Chorych przybywa, a łóżek ubywa

- Cóż z tego, że jest kolejka oczekujących do naszego zakładu, jak nie mamy pieniędzy, żeby im pomóc - mówi kierownik Małgorzata Stańczak. Fot. Jerzy Mielniczuk
– Cóż z tego, że jest kolejka oczekujących do naszego zakładu, jak nie mamy pieniędzy, żeby im pomóc – mówi kierownik Małgorzata Stańczak. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Wszystko jest zgodne z przepisami, tylko nie ma gdzie ratować obłożnie chorych. Zakłady opiekuńcze uczą rodziny chorych robić zastrzyki i opatrunki, ale to też nie wystarcza.

Zakład Pielęgnacyjno-Opiekuńczy, jedyna w mieście placówka do opieki długoterminowej, co kwartał redukuje liczbę łóżek. Tak ratuje się przed zadłużeniem, które całkiem może go znieść z powierzchni. Sytuacja jest dramatyczna, bo kolejka oczekujących na łóżko w rozwadowskiej placówce rośnie w zastraszającym tempie. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie coś w opiece nad przewlekle chorymi miało się zmienić.

Ośrodki opiekuńcze takie jak stalowowolski ZPO szpitalami nie są i ich świadczenia są niżej wyceniane. Jeżeli ktoś w zakładzie takim wrócił do żywych, to i tak Narodowy Fundusz Zdrowia nie zapłaci za przywrócenie życia pacjentowi, jak za ratowanie życia w szpitalu. Do tego dochodzą nieszczęsne rozliczenia międzyokresowe.

Gdy pielęgnacja nie jest ratowaniem życia
ZPO jest maleńkim zakładem powstałym ze zlikwidowanego kiedyś szpitala kolejowego przy węźle PKP w Rozwadowie. Nie ma ambicji szpitalnych, ale jego twórcom udało się niezwykle trafnie wstrzelić w potrzeby środowiska. Lekarze, pielęgniarze i rehabilitanci przynoszą tu ulgę wszystkim, którym choroba nie daje zejść z łóżka. Pacjentami są głównie osoby nieuleczalnie chore, nad którymi opieka przekracza możliwości i umiejętności rodziny. Nie ma drugiej takiej placówki w kilku powiatach północy województwa. Choć na miejsce w ZP-O czeka 30 chętnych, Zakład musiał zamknąć 6 z 54. posiadanych łóżek.

– Stawki jednego tzw. osobodnia są niedoszacowane przez NFZ – mówi Małgorzata Stańczak, kierownik stalowowolskiego ZPO. – My z działalności rozliczani jesteśmy okresowo, natomiast od NFZ nie możemy się doprosić zapłaty za tzw. nadwykonania.

Za nadwykonania Fundusz zalega ZPO blisko 50 tys. zł, a kwota zadłużenia zakładu na koniec półrocza była większa o niespełna 10 tys. zł. Teraz oczywiście jest większa. Kierownik Małgorzata Stańczak o wstąpieniu na drogę sądową z NFZ nawet nie myśli. Diabeł tkwi w obowiązujących przepisach. Zakład opiekuńczy może wypisać pacjenta tylko wtedy, gdy znacząco poprawi się jego stan. Prawda jest taka, że do zakładów opiekuńczych trafiają pacjenci w bardzo ciężkim stanie, często wypisywani ze szpitali na prośbę rodzin. Powrót do jako takiej egzystencji trwa długo i jest kosztowny tak samo, jak przy leczeniu szpitalnym. Za łóżko zajmowane w szpitalu NFZ płaciłby dużo więcej; zakład opiekuńczy dostaje mniej. ZP-O w Stalowej Woli ratując się przed bankructwem zdecydował się na redukcję łóżek. – Nie mamy już innego wyjścia – rozkłada ręce szefowa zakładu.

Opieka paliatywna tylko dla bogatych
Od kilku lat w Stalowej Woli mówi się o budowie hospicjum, które przynajmniej częściowo załatwiłoby problem. Na razie radni miejscy tylko mówią, bo na samą budowę trzeba znaleźć 20 mln. zł. Inne samorządy nawet nie chcą o tym myśleć. Szpital w sąsiednim Nisku nosił się z zamiarem otwarcia oddziału paliatywnego. Dyrektor poprosił wszystkie gminy z powiatu o finansowe wsparcie tego zamiaru. Wsparcia nie dostał z żadnej gminy. Teraz Ministerstwo Zdrowia zaostrzyło przepisy dla oddziałów paliatywnych i niżańska lecznica ostatecznie zrezygnowała z zamiaru budowy nowego oddziału. A społeczeństwo się starzeje…

Jerzy Mielniczuk

Leave a Reply

Your email address will not be published.