
SUPERWYWIAD WE WŁOSKIEJ STREFIE ZAGROŻENIA. Rozmowa z MAGDALENĄ FERET, rzeszowianką od 20 lat mieszkającą na północy Italii.
– Miasto mody, architektury, sztuki i tłumów… Jak dziś wygląda Mediolan?
– Mieszkam ok. 40 km od Mediolanu, ale wiem od znajomych, że jest opustoszały. Na Piazza del Duomo, czyli głównym placu, ze słynną katedrą Narodzin św. Marii Panny można zobaczyć dosłownie kilka osób. Po raz pierwszy w historii jest tam więcej gołębi niż ludzi. Środki transportu publicznego są puste. Ludzie w końcu zrozumieli, że musimy się zastosować do narzuconych zasad. Do czasu, gdy premier wprowadził w całym kraju strefę zagrożenia, nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z powagi tego, co się dzieje, bo wszystko skupia się na szpitalach. Nie widzimy tego, co się tam dzieję i myślę, że dlatego nie sądziliśmy, że sytuacja jest aż tak poważna.
– Jak poważna?
– W szpitalach zaczyna brakować łóżek i respiratorów. System opieki zdrowotnej przestaje sobie radzić. Dlatego zdecydowali się wprowadzić „czerwoną strefę”.
– W wywiadzie dla dziennika „Corriere della Sera”, Christian Salaroli, anestezjolog ze szpitala w Bergamo, opowiedział o scenach przypominających czasy dzielenia rannych podczas wojny. Jeśli ktoś jest między 80. a 95. rokiem życia i ma ciężką niewydolność oddechową, prawdopodobnie nie zostanie przyjęty. Jest aż tak źle?
– W momencie kiedy nie ma w szpitalu łóżek lub respiratorów, anestezjolodzy są zmuszeni do decydowania, kogo ratować, przede wszystkim – młodszych. Kiedy wyszedł ten artykuł, bardzo nas to przestraszyło, ale nie sądzę, że jesteśmy już na tym etapie. Podjęto wszelkie działania, żebyśmy nie doszli do takiej sytuacji, a jest blisko. Słyszałam, że mają nawet sprowadzać respiratory z Chin, których tam już nie używają.
– Północne regiony Włoch są nie tylko najbogatsze w kraju, ale mają również najlepsze systemy opieki zdrowotnej. Co czeka Włochów, gdy wirus dotrze na południe?
– Będzie gorzej. Najbardziej wirusa obawiają się Sycylia, Sardynia czy Kalabria, czyli wszystkie południowe regiony. Tam szpitale i cały biznes, który się wokół nich kręci, są w rękach mafii. Oni np. płacą 1 euro za strzykawkę, która w szpitalu na północy kosztuje 10 centów. Lecznice są na bardzo niskim poziomie. Mają mało łóżek i sprzętu. Jednym z głównym powodów przemieszczania się ludzi w kraju jest tzw. turystyka medyczna. Wszyscy z południa, szczególnie pacjenci onkologiczni czy z poważnymi chorobami przyjeżdżają na leczenie tutaj. Nasze szpitale są na poziomie europejskim, a tam – państw trzeciego świata. Mimo, że to jeden kraj. Jeśli na południu zachorowań będzie tak dużo, jak tutaj, połowa z chorych pewnie umrze. Dlatego teraz naprawdę muszą odpowiedzialnie podejść do wszelkich zaleceń.
– Włochy zamykają muzea, galerie, odwołują imprezy, mecze, a nawet uroczystości religijne. Z czym Włochom najtrudniej się zmierzyć?
– Myślę, że z samotnością. Włosi to naród, który nienawidzi i nie umie przebywać w samotności. Ludzie muszą wyjść do baru czy na kawę do kawiarni. Tymczasem mówi im się: „Nie wychodźcie z domów, nie spotykajcie się z przyjaciółmi, nie chodźcie do restauracji, nie urządzajcie imprez, zrezygnujcie z aperitivo”. Dla ludzi z północnych Włoch trudne jest to, że nie mają wolności w poruszaniu się. Oni są turystami na wysokim poziomie. Pracuję na lotnisku i widzę ludzi, którzy podróżują nawet w wieku 90 lat. Uwielbiają zwiedzać świat i fakt, że teraz nie mogą się nigdzie ruszyć, jest dla nich brakiem wolności. Poza tym gospodarka przeżywa kryzys.
– Malpensa, gdzie pracujesz to drugie największe lotnisko we Włoszech. Ile rejsów obsługuje normalnie?
– Codziennie odlatywało stąd ok. 500 samolotów.
– A teraz?
– Mniej niż 70. Co i tak wydaje mi się dużą liczbą, bo ostatnio w ciągu 6-godzinnej zmiany obsłużyłam może 2 pasażerów. Wylatywały samoloty np. z 10 pasażerami. Do Monachium poleciał jeden pasażer. LOT miał na pokładzie 15 osób lecących do Warszawy. Lotnisko jest totalnie opustoszałe. Kiedy ogłoszono strefę zagrożenia, praktycznie zrezygnowano z podróży, bo prawo tego zabrania, jednocześnie mieszkający tu imigranci – obywatele Bangladeszu, Sri Lanki, albo Egiptu – wszyscy starali się wrócić do kraju. Z jednej strony z powodu braku pracy, ale też chcieli skorzystać z momentu i odwiedzić rodzinę. Teraz nie mogą tego robić, dlatego dochodziło do dantejskich scen. W poniedziałek odprawiałam lot do Dubaju, skąd później pasażerowie przesiadają się do innych samolotów, np. do Kolombo. Chcieli uciec, a my musieliśmy ich zawrócić już w Mediolanie. Mówi się, że w ciągu kilku dni przestanie latać cokolwiek – jeśli chodzi o lot pasażerskie. Zostanie tylko cargo, czyli przewóz towarów.
– Jak wygląda kontrola pasażerów?
– Kiedy w Chinach wybuchła już epidemia, wprowadzono obowiązek sprawdzania temperatury pasażerom przylatującym spoza strefy Schengen. Później mierzono ją również pasażerom z tego obszaru. Jednocześnie blokowano loty przylatujące bezpośrednio z Chin. Praktycznie do przemówienia premiera nic więcej się nie działo. Przylatujący pasażer miał mierzoną temperaturę i jeśli była wyższa odsyłano go na badania i kwarantannę. Od kiedy wprowadzono strefę zagrożenia – my na stanowisku odprawy, a także policja sprawdzamy, z jakiego powodu pasażer chce, stąd wylecieć. Musi mieć ważny powód, np. czyjąś śmierć, czy wizytę medyczną.

– Czy obsługa lotniska została w jakikolwiek sposób zabezpieczona?
– Długo biliśmy się o to, żeby otrzymać maski i rękawiczki jednorazowe. Dostarczono nam je dopiero kilkanaście dni temu. Zasłaniali się tym, że minister zdrowia nie wydał takiego rozporządzenia, więc oni tego nie robią. Szczerze mówiąc, ja i wielu moich kolegów z pracy jesteśmy przekonani, że ten wirus przyleciał tutaj o wiele, wiele wcześniej, kiedy loty z Chin były regularne. Na przełomie grudnia i stycznia mnóstwo moich kolegów przeszło bardzo poważne grypy, zapalenia płuc. Niektórzy wylądowali w szpitalu. Mówiliśmy do siebie: „W tym roku jest naprawdę duża epidemia grypy”. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to może być koronawirus. W szpitalach nie sprawdzano, czy ktoś na to choruje, bo nikomu nie przyszło do głowy, że wirus mógł się już tak rozprzestrzenić. Jestem pewna,że Chińczycy zarazili nas dużo wcześniej, tylko my mieliśmy na tyle silne organizmy, że potrafiliśmy go zwalczyć.
– Obecnie pracujesz?
– Nie, bo miałam lecieć z rodziną do Madrytu (śmiech), ale w pracy każą nam brać wszelkie zaległe urlopy i wykorzystać je w marcu. Wszystkie firmy starają się o wsparcie od państwa, dzięki czemu pracownicy zostają w domu i pobierają 60 proc. pensji. To chwilowe rozwiązanie na czas kryzysu. Prawdopodobnie od przyszłego tygodnia będziemy na takich zwolnieniach.
– Kiedy pojawiły się pierwsze przypadki zachorowań, bagatelizowano problem, żeby np nie odstraszyć turystów?
– Nie. Myślę, że Włochy szybko podejmowały decyzje. Jako jeden z pierwszych krajów wprowadziły zakaz lotów bezpośrednich z Chin. Z drugiej strony, Chińczycy dalej„wlewali“ się tutaj przez Amsterdam, Paryż, Frankfurt, itd., bo rejsy pośrednie cały czas realizowano. Być może te próby ograniczenia nie do końca przynosiły efekt, ale wprowadzenie strefy zagrożenia w całym kraju, to sytuacja bez precedensu w całej Europie. Nawet w Chinach nie zastosowano czegoś takiego. Myślę więc, że Włosi nie zlekceważyli tego. Szkoły są zamknięte od 3 tygodni, z tym że do tej pory mówiono nam „Zamykamy szkoły, ale na wszelki wypadek”, „Starajcie się uważać, unikajcie wyjść, teatrów, meczów, większych skupisk ludzkich”. To było jak rada, nie zakaz. Może można było zrobić więcej, ale nie tak łatwo zamknąć wszystko i wydawać rozkazy. Nie mieszkamy w państwie reżimowym.
– Wskaźnik zachorowań i umieralności na koronawirusa w północnych Włoszech jest wysoki. Gdyby to dotyczyło południa, świat by się tak nie dziwił, ale Lombardia to płuca ekonomiczne Włoch. Z czego może wynikać tak duża skala zachorowań i śmiertelności?
– Też się nad tym zastanawiam. W Mediolanie jest Chinatown, wiec mieszka tu dużo Chińczyków, choć w Neapolu też, a tam nie jest tak tragicznie. Północ jest lokomotywą gospodarczą Włoch, imigranci przyjeżdżają tu do pracy. Na południu jest ich o wiele mniej. Neapol, Rzym czy Sycylia przyjmują głównie turystów, a my – nie tylko ich, ale i imigrantów. Myślę, że to główny powód dużej liczby zachorowań.
– Całe Włochy są czerwoną strefą, a gminy Lombardii? Bo zmiany następowały bardzo szybko.
– Z godziny na godzinę. Moja prowincja Novara leży w Piemoncie i graniczy z Lombardią. Sama Novara sąsiaduje z prowincją Mediolanu. Najpierw byliśmy strefą czerwoną, później pomarańczową. Następnego dnia w pracy dowiedziałam się, że to już nie jest „strefa czerwona”, tylko „strefa I”, a dziś – „zagrożenia”. Włosi są chaotyczni i niestety w tym wypadku było to widoczne. W końcu przestali dzielić regiony, całe terytorium Włoch jest w strefie zagrożenia i wszędzie obowiązują te same reguły.
– Jak dziś wygląda przemieszczanie się między miastami?
– Obowiązuje zakaz wyjeżdżania z miejscowości, w której jest się zameldowanym. Można to zrobić tylko z ważnych powodów np. wizyty medycznej, opieki nad chorymi rodzicami lub pracy. W razie kontroli policji trzeba posiadać specjalny dokument, który daje pracodawca, lub pracownik sam drukuje i wypełnia. Jeśli okaże się, że to, co deklarowaliśmy jest nieprawdą, zostaniemy ukarani i dostaniemy mandat. Natomiast na terenie swojego miasta można się poruszać, żeby np. zrobić zakupy. Można też uprawiać sport na świeżym powietrzu, ale samotnie. Nie spotykamy się z innymi ludźmi. Np. mój syn był w parku pobiegać, a ja z mężem wyszłam wieczorem na spacer i to jest dozwolone. Z kolei młodszy syn chciał pójść do na boisko, ale okazało się, że wszystkie są odgrodzone taśmami i zamknięte.
– Zanim wprowadzono te obostrzenia, ale już zamknięto szkoły i instytucje Włosi lekceważyli zalecenia pozostania w domach?
– Mieszkańcy Ligurii opowiadali, że zjechali się tam wszyscy Mediolańczycy, bo wielu ma mieszkania w Portofino, Santa Margherita Ligure czy innych miejscowościach. Stwierdzili, że to będzie wspaniała okazja, żeby po zimowym sezonie pootwierać swoje domy, posprzątać i pospacerować nad brzegiem morza. Gdy rząd zobaczył, co się dzieje, zdecydował się zaostrzyć przepisy. Nie mówiąc o tym, że w sobotę wyciekła wiadomość, że o północy będą wprowadzać strefę zagrożenia w Lombardii i wszyscy imigranci z południa rzucili się na dworce czy lotniska.. Uciekali do rodziny, bo bali się, że już następnego dnia ugrzęzną tu nie wiadomo na jak długo. Sceny na dworcu w Mediolanie wyglądały tak, jakby miała rozpocząć się wojna.
– Jednocześnie wszyscy robili zapasy.
– Tak. Ludzie ruszyli do supermarketów. U nas to się działo, już kiedy zamknęli szkoły i poinformowali, że na północy sytuacja jest groźna. Ja nigdy w takich sytuacjach nie idę na zakupy. Zrobiłam to po 2 – 3 dniach. Wtedy było już normalnie, bo sklepy na bieżąco uzupełniają zapasy. Natomiast na południu ten „atak” na sklepy odbył się tuż po tym, gdy ogłoszono strefę zagrożenia. W miejscowościach koło Salerno, Neapolu ludzie spanikowali. Stali godzinami w kolejce przed sklepem, a już następnego dnia było o wiele lepiej.
– Czy dziś czegoś brakuje?
– Nie, absolutnie! Jest mnóstwo pracowników, którzy cały czas dokładają towar. Jedyne, co zauważyłam, to wzrost cen. Kupujemy bardzo dużo warzyw i owoców, więc widzę, że mocno podrożały. Wiele sieci daje możliwość zrobienia zakupów online z dostawą do domu. Niektóre sklepy oferują osobom w wieku ponad 65. lat darmową dostawę, podczas gdy normalnie kosztuje to kilka euro. Może stąd ta różnica w cenach, ale ja pochwalam takie inicjatywy. Osoby starsze są najbardziej zagrożone, więc powinny zostać w domu.
– Ma Pani pełną spiżarnię?
– Mamy jakieś 50 paczek makaronu, ale nie kupiłam ich ze względu na wirusa. W każdym domu zawsze musi być makaron i sos pomidorowy. Jak na Włochy, moje zapasy są naprawdę małe. Gdy epidemia się skończy, wszyscy będziemy mieć po 5 dodatkowych kilogramów, bo Włosi uprawiają swój ulubiony sport, czyli… obiadanie się (śmiech). Jedzą w domach w południe i wieczorem, a kolacja wygląda tu jak obiad. Pocieszamy się jedzeniem, a wszystkie siłownie są zamknięte. W efekcie zaczynamy wszyscy bardzo skutecznie tyć.
– Jak wygląda życie dzieci, kiedy szkoły są zamknięte?
– To dobre pytanie! (śmiech). Dzieci bardzo się rozleniwiły. Są szkoły technologicznie rozwinięte, każde dziecko ma tablet i nauczyciele mogą prowadzić lekcje online. Tylko, że to dotyczy jednej placówki na sto. Moje dzieci, chodzą do zwykłej państwowej szkoły. Co kilka dni dostają na dzienniku elektronicznym nowe zadania domowe i tyle. Jeśli to możliwe, mają je odrabiać z pomocą rodziców. Poza tym wiele książek zostało w szkole. Dopiero we wtorek dali nam możliwość ich zabrania. Kiedy 3 tygodnie temu w piątek kończyli lekcje, nikt nie wiedział, że od poniedziałku szkoły zostaną zamknięte na tak długo. Na północy, w Lombardii i Piemoncie pod koniec lutego szkoła miała być zamknięta na karnawał. Profilaktycznie pozwolono dzieciom zostać w domach kolejne trzy dni. Potem przedłużano o kolejne. Dzieci starają się odrabiać te zadania, ale zaległości z pewnością będą olbrzymie.
– Do kiedy szkoły pozostaną zamknięte?
– Obecnie mówi się o dacie 3 kwietnia, ale najprawdopodobniej do połowy kwietnia uczniowie nie wrócą do szkoły.
– Są jakieś plany odrabiania zajęć, skrócenia wakacji?
– Nie ma żadnych. Zakłada się, że uczniowie nadrobią wszystko sami. Rozmawiałam z pracownikami szkoły i powiedzieli, że jak na razie z ministerstwa nie ma żadnej wiadomości, czyli rok szkolny kończy się według planu. Dzieci, które nie zdają egzaminów, jeszcze dadzą radę, ale np. mój syn kończy 3. klasę gimnazjum. W czerwcu ma egzaminy końcowe i sam zastanawia się, jak się do nich przygotuje, bo do tej pory w szkole powtarzali cały materiał. Są pogłoski, że nauczyciele w tym roku nikogo nie obleją i wszystkim dadzą co najmniej 6, w naszej skali od 0 do 10.
– Wszyscy stali się więźniami we własnych w domach. A ci prawdziwi zaczęli uciekać… Czy udało się złapać wszystkich zbiegów?
– Jeszcze nie. Jeśli się nie mylę, około 11 nadal jest na wolności. Niestety, spowodowali bardzo dużo zniszczeń i zrobili sporo zamieszania, a ponieważ są spore braki w Służbie Więziennej, trudno im opanować tę sytuację.
– To też efekt tego, że Włosi są towarzyscy i nie chcieli się zgodzić na brak odwiedzin, czy chcieli wykorzystać sytuację?
– Media podają dwie przyczyny buntu więźniów. Po pierwsze zakaz spotykania się z rodzinami, po drugie, jeden z nich złapał koronawirusa. Zagęszczenie w naszych więzieniach jest wyższe niż powinno. Zamiast dwóch więźniów, w celi jest na przykład sześciu. Wiadomo, że w takich warunkach nie ma szans, żeby ktoś nie zachorował. Poza tym, to jednak wyrzutki społeczeństwa i każdy moment jest dobry, żeby coś wykombinować.
– Jak Włosi oceniają działania rządu?
– Jeszcze dwa lata temu nikt nie znał Giuseppe Conte, który dziś jest premierem i podejmuje tak odważne, bezprecedensowe decyzje. Jesteśmy dla niego wyrozumiali, bo zdajemy sobie sprawę z tego, że to jest nadzwyczajna sytuacja. Krytykowanie go teraz byłoby szaleństwem, ale zrobimy bilans, kiedy się to wszystko skończy. Wtedy będziemy wiedzieli, czy przesadził w swoich działaniach, a może zrobił zbyt mało.
– W Polsce to dopiero początek zarażeń koronawirusem. Jakie rady dałaby Pani swoim rodakom?
– Chyba mogę tylko powtórzyć, to co radzą nam. Maski nie przydadzą się na nic, jeśli nie jest się chorym. Trzeba bardzo dokładnie i bardzo często myć ręce. Nie dotykać nimi oczu, ust i nosa. Jeśli to nie jest konieczne, unikajcie skupisk ludzkich. Rozumiem, że to może poświęcenie, ale w tym czasie należy to zrobić. Włosi już to wiedzą.
Rozmawiała Wioletta Kruk



One Response to "Chińczycy zarazili nas dużo wcześniej"