Co godzinę jechali na ratunek

W zależności od przyjętego kodu pilności, zespół ma na wyjazd dwie (kod K-2) albo jedną minutę (kod K-1), im wcześniej potem zajedzie na miejsce, tym lepiej dla chorego. Fot. Wit Hadło
W zależności od przyjętego kodu pilności, zespół ma na wyjazd dwie (kod K-2) albo jedną minutę (kod K-1), im wcześniej potem zajedzie na miejsce, tym lepiej dla chorego. Fot. Wit Hadło

PODKARPACIE. W tym roku ratownicy Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie wyjeżdżali na ratunek już 7865 razy.

– Średnio mamy 447 połączeń na dobę, z czego do wyjazdu kwalifikuje się 1/3. W sumie od początku stycznia na pomoc jechaliśmy już 7865 razy. W tym czasie do lekarzy podstawowej opieki przekazaliśmy ponad 2 tys. wezwań. Gdyby nie to, wyjazdów mielibyśmy więcej – mówi Łukasz Hudzik, ratownik medyczny i dyspozytor WSPR w Rzeszowie.

Ze statystyk wynika, że zdarzenia nagłe: stany zagrożenia życia i zdrowia (ostre zespoły wieńcowe, udary mózgu) i wypadki komunikacyjne to 23 proc. telefonów z wezwaniem na pomoc. Nagłe zachorowania: ból w klatce piersiowej, ból brzucha, urazy, itp. to kolejne 15 proc. 10 proc. telefonów kwalifikuje się do przekazania pacjenta do lekarza rodzinnego (objawy w żaden sposób nie zagrażają życiu, a pomoc może być udzielona przez lekarza rodzinnego, np. funkcjonującego w nocnej świątecznej pomocy medycznej), a 22 proc. to telefony głuche (tzw. kieszonkowe, włączające się w kieszeni), żartownisie lub osoby nudzące się, chcące „porozmawiać” (niektórzy „wielbiciele” potrafią zadzwonić nawet kilkadziesiąt razy dziennie mówiąc o rwaniu w nodze na zmianę pogody lub o kłótni politycznej obejrzanej w telewizji). – Na każdy głuchy telefon staramy się oddzwonić, w miarę możliwości zlokalizować go – mówi ratownik, ale to, niestety, zajmuje czas i być może blokuje dostęp osobie naprawdę potrzebującej pomocy.

Koloryzują objawy, żeby karetka na pewno przyjechała
Problemem jest często nierzetelna informacja przekazywana przez dzwoniących na numer ratunkowy. – Ktoś dramatycznie mówi o masywnym krwotoku z pękniętego żylaka, a po przyjeździe zespołu okazuje się, że żylak, owszem, krwawi, ale krwi jest tyle co z zacięcia przy goleniu. Wiem, co mówię, bo oprócz pracy na dyspozytorni jeżdżę także na zgłoszenia – mówi ratownik. I apeluje o rzetelne zgłaszanie zdarzeń. – Nie koloryzujmy, bo może się zdarzyć, że karetki rozdysponujemy do niegroźnych zdarzeń, a zabraknie jej dla naprawdę potrzebującego. Może to być nasza matka, mąż, czy siostra – dodaje.

Anna Moraniec

One Response to "Co godzinę jechali na ratunek"

Leave a Reply

Your email address will not be published.