
– Co Pan będzie robił w najbliższą sobotę o godz. 17.40?
– Jeszcze nie wiem…
– Pytam, bo właśnie wtedy Stal Mielec zagra swój ostatni mecz w I lidze i będzie świętować awans do Ekstraklasy. Wybiera się Pan na to spotkanie?
– A, o to pan pyta… Jestem w tej chwili na wakacjach w Bieszczadach, w związku z czym musiałbym je przerwać. Wypadałoby jednak być na takim meczu, bo to przecież wielkie święto mieleckiej piłki. Sukces jest ogromny, po 24 latach awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. A Stal Mielec to przecież jest mój klub – w nim się wychowałem, grałem od trampkarzyka, przez juniora, aż po seniora i zawsze mu kibicuję. Na dobre i na złe.
– Wierzył Pan w ten awans?
– Przez ostatnie trzy sezony zawsze było blisko, ale wciąż się coś nie udawało, czegoś brakowało. Weźmy choćby tamten rok, kiedy klub obchodził jubileusz 80-lecia. Wówczas także była duża szansa na awans, ale porażka w meczu u siebie z ŁKS-em przekreśliła tak naprawdę te marzenia. Tamten awans miał być taką wisienką na jubileuszowym torcie. Nie udało się, ale jak pokazało życie, co się odwlecze… Za roczek, jak to się mówi, awansowała już Stal Mielec.
– Pan, jako piłkarz również awansował ze Stalą, a później zdobywał z nią mistrzostwo Polski. Który z tych sukcesów utkwił w pamięci bardziej?
– Mistrzostwo to było coś! Nikt się chyba nie spodziewał, że w 1973 r. zostaniemy najlepszą drużyną w kraju. To było dla wszystkich wielkie zaskoczenie, że Stal Mielec jest mistrzem Polski. Ale dokonaliśmy tego i to nawet dwa razy. To był nie lada wyczyn – małe, 30-tysięczne miasteczko ma najlepszą drużynę w kraju, na której mecze chodzi po 40 tysięcy ludzi.
– Na mecze Stali Mielec jeździło całe Podkarpacie…
– Dobrze to pan ujął. Rzeczywiście tak było… Piękne czasy…
– Wiadomo, że teraz są inne, zdecydowanie mniejszy stadion, ale Pana zdaniem realny jest scenariusz, zakładający że podczas meczów Stali ulice Mielca znowu będą puste?
– Kto wie, może rzeczywiście tak się zdarzyć. Stadion pomieści około 7 tysięcy kibiców, a przez obecne obostrzenia jeszcze mniej. Jest jednak telewizja, dzięki której kibice mogą oglądać mecze. W Mielcu jest duży głód futbolu i spotkania Stali na pewno nie przejdą bez echa.
– Co trzeba zrobić, aby Stal na dobre zagościła wśród najlepszych zespołów w Polsce?
– Z tego, co się orientuję to wielu piłkarzy, w tym tych, odgrywających ważne role jest wypożyczonych i po sezonie wraca do swoich klubów. Ten problem będzie musiał rozwiązać trener i działacze. Muszą oni zbudować i poukładać drużynę, która będzie w stanie powalczyć w Ekstraklasie. Trzymam mocno kciuki, aby wszystko się powiodło i aby tak, jak w przypadku ŁKS-u, Stal nie była gwiazdą tylko jednego sezonu.
– Wypada zatem wciąć przykład choćby z Rakowa Częstochowa, który jako beniaminek bez większych problemów zapewnił sobie utrzymanie…
– Szacunek dla Rakowa, który przecież cały sezon grał po za Częstochową. Zbudował jednak fajną drużynę, pościągał sobie trochę starszych, ale wciąż dobrych zawodników i powalczyli całkiem nieźle. A wracając do stadionu, to całe szczęście że w Mielcu jest odpowiedni obiekt i Stal nie będzie się musiała tułać po obcych boiskach, płacić za ich wynajem, a także płacić kary, jakie od przyszłego sezonu mają być nakładane za konieczność gry na nie swoim stadionie. To są spore sumy, które będzie można przeznaczyć na inne cele.
– Handicapem Stali może być również fakt, że po sezonie 2020/2021 Ekstraklasa zostanie powiększona i spadnie z niej tylko jedna drużyna…
– To rzeczywiście może pomóc, ale trzeba pamiętać, że jednak ktoś musi spaść. A co do reorganizacji ligi, to w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i tabela nie będzie dzielona na pół, nie będzie grupy mistrzowskiej oraz spadkowej. Dziś są różne komentarze, że ostatnia w grupie mistrzowskiej Jagiellonia ma 52 pkt, a pierwszy w grupie spadkowej Górnik 53 pkt, a mimo tego zespół z Białegostoku jest wyżej sklasyfikowany od zabrzan. Trochę to dziwnie wygląda…
– Był pan zwolennikiem zatrudnienia w Mielcu Dariusza Marca? Niektórzy wypominali mu brak trenerskiego doświadczenia w seniorskiej piłce…
– To jest tak samo, jak w 1968 r. gdy przyszedł do nas Andrzej Gajewski. To też był młody trener, po studiach, bez doświadczenia. Miał jednak swoją wizję i potrafił ją zrealizować. Jak pokazuje życie, doświadczenie nie jest aż tak ważne. Trener Marzec szybko poukładał drużynę na nowo i osiągnął z nią sukces. Zresztą powiem panu, że każdego trenera, nie ważne czy młodego czy starszego, doświadczonego czy nie broni jedno, a mianowicie wyniki. Może nic nie robić, a jak zespół będzie wygrywał, to wszyscy będą zadowoleni (śmiech). Nie jestem zatem zaskoczony wynikami Stali, bo trener Marzec wykonał naprawdę kawał dobrej roboty, poskładał tę drużynę jak to się mówi do kupy i zasłużenie z nią awansował. Ważne, że stało się to na kolejkę przed końcem rozgrywek i do ostatniego meczu chłopaki mogą podejść już na luzie, bez zbędnych nerwów.
– Obecny sezon był bardzo specyficzny i Stal musiała naprawdę przejść wyboistą drogę, by móc po 24 latach cieszyć się z awansu…
– Były momenty radości i pełne wiary, ale były też momenty smutku. Tak było m.in. po remisie u siebie z Odrą Opole 1-1. Takie mecze na swoim boisku powinno się wygrywać, żeby być spokojnym o awans. Jednak Warta Poznań też grała w kratkę i również gubiła niespodziewanie punkty, jak chociażby w meczach u siebie z Puszczą Niepołomice czy Chrobrym Głogów, które przegrała czy w spotkaniu z GKS-em Tychy, gdzie prowadziła przecież 2-0, a tylko zremisowała 2-2.
– Można powiedzieć, że Stali pomógł pochodzący z Mielca Tomasz Tułacz, który prowadzi Puszczę…
– (śmiech). Ale trzeba też pamiętać, że ta sama Puszcza wcześniej zremisowała w Mielcu i także urwała Stali punkty. Z Wartą jednak zgarnęła całą pulę, więc można rzeczywiście stwierdzić, że Tułacz pomógł Stali. Z drugiej strony zwycięstwo Puszczy w Poznaniu wcale nie dziwi, bo przecież wówczas nie była ona jeszcze pewna utrzymania. Tak więc nie było przeproś…
– Popatrzmy teraz nieco szerzej na polską piłkę – to wstyd, że 40-milionowy kraj nie ma drużyny, którą stać byłoby na regularne występy w europejskich pucharach. Dlaczego tak się dzieje?
– Za moich czasów, o czym pewnie pamiętają starsi kibice, a młodszym przypomnę, polskie kluby regularnie grały w pucharach i to z powodzeniem. Weźmy choćby Górnika Zabrze, Legię Warszawa czy nawet Stal Mielec, która przecież dotarła do ćwierćfinału Pucharu UEFA, gdzie dopiero dość pechowo musieliśmy uznać wyższość Hamburgera SV. Dziś o takich występach w Europie nasze drużyny mogą tylko pomarzyć. Dzieje się tak m.in. dlatego, że wg mnie w polskiej lidze za dużo jest obcokrajowców drugiego czy nawet trzeciego sortu, którzy nic do niej nie wnoszą. To nie są żadne gwiazdy. Co więcej, okazuje się, że gdy się da szansę i wpuści na boisko naszych młodych chłopaków, to ci wcale nie są od nich gorsi. Przykładem może być choćby 16-letni bramkarz Jagiellonii, Xavier Dziekoński. Oglądałem go ostatnio w meczu ze Śląskiem Wrocław i naprawdę przyjemnie było popatrzeć na to, co pokazuje.
– A jak to wyglądało, gdy Pan grał w piłkę?
– Gdy byłem młodym chłopakiem i miałem 18 lat, to trener Gajewski brał mnie już do pierwszej kadry zespołu w III lidze. Nie grałem wprawdzie we wszystkich meczach, ale wpuszczał mnie na połówkę, pół godziny i miałem szansę się ogrywać. W II lidze, już po maturze jesienią 1970 r. grałem we wszystkich meczach, a wiosną następnego roku byłem już w reprezentacji Polski do lat 23, którą prowadził Kazimierz Górski. Mając 20 lat grałem u Kazia wszystkie mecze. Obok mnie byli w niej tacy piłkarze, jak Tomaszewski, Gorgoń, Szymanowski, Musiał. Potem, gdy trener Górski został selekcjonerem pierwsze reprezentacji, połowę tej młodzieżowej kadry trafiło właśnie do niej. I co więcej, stanowiło o jej trzonie. Dziś za mało daje się szans młodych zawodnikom, a po drugie ci młodzi za szybko wyjeżdżają za granicę, gdzie wcale tak łatwo nie jest się przebić.
– W dzisiejszej piłce o sukcesie w znacznej mierze decydują także pieniądze…
– Wielki futbol dziś nie ma racji bytu bez pieniędzy i to dużych. Amatorstwo się skończyło. To już nie te czasy, kiedy po pracy trenowało się popołudniami, w lecie grało się w piłkę, w zimie w hokeja czy koszykówkę. Dawniej byli wielostronni sportowcy, dzisiaj dyscypliny są bardzo wyspecjalizowane i naprawdę trzeba się naharować, żeby osiągnąć sukces.
– Pan był zawodowym czy amatorskim piłkarzem?
– Mówiło się, że to amatorstwo, ale jakie to było amatorstwo? To było pełne zawodostwo. Mieliśmy wprawdzie etaty na WSK, ale do pracy nie chodziliśmy. Etat był, premie były i powiem szczerze, że jak na tamte czasy, to były naprawdę duże pieniądze.
– Jednak pańskie życie to nie tylko piłka nożna, bo przecież miał Pan również przygodę z polityką, będąc w latach 2001 – 2005 senatorem. Jak Pan wspomina tamten okres?
– To była dla mnie piękna nauka. W Senacie poznałem wspaniałych ludzi na czele choćby z profesorem Religą. Nie było jednak wtedy takiego hejtu, jak dzisiaj. To szczyt, żeby rodacy się kłócili. Można mieć różne poglądy, ale trzeba merytorycznie porozmawiać, podyskutować, a nie obrzucać się błotem. Nie może być tak, że pół Polski jest taka, a pół inna, że ci są Polakami, a tamci już nie!
– Zostając jeszcze w temacie polityki – jak Pan skomentuje wynik wyborów prezydenckich?
– Patrząc z perspektywy czasu, dla mnie, jako 70-latka, nie ważne jest kto rządzi, czy to będzie PiS, PO czy ktoś inny. Ważne jest, aby nam, Polakom żyło się coraz lepiej. Jak słyszę tylko ciągle „ci złodzieje, tamci złodzieje, wszyscy złodzieje”, to pytanie jest jedno: dlaczego nikogo nie wsadzili? Weźmy choćby teraz historię pana N. Choć ja panu powiem, że jeśli chodzi o Ukrainę, to tam jest takie łapówkarstwo i taka korupcja, że to się w pale nie mieści. Wszyscy o tym wiedzą. Najlepiej to na kogoś zwalić, żeby tylko nie na siebie. Przecież większa część tych wszystkich majątków oligarchów jest kradzione albo z przekrętów, a oni złapali się Polaka… A my z kolei robimy z tego sensację…
– Oprócz polityki, był również w Pana życiu wątek aktorski i mała rola w serialu „Świat według Kiepskich”, gdzie zagrał Pan samego siebie…
– No i co, nie podobało się? (śmiech)
– Podobało i właśnie dlatego chciałem zapytać, czy nie było jeszcze jakiś innych propozycji filmowych?
– Był jeszcze taki film Olafa Lubaszenki „Jest sprawa”, gdzie również miałem okazję zagrać małą rólkę. Jednak o karierze aktorskiej nigdy poważnie nie myślałem i te doświadczenia traktowałem raczej jako przygodę i pojedyncze epizody.
– Wspominał Pan, że jest w Bieszczadach m.in. na koniach. To jak to było z tym słynnym już koniem, którego ponoć wprowadziliście na 3. piętro bloku w Mielcu, a potem był kłopot, żeby go stamtąd sprowadzić…
– Ani Andrzej Szarmach, ani ja nie mam z tym nic wspólnego. Ta historia urosła już niemal do rozmiarów legendy, ale nie do końca prawdziwej. Koń rzeczywiście był ale to się bawili chłopcy z drugiej drużyny i to oni zrobili taki numer jednemu ze swoich kolegów. A wracając do Bieszczadów, to mam gości, moich przyjaciół. Byliśmy trochę w Komańczy, na koniach i chociaż ja osobiście nie jeżdżę, ale mój przyjaciel jest zapalonym koniarzem, tak więc miał sporo frajdy. My z kolei pozwiedzaliśmy trochę Bieszczady, pokazałem im różne, ciekawe miejsca. A że jest co pokazać, to nikogo specjalnie nie trzeba przekonywać. Bieszczady to piękny rejon, z dzikimi zakątkami, których w Polsce już naprawdę niewiele zostało.
– W swoje rodzinne strony do Malborka zagląda Pan czasami?
– Wybieram się w tamtym kierunku w sierpniu. Zawsze w tym okresie jeżdżę nad Bałtyk, więc przy okazji odwiedzę grób dziadka i babci, którzy są pochowani koło Tczewa, zapalę świeczkę…
– A w Bieszczadach długo Pan zostaje?
– Wie pan, ja jestem na emeryturze, więc nic już nie muszę. Jak mi się spodoba, to mam książeczkę do nabożeństwa i zostanę tu do świąt (śmiech).
Rozmawiał Marcin Jeżowski


