
PGE STAL MIELEC – GKS BEŁCHATÓW. Mecze co trzy dni nie służą gospodarzom. Stalowcy grali wolno i zachowawczo.
Piłkarze Stali wychodzą na boisko przy dźwiękach „Welcome to the jungle” Guns N`Roses, lecz rywale z Bełchatowa wcale nie czuli się jak w miejscu pełnym dzikich zwierząt. Mielczanom najlepiej wychodziły podania do własnego bramkarza i kradzież minut. Byle dowieźć korzystny wynik.
Trener Artur Skowronek, odpowiadając po meczu na pytania dziennikarzy powiedział, że zwycięzców nie można sądzić. – Wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż jesteśmy w stanie lepiej funkcjonować. Ale dziś najważniejsze są punkty. Uzbieraliśmy ich już 19, wciąż jesteśmy w czubie tabeli – argumentował. Sęk w tym, iż z taką grą, w sobotę w Radomiu biało-niebiescy nie mają czego szukać. Rozpędzony beniaminek wygląda na mocniejszego od „Brunatnych” z Bełchatowa, którzy zresztą nie mogli odżałować, iż z Podkarpacia wyjadą na tarczy.
Balansowanie na linie
– Trochę tu niewygodnie, ale jakoś będziemy musieli sobie poradzić – zagaił trener gości Artur Derbin, zajmując miejsce za stołem konferencyjnym. – Naszej drużynie jest tak samo niewygodnie w dolnej części tabeli, ale dziś zaprezentowaliśmy się o niebo lepiej, niż przed tygodniem w Chojnicach. Graliśmy wyżej, odbieraliśmy piłki. I to wszystko z głównym kandydatem do awansu! Do pełni szczęścia zabrakło jedynie korzystnego wyniku – ubolewał.
Bełchatowianie, dla których był to prestiżowy pojedynek (w górniczym klubie nie mogą przeboleć, iż sponsor PGE łaskawszym okiem spogląda na Stal), w drugiej połowie uwięzili gospodarzy w hokejowym zamku. Najgroźniejszy był przebojowy, dobry technicznie Mateusz Marzec. Drugi najlepszy snajper ligi wielkiej krzywdy mielczanom jednak nie zrobił, jego koledzy również mieli problem z wykończeniem akcji. Kibice przy Solskiego drżeli jednak przy każdym stałym fragmencie wykonywanym przez GKS tudzież strzale z dalszej odległości. Złe ustawienie obrońców albo rykoszet mogły się dla Stali zakończyć tragicznie. To było jak balansowanie na linie rozwieszonej nad przepaścią.
Nie zawsze da się pięknie
O tyle to zaskakujące, iż biało-niebiescy bardzo szybko objęli prowadzenie (faul na Łukaszu Janoszce), a później stworzyli kilka niezłych okazji (Krystian Getinger z wolnego, Janoszka tuż obok słupka, Bartosz Nowak zatrzymany przez bramkarza). Jednak im dalej w las, tym Stal wyglądała mizerniej. Przestała doskakiwać do przeciwnika po stracie piłki, kłuła w oczy niechlujnymi podaniami. Najbardziej wymowne obrazki pojawiły się w końcówce, gdy Seweryn Kiełpin otrzymał żółtą kartkę za grę na czas, a Grzegorz Tomasiewicz został zmuszony przez sędziego, by przyspieszył swoje zejście z boiska. Miejscowi stawali na głowie, by zdeterminowanego rywala wybić z uderzenia. Nieustanne podania do własnego bramkarza, nawet z połowy przeciwnika, trenera Skowronka nie irytowały tak bardzo, jak fanów i dziennikarzy. – Czy każde takie zagranie jest złe? – odpowiadał – Może warto szukać przestrzeni, a nie kopnąć piłkę do przodu, byle kopnąć? Rozumiem kibiców. Płacą za bilety, więc oczekują płynnych akcji i mnóstwa bramek. My też chcemy grać pięknie, ale nie zawsze tak się da. W tej lidze nie ma łatwych przeciwników i GKS z pewnością do takich nie należał.
Chyba najbardziej niepokoiła forma fizyczna mielczan. A jak mówią ci, co na futbolu zjedli zęby: jak nie masz pary, daleko nie zajedziesz. Głowa by chciała, lecz nogi nie niosą. – Nie ma żadnego problemu fizycznego! – protestował szkoleniowiec Stali – Po prostu Bełchatów tydzień odpoczywał, a myśmy grali trzy dni temu. W dziewięć dni rozegraliśmy trzy mecze. Jestem przekonany, że znowu zrobiliśmy swoje 115 km, tylko zabrakło dynamiki. Niestety nie ma czasu na regenerację, bo grają ci sami zawodnicy. Lecz spokojnie. Odpoczniemy i wrócimy na właściwe tory – przekonywał Artur Skowronek.
PGE STAL 1
GKS BEŁCHATÓW 0
(1-0)
1-0 Nowak (5. – karny)
Tomasz Szeliga


