
GP NA DŁUGIM TORZE. Już we wtorek po zawodach Ligi Juniorów Stanisław Burza będzie trenował na torze przy ul. Hetmańskiej.
Stanisław Burza, na co dzień broniący barw II-ligowego Kolejarza Opole będzie jedynym Polakiem w stawce sobotnich zawodów Grand Prix na długim torze w Rzeszowie, w których wystartuje dzięki „dzikiej karcie”. – Będzie to dla mnie nowe doświadczenie i myślę, że miejsce w pierwszej dziesiątce byłoby dobrym wynikiem – mówi STANISŁAW BURZA.
– Na jakim etapie przygotowań do sobotnich zawodów jest pan w tej chwili?
– Właśnie kończę składanie motocykla i mam nadzieję, że już po zawodach Ligi Juniorów będą mógł potrenować na torze w Rzeszowie.
– Już dawno nie miał pan chyba okazji ścigać się na obiekcie przy ul. Hetmańskiej…
– A właśnie, że nie. Byłem w Rzeszowie w ubiegłym tygodniu i trenowałem, wprawdzie na klasycznym motocyklu żużlowym, ale pozwoliło mi to zapoznać się ze specyfiką i geometrią rzeszowskiego toru. Dziś będzie zatem okazja do tego, aby wszystko sprawdzić i zobaczyć, czy działa należycie.
– Rzeszowski tor tak na dobrą sprawę tylko z nazwy jest długi. Nie obawia się pan, że przy jeździe w pięciu może być ciasno?
– Nie powinno być z tym problemów. Tor w Rzeszowie ma prawie 400 metrów długości, szerokie proste i łuki, tak więc dla każdego powinno wystarczyć miejsca. Zresztą podobne zawody odbywają się np. w Żarnovicy czy Pardubicach, gdzie tory są zbliżone do tego rzeszowskiego.
– Miał pan już okazję kiedyś jeździć na motocyklu do długiego toru?
– Nie, ale myślę, że jeździ się bardzo podobnie. Tu i tu są dwa koła i jeździ się w lewo (śmiech). A tak na poważnie właśnie dzisiejszy trening ma posłużyć m.in. temu, aby zapoznać się z tą maszyną. Jest ona nieco inna od klasycznej, przede wszystkim dłuższa i co najważniejsze, posiada skrzynię biegów. Właśnie ten element będę chciał przetestować. Pierwszy bieg wrzuca się w momencie startu, drugi po kolejnych 20-30 metrach i to jest największa różnica w porównaniu do klasycznego motoru żużlowego, w którym nie ma skrzyni. To właśnie start i dojazd do pierwszego wirażu jest najważniejszy w wyścigach na długim torze.
– Sprzęt, na którym pojedzie pan w sobotę w Rzeszowie został specjalnie zakupiony na tę okazję?
– Motocykl pożyczyłem od Marcina Sekuli, a teraz kompletujemy wszystkie części. Najwięcej obaw jest ze skrzynią biegów. Według zapewnień jest ona po remoncie i mam nadzieję, że wytrzyma zarówno trudy treningów, jak i samych zawodów.
– Skąd w ogóle pomysł na start w tych zawodach?
– Pomysł wyszedł od Roberta Nogi. Spotkaliśmy się kiedyś przed jednym z meczów i zaczęliśmy rozmowę na ten temat. Usłyszałem wówczas, że jest jedno wolne miejsce w tych zawodach i jeszcze nikt się nie zgłosił. Mnie nikt nie pytał, czy mam ochotę wystartować, więc sam postanowiłem spróbować swoich sił i zgłosić się do zawodów. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko: zgłoszenie, kompletowanie sprzętu, wreszcie dziś pierwszy trening.
– Występ w Grand Prix wiąże się z niemałymi nakładami finansowymi…
– I to jest największy problem. Potrzeba na to kilku tysięcy zł, które muszę wyłożyć z własnej kieszeni. Mimo licznych próśb, nie udało mi się znaleźć w Tarnowie ludzi, którzy zechcieliby wyłożyć środki finansowe i pomóc mi w przygotowaniach się do tych zawodów.
– Zawody na długim torze to nowość w Polsce, a co za tym idzie i w Rzeszowie. Według pana to dobry pomysł, aby ten rodzaj speedwaya popularyzować w naszym kraju?
– Wydaje mi się, że tak. Zawsze jest to jakaś nowość dla kibiców, ale także i zawodników, takich jak ja. Zawody te są bardzo popularne na zachodzie Europy. Niektórzy żużlowcy łączą starty w klasycznym speedwayu z występami na długim torze i wychodzi im to całkiem nieźle. Myślę zatem, że organizacja GP na długim torze w Polsce jest bardzo dobrym pomysłem.
Rozmawiał Marcin Jeżowski


