
STALOWA WOLA. Raczej z zaciekawieniem, niż z większymi nadziejami mieszkańcy miasta obserwują zabiegi prezydenta Andrzeja Szlęzaka o poszerzenie terenów inwestycyjnych.
Przydałyby się, bo inwestorzy pchają się drzwiami i oknami. Proponują miliony na inwestycje, nowe miejsca pracy i rzetelnie płacone podatki. Problemem są drzewa, których wszyscy Stalowej Woli zazdroszczą, a władze miasta wobec sosen są bezradne.
Ponad połowa powierzchni miasta zajęta jest przez lasy. Z jednej strony jest to urocze, bo wystarczy skręcić z pierwszej lepszej drogi, by poczuć charakterystyczną woń żywicy. Z drugiego punktu widzenia, a konkretnie z Urzędu Miejskiego, patrzy się na lasy, jak na konieczne zło. Szlęzak zwykł wszystko w mieście przeliczać na pieniądze. Mierzi go, że z kilometrów kwadratowych zarośniętych lasami do kasy magistratu wpada tyle podatków, co z jednego większego sklepu. Do tego jeszcze teraz miastu przechodzi koło nosa inwestycja warta grubo ponad miliard zł.
Zagraniczny inwestor chce w Stalowej Woli wybudować nową hutę. Kuszą go przygotowanie zawodowe potencjalnej kadry i niewysokie – sądząc po płacy w innych zakładach metalurgicznych – pretensje zarobkowe. Gdyby hutę postawił, miasto miałoby co rok kilka milionów z podatków. Do spełnienia tego życzenia potrzeba jednak ok. 50 ha wolnej przestrzeni z bocznicą kolejową. Bocznica to „małe piwo”, ale hektarów bez drzew w mieście nie ma. Na wycięcie drzew nie godzą się Lasy Państwowe i koło niemocy się zamyka. Prezydent spróbuje je przerwać i wybiera się z misją ostatniej szansy do Warszawy. Kilka lat temu pomoc Stalowej Woli w załatwianiu ważnych spraw w stolicy obiecał sam Donald Tusk. Może więc prezydent Szlęzak zamiast do Dyrekcji Generalnej LP, pojedzie najpierw do premiera Tuska?
jam



One Response to "Chodzi prezydent koło huty"