Byłam tam!

– W Sanoku nie potwierdzono do tej pory zakażenia koronawirusem. I chociaż zostanie „pacjentem zero” wydaje mi się mało prawdopodobne, a wręcz nieco abstrakcyjne – mimo wszystko odczuwam lekki niepokój – mówi Martyna Sokołowska, nasza redakcyjna koleżanka.

Niezwykła relacja naszej dziennikarki z epicentrum walki z koronawirusem!

Jest czwartek rano. Dzisiaj mam się stawić na oddziale zakaźnym. Od kilku dni kiepsko się czuję. Zaczęło się od osłabienia, później doszła gorączka, kaszel i duszności. Znajomy lekarz uznał, że wykonanie testu na koronawirusa jest koniecznością. Nie tylko dla bezpieczeństwa mojego, ale też osób, z którymi miałam lub będę miała kontakt. Zakładam rękawiczki, maseczkę i wsiadam do samochodu, kierując się w stronę szpitala…

Koronawirus i pandemia to teraz temat numer jeden we wszystkich mediach. O morderczym wirusie zbierającym żniwo na całym świecie piszemy i my. Codziennie publikujemy aktualne statystyki dotyczące liczby nowych zachorowań, kolejnych osób objętych kwarantanną i, niestety, zgonów. Wirus wywołuje powszechny strach. O tym, jak duży, przyszło mi się przekonać na własnej skórze

Wyszłam z domu z całkiem pozytywnym nastawieniem. Przecież noszę rękawiczki, dezynfekuję dłonie, pracuję zdalnie, staram się unikać ludzi, więc powinnam być bezpieczna. Podświadomość robi jednak swoje. Coraz bardziej uporczywie podsuwa mi obrazy, a to ze sklepu, w którym jakiś pan niechcący na mnie wpadł, a to z klatki schodowej, kiedy idąc po pocztę mijałam starszego sąsiada, który niepokojąco kaszlał. Przeszywa mnie dreszcz. 

Trasę do szpitala pokonuję w kilka minut. Docieram do pawilonu, w którym mieści się oddział zakaźny. To jeden z sześciu takich oddziałów na Podkarpaciu. Trafiają tutaj osoby z podejrzeniem zakażenia koronawirusem z kilku powiatów, w tym sanockiego, leskiego i bieszczadzkiego.

Kartki wywieszone na głównych drzwiach oddziału zakaźnego informują o zakazie wstępu, inne instruują mnie, że aby ktoś do mnie wyszedł, muszę skorzystać z dzwonka. 

Dzwonię. Po chwili pojawia się pielęgniarka w maseczce i rękawiczkach. Nie otwiera drzwi, rozmawiamy przez szybę. Pyta o moje dane (imię i nazwisko, adres zamieszkania oraz numer telefonu) i objawy, wszystko zapisuje na kartce, po czym kieruje mnie na tył budynku, do sali przygotowanej dla osób z podejrzeniem koronawirusa. 

Do sali wchodzi się z zewnątrz budynku. W środku dwa łóżka i dwie szafki plus toaleta. Salę, w której się znajduję od korytarza oddziela dwoje drzwi. W “przedsionku” zauważam wydzielone miejsce, jak się później okaże, jest to strefa dla personelu, w której po wizycie u pacjenta zostawiają rękawiczki, maseczki i kombinezony i dokładnie dezynfekują dłonie. 

Po kilku minutach przychodzi do mnie pielęgniarka. Rozmawia ze mną przez przeszklone drzwi. Kolejny raz muszę podać swoje dane osobowe i opowiedzieć o objawach. Na odchodne instruuje mnie, że przez cały czas pobytu na oddziale muszę nosić maseczkę. Kilka znajduję w pudełku na stole. To niebieskie maseczki chirurgiczne. Zakładam. Wbrew pozorom nie jest to takie proste. Ani zbyt komfortowe. Już po kilku minutach oddycha mi się zdecydowanie ciężej. Leżę na łóżku i myślę o ratownikach, pielęgniarkach, lekarzach – wszystkich, którzy w maseczkach muszą chodzić godzinami. 

Mijają kolejne minuty. Czuję narastające powoli napięcie. I strach. W pokoju panuje całkowita cisza, na korytarzu gwarno. Próbuję słuchać o czym rozmawia personel, ale dwoje drzwi skutecznie tłumi dźwięk. Wracam więc do swoich myśli. 

Ciszę przerywa dźwięk telefonu. Dzwoni pielęgniarka, ponownie zbiera dokładny wywiad. Pyta też o to, czy jestem na coś uczulona, czy biorę jakieś leki i choruję na choroby przewlekłe. Wszystkie informacje wprowadza do systemu. Informuje mnie też, że za jakiś czas ktoś do mnie zejdzie, pobierze wymaz i krew do badań i przyniesie dokumenty do podpisania. 

– Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę dzwonić – mówi na koniec. Faktycznie, na drzwiach dostrzegam kartkę z numerem telefonu dyżurki. 

Znowu czekanie. Spoglądam za okno. Słonecznie, cicho, spokojnie. Ciekawe, jak długo – myślę przewijając w głowie obrazy z Włoch i Hiszpanii. Tam pandemia zbiera śmiertelne żniwo. Codziennie media donoszą o kolejnych ofiarach. Setkach ofiar. 

Odsuwam od siebie te myśli. Nie robią mi teraz dobrze. 

Czekam. Przesuwam palcem po telefonie, sprawdzam informacje, relacjonuję znajomym, co u mnie. 

Po kilkunastu minutach kolejna wizyta. Tym razem pani doktor. Drobna kobieta odziana szczelnie w kombinezon, rękawice, gogle i maskę bada mnie stetoskopem. Pyta o samopoczucie i objawy. Sprawdza gardło. Informuje, że za jakiś czas przyjdzie pielęgniarka, aby pobrać krew i zrobić wymaz. – Jakby czegoś pani potrzebowała, proszę dzwonić – mówi wychodzą. Obserwuję ją zza szyby w drzwiach. Ściąga rękawiczki, maskę i kombinezon. Dezynfekuje dłonie. Wszystko trwa kilka dobrych chwil.

W tym samym czasie pod salę, w której jestem podjeżdża karetka. W środku dwóch ratowników, ubranych w kombinezony, maski, gogle i rękawice. – Ciekawe kogo i skąd przywieźli  – myślę. Słyszę dzwonek do drzwi, ruch na korytarzu się wzmaga. Kolejna osoba trafia na oddział. 

I znowu długie minuty czekania. 

Po jakimś czasie przychodzi pielęgniarka. Ubrana – wiadomo jak, tutaj to standard. Na stole kładzie dokumenty, które mam wypełnić. Bada mi temperaturę, saturację i ciśnienie. 

Ma też pobrać krew – widzę, że chwilę się waha – spotykamy się wzrokiem, więc pytam: O co chodzi?

A bo nie wiem, czy założyć pani wenflon, czy zwyczajnie z igły pobrać. No bo wie pani, jakby… To… – widzę, że rozmowa nie jest dla niej komfortowa. 

Proszę pobrać igłą, na pewno będzie dobrze – odpowiadam, z uśmiechem, aby ją uspokoić. 

Tak też robi. Kiedy przygotowuje strzykawkę i igłę, mamy chwilę na rozmowę. 

– Dużo macie ludzi? – pytam. 

– A chyba sześć osób – odpowiada. 

Sześć, to aktualnie dla mnie sporo. 

Igła przebiła żyłę. 

– Nie boi się pani? – pytam.

– Boję, jak każdy. No ale jeśli wszyscy będziemy się bać, to kto będzie tu pracować? – odpowiada kobieta, na oko po 50. 

Wymieniamy jeszcze kilka uprzejmości i kobieta wychodzi, zdejmuje rękawiczki, maskę, kombinezon, dezynfekuje dłonie i znika za drzwiami. 

W międzyczasie pod budynek podjeżdża kolejna karetka. To już siedem osób na oddziale – myślę. W porównaniu do włoskich, hiszpańskich czy brytyjskich statystyk, polskie ciągle mają się całkiem nieźle. 

Po kilku godzinach opuszczam oddział z nakazem obowiązkowej kwarantanny. 

– W Sanoku nie potwierdzono do tej pory zakażenia koronawirusem. I chociaż zostanie „pacjentem zero” wydaje mi się mało prawdopodobne, a wręcz nieco abstrakcyjne – mimo wszystko odczuwam lekki niepokój.

Na wynik mam poczekać do jutra.  

Martyna Sokołowska

5 Responses to "Byłam tam!"

Leave a Reply

Your email address will not be published.