OtwieraMY zapowiedziane jest na poniedziałek (18 stycznia). Służby sanitarne straszą, że nieprzestrzegający obostrzeń będą surowo karani. – Z każdą nałożoną karą pójdziemy do sądów – zapowiadają przedsiębiorcy.
Perspektywa przedłużającego się lockdownu i brak możliwości zarobkowania spowodowały, że przedsiębiorcy z branż szeroko pojętej rozrywki, gastronomii i sportu zapowiedzieli wielki come back do normalności. Nie chce rząd im tego umożliwić, to uznali, że sami sobie umożliwią, a wobec rządu Zjednoczonej Prawicy okażą tzw. nieposłuszeństwo obywatelskie. Cóż to takiego? Według Encyklopedii PWN to „sposób postępowania, polegający na świadomym i celowym niestosowaniu się do konkretnych przepisów prawa (należących do zasadniczo akceptowanego w całości porządku prawnego), które w przekonaniu obywatela naruszają w sposób rażący istotne normy sprawiedliwości, ograniczają wolność i równość obywateli.”.
Prof. Chmaj: – Rząd daje „co łaska”
Rzecz cała w tym, że trudno obecne i zeszłoroczne obostrzenia epidemiczne nazwać nawet „przepisami prawa należącymi do zasadniczo akceptowanego w całości porządku prawnego”. Wybitny konstytucjonalista pochodzący z Przemyśla, prof. Marek Chmaj, jak już kilka razy na naszych łamach, teraz także ocenia rozporządzenia rządowe dotyczące ograniczeń związanych z pandemią jako sprzeczne z Konstytucją RP. – Rozmawialiśmy o tym wiosną zeszłego roku i wówczas już wyjaśniałem, że te obostrzenia są niezgodne z art. 22. Ustawy Zasadniczej – przypomina prof. M. Chmaj. – W myśl tego przepisu Konstytucji RP, państwo nie może ograniczać obywatelowi możliwości prowadzenia działalności gospodarczej inaczej niż poprzez wprowadzenie ustawy z uwagi na ważny interes społeczny. Co więcej, straty majątkowe przedsiębiorców będą wyrównane, ale tylko w wyniku wprowadzenia stanu nadzwyczajnego – podkreśla konstytucjonalista. – Rozporządzenia rządowe to z założenia przepisy wykonawcze do ustaw. Tymczasem tu nie mamy ustawy i nie mamy też stanu nadzwyczajnego – dodaje. Czy rząd nie zdaje sobie sprawy z tego, że swymi obostrzeniami rujnuje naszą gospodarkę, ludzkie biznesy i łamie przy tym prawo? – Oczywiście, że politycy rządzący zdają sobie z tego sprawę – stwierdza prof. Chmaj. – Ta władza nie po raz pierwszy działa niezgodnie z prawem z całą tego świadomością – podkreśla. – Po prostu czuje się w tym bezkarna – dodaje.
Dlaczego zatem rząd nie wprowadzi stanu nadzwyczajnego i stosownych ustaw? – Rząd nie chce wprowadzić stanu nadzwyczajnego, bo nie chce płacić przedsiębiorcom odszkodowań – wyjaśnia prawnik. – W sytuacji wspomnianego stanu nadzwyczajnego przedsiębiorcy mogliby domagać się wysokich rekompensat za straty poniesione w czasie trwania tego stanu. Jednak, gdy nie jest on wprowadzony, dostają tylko od rządu „co łaska” i o odszkodowaniach mogą zapomnieć – przypomina prof. Chmaj.
Fryzjer wygrał w sądzie
Tymczasem przedsiębiorcy zapowiadają, że tym razem mają dość i biznesy otworzą dla gości i klientów, a z ewentualnie nałożonymi nań karami masowo pójdą po sprawiedliwość do sądów. Tak uczynił już pewien fryzjer z Głogówka, któremu wiosną zeszłego roku za nieprzestrzeganie ówczesnych obostrzeń, w myśl których fryzjerom nie wolno było pracować, „zafundowano” 10 tys. kary administracyjnej. Mężczyzna się nie poddał i zwrócił do opolskiego sądu, a ten przyznał mu rację! Wyrok nie jest prawomocny, ale sędzia bardzo przyłożył się do uzasadnienia, w którym napisał niemal dokładnie to samo, co mówi nam prof. Marek Chmaj. Polskie prawo nie uznaje precedensów, ale można w nim powoływać się na wyroki innych sądów w podobnych sprawach i na ich uzasadnienia. Kara za nieprzestrzeganie epidemicznych obostrzeń rządowych sięgać może nawet 30 tys. złotych i jest objęta klauzulą natychmiastowej wykonalności. Jednym słowem, trzeba najpierw ją zapłacić, a potem dopiero można żądać jej anulowania w sądzie. Czy każdy ukarany na podstawie tych przepisów może liczyć na podobny wyrok, jak fryzjer z Głogówka? – Nie, bo każdy wyrok zależy od orzekającego składu sędziowskiego – wyjaśnia prof. Chmaj. – Jednak w tym przypadku są bardzo mocne argumenty za tym, by taką karę uznać za nieważną, bo po prostu prawdą jest, że te obostrzenia w obecnym trybie nałożone na obywateli są zwyczajnie niezgodne z prawem – podkreśla prawnik.
– Dodałbym jeszcze, że niektóre z nich są całkowicie pozbawione logiki i zdroworozsądkowości – zauważa.
Tak czy owak część przedsiębiorców już (!) otworzyła swe lokale gastronomiczne i obiekty sportowe. Tomasz Kwiek, restaurator z Cieszyna zdradził Wirtualnej Polsce: – Nie jesteśmy już jedyni. Nie spotkałem się z takim odzewem klientów. Mamy zapełnione rezerwacje do końca tygodnia. Nigdy nie mieliśmy tylu klientów – zdradził dziennikarzom prowadzący cieszyńską restaurację „U Trzech Braci”. Poza policją i licznymi gośćmi „U Trzech Braci” po otwarciu pojawił się poseł Lewicy Przemysław Koperski. Z karą Kwiek się liczy, ale deklaruje, że każdą zaskarży do sądu. Na drugim końcu Polski w Szczecinie działają już prywatne lodowiska. Ich właściciele oficjalnie prowadzą kursy łyżwiarskie, a jeden przy tym kwiaciarnię na lodzie. Działają lokale gastronomiczne w Nowym Tomyślu, Krakowie i wielu innych miastach Polski.
Apogeum w tych dniach?
Jednak prawdziwy bunt przedsiębiorców ma się dopiero zacząć! W dniu, kiedy miały przestać obowiązywać nałożone w październiku zeszłego roku obostrzenia, czyli w poniedziałek (18 stycznia) swoje drzwi dla gości otworzą lokale gastronomiczne w podwarszawskim Legionowie. Tu nieposłuszeństwo obywatelskie przedsiębiorców ma mieć charakter powszechny i ma być akceptowane przez władze miasta. Maciej Adamski, prowadzący lokal Q&Q Legionowo, tak napisał na Facebooku: – Dłużej czekać nie będziemy. Rozmawiałem dzisiaj z właścicielami wielu restauracji w Legionowie, każdy z nas ma dosyć, każdy ma rodziny i każdy ma prawo do pracy. Mamy pracowników za których jesteśmy odpowiedzialni. Otwieramy się w poniedziałek. Mamy wsparcie prezydenta Legionowa, Romana Smogorzewskiego. Zapraszamy wszystkich do restauracji nie tylko naszych, ale wszystkich w tym mieście. Wspieramy się nawzajem. Bez Was nie damy rady. A służby, które do nas przyjadą, prosimy o bycie ludźmi – dodał. Władze miasta niby nie chcą się wypowiadać w tej sprawie, motywując to dość jasno: – Jest to protest przedsiębiorców i aby uniknąć nadania mu, szczególnie przez media „narodowe”, charakteru politycznego ani urząd, ani prezydent nie będą tego komentować – napisano na oficjalnej stronie miasta, gdzie jednocześnie dodano, że samorząd od początku pandemii COVID-19 wspiera lokalnych przedsiębiorców także w zakresie prawnym. Otwarcie kilkunastu lokali jednocześnie zapowiadają też przedsiębiorcy z Olsztyna. Profil oddolnej akcji #OtwieraMY dosłownie „pęka w szwach” od kolejnych zgłoszeń przedsiębiorców, którzy otwarcie deklarują chęć powiedzenia dość rządowym obostrzeniom.
Górale wściekli, inni też
Przez ich przedłużenie i to w czasie, gdy sypnęło śniegiem, Zjednoczona Prawica z PiS-em na czele straciła swój wierny bastion w postaci Podhala. Rozeźleni górale, który zabroniono otworzyć stoki narciarskie, hotele i lokale gastronomiczne nie mają zamiaru czekać z założonymi rękoma. Część z nich zapowiada, że zwróci się do państwa o ogromne odszkodowania, część, że zwyczajnie zignoruje obostrzenia i otworzy swe lokale i obiekty turystyczne. – Trzeba położyć kres tym zbrodniczym działaniom – grzmią górale, a jak wiadomo, słyną z upartości i determinacji. W obronie interesów swoich krajanów stanęła znana sportsmenka, a obecnie posłanka Jagna Marczułajtis-Walczak (KO). – Czekają nas masowe upadłości lub bankructwa. I wiele ludzkich dramatów! Branża turystyczna to łańcuch naczyń powiązanych, które, wspólnie działając, zapewniają pracę ponad 80 proc. mieszkańców terenów górskich. Ogłoszone zamknięcie prowadzenia działalności gospodarczej w zakresie turystyki dotyczy właśnie tak wielu ludzi. Święta, sylwester oraz ferie zimowe to dla wielu z tych osób czas wytężonej pracy, z której utrzymują swoje rodziny do lata oraz jesienią, kiedy ruch turystyczny jest minimalny. Najbardziej przykre jest to, że ci ludzie zostali po prostu oszukani – stwierdziła posłanka. Poza „Podhalańskim Veto” rząd musi liczyć się z podobnymi inicjatywami w całej Polsce. Bunt w ramach „Bałtyckiego Veta” zapowiadają przedsiębiorcy od Szczecina po Gdańsk, a także ci z górskich kurortów w Karkonoszach i Beskidach.
P. Tanajno:- Wygrywamy, braknie im ludzi
– To nie są pojedyncze przypadki, ale setki doniesień o otwarciu biznesów. Odnosimy sukcesy. Nie słyszałem, aby jakiś otwarty lokal został skutecznie zamknięty przez policję czy sanepid – powiedział Wirtualnej Polsce lider Strajku Przedsiębiorców, Paweł Tanajno, który już wiosną zeszłego roku, jako kandydat na prezydenta RP, walczył z obostrzeniami epidemicznymi rządu. – Jeśli otwartych biznesów będą tysiące, rząd będzie musiał się poddać. Nie ma takiej armii ludzi w policji i sanepidzie, która pozwoli na nękanie kontrolami kilkudziesięciu tysięcy przedsiębiorców – stwierdził P. Tanajno. – Wygląda na to, że władza centralna traci kontrolę nad lokalnymi urzędnikami. Szeregowi pracownicy sanepidu i część policjantów unika konfrontacji. Oni już wiedzą, że prawo jest po naszej stronie, bo kary i mandaty zostają później anulowane przez sądy. Surowe konsekwencje, włącznie z karą 30 tys. zł za otwarcie restauracji, którymi straszą urzędnicy w rządowych mediach, nie są w praktyce stosowane – przekonywał. Rząd na razie spokojnie reaguje na zapowiedzi buntu przedsiębiorców. Jego rzecznik Piotr Muller w programie „Tłit” zapewniał jednak, że: – Działania są zdecydowane. Na rządowym zespole zarządzania kryzysowego często dyskutujemy o tej kwestii. Uczestniczy w nich Główny Inspektor Sanitarny, który ma podejmować jednoznaczne działania w tym zakresie – mówił. Z kolei wicepremier i minister rozwoju, pracy i technologii goszcząc w programie EKG TOK FM tak „straszył” zbuntowanych restauratorów: – Nie chcę mówić o konsekwencjach prawnych, bo te są oczywiste. Ci przedsiębiorcy, którzy złamią warunki rozporządzenia, po prostu nie otrzymają pomocy – zapowiedział Gowin. Wygląda jednak na to, że – jeśli przedsiębiorcy się skonsolidują w swoim buncie – rządowi trudno będzie nad tym zapanować. Co wówczas zrobi, przekonany się zapewne niebawem.
A co z buntem na Podkarpaciu?
– Solidaryzujemy się z przedsiębiorcami w całej Polsce i Europie, dlatego od poniedziałku zmierzamy otworzyć nasz lokal. Nie zgadzamy się z obecną formą obostrzeń, która uderza w branżę gastronomiczną. Wszyscy restauratorzy oczekują równego traktowania i chcemy funkcjonować w bezpiecznych warunkach, w ścisłym reżimie sanitarnym, podobnie jak kościoły, sklepy spożywcze czy fryzjerzy. To już nawet nie chodzi o to, aby zarabiać, my po prostu chcemy przetrwać. Pomoc, którą otrzymaliśmy od państwa od października, to około 7 tys. zł. To niewiele, szczególnie że cały czas musimy regulować koszty stałe – płacić czynsze, podatki, utrzymywać pracowników – mówi pan Dariusz, właściciel jednego z rzeszowskich lokali gastronomicznych.
Podobnego zdania są inni. – Przyłączamy się do protestów przedsiębiorców i również planujemy otwarcie naszego lokalu po weekendzie. Państwo powinno równo traktować wszystkich obywateli i przedsiębiorców, a obecnie branża gastronomiczna, niestety, znajduje się na marginesie. Jak dotąd nie otrzymaliśmy od państwa nawet grosza wsparcia, i gdyby nie obniżenie czynszu przez miasto Rzeszów, to nie udałoby się nam przetrwać ani miesiąca dłużej – tłumaczy pan Oskar, menedżer restauracji Ohhh Burrito w Rzeszowie.
W Przemyślu nie słychać o żadnym lokalu, którego właściciele zapowiadaliby oficjalnie otwarcie go dla gości w najbliższych dniach. Co prawda na profilu znanej przemyskiej „Japy” ukazało się logo akcji #Otwieramy, ale mylili się ci, którzy uznali, że oznacza to otwarcie lokalu. – Logo się ukazało, bo wspieramy akcję – wyjaśnił nam właściciel „Japy”, Adam Kulpa. – Nie planujemy jednak w najbliższych dniach otwarcia lokalu dla gości – dodał.
Inną postawę prezentuje Monika Zmarzlińska, właścicielka restauracji „5 przez 10”. – Sytuacja jest taka, że albo się teraz otworzymy, albo możemy się całkowicie zamknąć – wyznaje otwarcie. – Ta sytuacja dotyczy nie tylko naszego lokalu, ale i innych w Przemyślu. Rozmawiam z kolegami z branży i wszędzie jest źle, wręcz dramatycznie. Zadłużamy się w ZUS-ie, bo nie stać nas na składki! Krewni niektórych z nas biorą kredyty, by nasze restauracje mogły przetrwać
– zdradza restauratorka. – Nie jesteśmy tak dobrze zorganizowani jak górale, ale będziemy rozmawiać razem, my, restauratorzy z Przemyśla i myślę, że podejmiemy kroki ku otwarciu naszych lokali – mówi M. Zmarzlińska. – Konstytucja nam gwarantuje prawo do prowadzenia działalności – podkreśla. – Sam premier kiedyś mówił, że żadne rozporządzenia nie są ponad nią, a teraz co mamy? Oszukano nas i skazano na plajty! Pomoc rządu jest śmieszna, więc musimy wziąć sprawy w swoje ręce. Tym bardziej że te obostrzenia dla restauracji są irracjonalne. W supermarkecie, który jest naprzeciwko mego lokalu, przewijają się dziennie setki ludzi i rządowi to nie przeszkadza – irytuje się właścicielka „5 przez 10”.
W Bieszczadach cisza
W Bieszczadach, jak wynika z naszych ustaleń, przedsiębiorcy z branży hotelarskiej i gastronomicznej, przynajmniej na razie, nie rozważają dołączenia do ogólnopolskiej akcji „Otwieramy”. Rozmawialiśmy m.in. z restauratorami z: Ustrzyk Dolnych, Lutowisk, Dołżycy i Cisnej. Żaden z naszych rozmówców, mimo że obostrzenia dożynają ich biznesy, nie potwierdza, aby faktycznie rozważał pełne otwarcie. I trudno też się dziwić. Większość to lokale, które funkcjonują od lat, po pierwszym lockdownie właściciele skorzystali z pomocy państwa, jaką oferowała tarcza antykryzysowa. Otwarcie się teraz spowoduje, że pieniądze będą musieli zwrócić. Jest jeszcze jeden aspekt takiej postawy restauratorów z Bieszczadów. – A dla kogo mam otwierać? – zastanawia się właścicielka restauracji w Cisnej. – Wbrew temu, co pokazują w telewizji, w Bieszczadach wcale nie ma wielu ludzi, a jeśli już są, to stołują się tam, gdzie śpią, bo dzisiaj każdy, kto prowadzi agroturystykę, karmi też swoich gości lub udostępnia im kuchnię – mówi restauratorka. – Działalność nawet na wynos zwyczajnie nam się teraz nie opłaca – przyznaje nasza rozmówczyni. – Pozostałe lokale w Cisnej działają w obostrzeniach, podają jedzenie na wynos i na razie nie zamierzają oficjalnie się otwierać. – Nie znajdzie pani nikogo takiego, nikt nie chce wychodzić przed szereg i narażać się , może za jakiś czas – mówi nam pracownik innej dużej restauracji w Cisnej. Restauratorzy, z którymi rozmawialiśmy, zwracają też uwagę na specyfikę Bieszczadów i działających tu biznesów. – Zdecydowana większość to małe rodzinne firmy zatrudniające kilka osób, nie mają zaplecza finansowego ani armii prawników, którzy w razie potrzeby będą ich bronić w sądzie. Nie stać ich też na płacenie wysokich kar od sanepidu – mówi nam restaurator z Ustrzyk Dolnych i wskazuje, że to może być jeden z głównym powodów, dlaczego ludzie nie decydują się otwierać biznesów. Zdaniem naszego rozmówcy, przedsiębiorcy z branży gastronomicznej i hotelarskiej nie są też tak zorganizowani jak ich koledzy z Podhala. – Brakuje u nas osoby, która stanęłaby na czele buntu i pociągnęła za sobą resztę, a tylko wtedy, gdy działamy solidarnie miałoby to sens – podkreśla. Sam też na razie nie rozważa oficjalnego otwarcia swojej restauracji. Rozmawialiśmy z przedstawicielami branży gastronomicznej w Sanoku. Oni też nie otwierają działalności. Choć są tacy, którzy to rozważają. – Obserwujemy sytuację i to, co dzieje się w branży gastronomicznej. Rozważamy otwarcie, ale chcemy najpierw zobaczyć, w jaki sposób poradzą z tym sobie przedsiębiorcy, który w ten weekend się otworzą – mówi nam restauratorka. Otwarcie lokalu, mimo obostrzeń, nęci, bo jak przyznaje, nie stać ją na dłuższy lockdown. – Do tej pory utrzymywaliśmy się z oszczędności, ale pieniądze nam się skończyły, a my z czegoś musimy płacić rachunki i pensje pracownikom. Przecież ci ludzie mają rodziny, nie możemy zostawić ich na lodzie, nie chcemy też nikogo zwalniać, chcemy normalnie pracować i żyć – podkreśla. Dodaje, że od państwa do tej pory nie otrzymała żadnego wsparcia. – Musimy wziąć sprawy w swoje ręce, będziemy walczyć – deklaruje – bo dla nas to być albo być!
Monika Kamińska
Martyna Sokołowska
Kamil Lech



10 Responses to "Bunt restauratorów"