Co się dzieje w polskich ośrodkach dla cudzoziemców?

Od lewej: dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka Marek Migdal, kierownik Kliniki Chirurgii Dzieciecej i Transplantacji Narządów Centrum Zdrowia Dziecka Piotr Kaliciński, Jaroslaw Kierkus z Kliniki Gastroenterologii, Hepatologii, Zaburzeń Odżywiania i Pediatrii Centrum Zdrowia Dziecka podczas konferencji prasowej dotyczącej stanu zdrowia afgańskich dzieci zatrutych grzybami. Fot. Jacek Marczewski/Agencja Gazeta

Mały Ali został wraz z rodziną ewakuowany z Afganistanu. Ma dopiero 5 lat, ale jego życie się kończy i, co najgorsze, nie można mu już pomóc. Chłopiec nie umiera od ran zadanych w ojczyźnie, ani z powodu przewlekłej choroby. Umiera, bo trujący grzyb zniszczył mu wątrobę  i centralny układ nerwowy. Jego brat poddany został przeszczepowi wątroby i być może przeżyje. Jak doszło do tego, że afgańska rodzina ewakuowana z ojczyzny do Polski zatruła się grzybami – będąc pod opieką polskich służb? Nikt nie umie tego racjonalnie wyjaśnić. Za to kilka dni po tej tragedii takim samym rodzajem grzybów w innym ośrodku dla cudzoziemców
w Polsce zatruli się następni Afgańczycy.  Też zebrali je na terenie ośrodka…

Jak donoszą ogólnopolskie media, ojciec małego Alego, Mihammad, w swej ojczyźnie współpracował blisko z brytyjską armią. Gdy władzę w Afganistanie przejęli talibowie, to właśnie brytyjska strona poprosiła Polskę o pomoc w ewakuacji swego współpracownika i jego rodziny. Do lecącego początkowo do Uzbekistanu samolotu wsiedli zatem Mihammad wraz z żoną i 5 ich dzieci, a także dwie siostry i dwóch braci oraz kuzyn brytyjskiego współpracownika. Razem 12 osób. Z Kabulu opanowanego przez talibów wylecieli samolotem wojskowym, z Uzbekistanu do Warszawy dolecieli już lotem cywilnym. Ich dom, dobytek, ojczyzna zostały daleko, i teraz należały do muzułmańskich fanatyków religijnych. Ale oni żyli i byli bezpieczni. To znaczy, tak się wydawało.
Pomimo że ewakuowane z Kabulu osoby poddawane były przed ewakuacją weryfikacji, także po przylocie na Okęcie Mihammad i jego rodzina byli przez 3 godziny sprawdzani przez polskie służby. Po pozytywnej weryfikacji przetransportowano ich do ośrodka dla cudzoziemców w Dębaku koło Podkowy Leśnej pod Warszawą.
Te informacje są dość ścisłe i nie budzą wątpliwości. Ale już kolejne są mniej jasne. Otóż, jak poinformował portal OKO.Press, w ośrodku miały panować fatalne warunki, a przebywający tam uchodźcy mieli otrzymywać tylko dwa posiłki dziennie. Taką wiadomość miał wysłać SMS-em Mihammad do Pauliny Olszanki, Australijki polskiego pochodzenia, dziennikarki freelancerki, a także wykładowczyni dziennikarstwa w warszawskim Collegium Civitas, która pomagała Mihammadowi i jego rodzinie. Tymczasem Polacy przejęci losem uchodźców z Afganistanu przekazywali dla nich artykuły spożywcze do ośrodków, gdzie ich skierowano…

Mieli pod dostatkiem jedzenia. Zwyczajnie lubią grzyby?

Teraz, gdy już doszło do tragedii, zarówno przedstawiciele naszych władz centralnych, jak i pracownicy ośrodków dla cudzoziemców zapewniają solennie, że nikt z przyjętych uchodźców nie głodował. Posiłki miały być 3, dostosowane do diety religijnej Afgańczyków, a prócz tego dostęp do świeżych owoców bez ograniczeń. Brzmi całkiem normalnie, jak na działające od wielu lat ośrodki usytuowane w środku Europy. Oświadczenie w tej sprawie wydał rzecznik Urzędu ds. Cudzoziemców, Jakub Dudziak: – W związku z artykułem opublikowanym na portalu OKO.Press, Urząd do Spraw Cudzoziemców informuje, że ewakuowani obywatele Afganistanu po przybyciu do Polski otrzymali obiad składający się z dwóch dań oraz suchy prowiant. Po zakwaterowaniu w ośrodkach dla cudzoziemców mają oni zapewnione trzy posiłki dziennie, składające się z urozmaiconych składników o odpowiedniej kaloryczności, m.in.: nabiału, mięsa, warzyw, owoców i napojów. Wyżywienie jest zgodne z normami kulturowymi i religijnymi. W przypadku jakichkolwiek problemów, mieszkańcy ośrodków mogą zawsze liczyć na pomoc pracowników placówek. Cudzoziemcom zapewniono także środki higieny osobistej, pomoc medyczną, psychologiczną oraz rzeczową (ubrania, zabawki dla dzieci itp.) – czytamy w oświadczeniu. Coś jednak sprawiło, że rodzina Mihammada poszła do zagajnika na terenie ośrodka na grzybobranie. Nie zrobili nic, czego nie było im wolno. Następnie z zebranych grzybów przygotowali zupę i zjedli ją, a po krótkim czasie kilkoro członków rodziny poczuło się źle, a personel ośrodka wezwał do nich pomoc medyczną.

Najbardziej trujący grzyb na świecie. 5- i 6- latka nie udało się uratować

Wkrótce okazało się, że sytuacja jest dramatyczna: uchodźcy zatruli się jadem muchomora zielonkawego potocznie zwanego sromotnikowym (łac. Amanita phalloides). Jest to najbardziej trujący grzyb na świecie, a jego trucizny nie eliminuje nawet długotrwała obróbka termiczna. Toksyn, które zawiera sromotnik, ludzki organizm nie jest w stanie rozłożyć. Powodują one spustoszenie w wątrobie, uszkadzają serce i nerki.
Najbardziej niebezpieczny jest sromotnik dla dzieci. Nie ma zatem zaskoczenia, że w najcięższym stanie znaleźli się dwaj synowie Mihammada, 5- i 6 -latek. Do Centrum Zdrowia Dziecka trafiła też 17-letnia siostra brytyjskiego współpracownika. Stan dziewczynki był jednak od początku o niebo lepszy niż jej bratanków.
Mali Afgańczycy walczyli o życie. Lekarze nie kryli, że szanse chłopców na przeżycie, a tym bardziej powrót do zdrowia, są znikome. Gdy jad sromotnika zniszczy komuś wątrobę, jedynym ratunkiem jest przeszczep. Na ten zabieg zdecydowano się wobec starszego z zatrutych chłopców, 6-latka. Dawczynią została jego siostra. Operacja się udała, ale niestety w czwartek (2 września) lekarze z CZD poinformowali, że wskutek porażenia centralnego układu nerwowego nie da się uratować 6-latka.
Jego brat, 5-letni Ali, już nie żyje. Jego nawet nie nie zakwalifikowano do przeszczepu. Chłopiec miał poważnie uszkodzony centralny układ nerwowy. Taki stan nazywa się potocznie śmiercią mózgową. Oznacza on, że mózg dziecka został poważnie uszkodzony i nie ma możliwości przywrócenia mu normalnych funkcji życiowych. – Jest prowadzona procedura stwierdzenia śmierci mózgu. Mamy potwierdzenie, że zmiany, które zaszły u chłopca, są nieodwracalne. Niestety, procedura wymaga powtórzenia testów – przekazali lekarze z CZD na konferencji prasowej we wtorek (31 sierpnia). W czwartek (2 września) formalnie stwierdzono zgon 5-latka.

Kolejne grzybobranie i kolejne zatrucia

Podczas gdy trwała ożywiona dyskusja na temat tego tragicznego zdarzenia, w kolejnym polskim ośrodku dla cudzoziemców, tym razem w Lininie w pobliżu Góry Kalwarii (mazowieckie), kolejnych czterech Afgańczyków zatruło się posiłkiem samodzielnie zrobionym z grzybów… zebranych na terenie ośrodka. Całe szczęście, że tu chodziło o dorosłych ludzi, którzy lepiej znieśli „spotkanie” ze sromotnikiem, choć jak donosi Polsat News, jeden z mężczyzn był w bardzo ciężkim stanie i przeszedł już przeszczep wątroby. Rzecznik Urzędu ds. Cudzoziemców i w tym przypadku zapewnił, że zakwaterowani w Lininie uchodźcy mają zapewnione trzy posiłki dziennie, w tym dwudaniowy obiad, „mają też dostęp do ciepłych napojów, a wyżywienie jest zgodne z normami kulturowymi i religijnymi”.
Nie ma zasadniczo powodu zakładać, że w polskich ośrodkach dla cudzoziemców nie zapewnia się uchodźcom z Afganistanu dostatecznej ilości jedzenia. Polska nie znajduje się w stanie kryzysu powodującego brak żywności, a tego rodzaju ośrodki są ostatnimi czasy wspomagane jej dostarczaniem przez różne organizacje charytatywne. Niepodobna też, by afgańskich uchodźców głodzono w ośrodkach systemowo celowo, nie dając im jeść więcej niż dwa razy dziennie. Jednak jest jakiś powód, dla którego ludzie będący po opieką polskich służb zbierają grzyby i gotują z nich posiłki!

Mieli być tu bezpieczni

Dominika Springer z fundacji HumanDoc powiedziała w Polsat News, że nie wiadomo, czy uchodźców skłoniło do zjedzenia grzybów niewystarczające wyżywienie. – Nie potrafię stwierdzić, czy takie sytuacje wynikają z braku wyżywienia w placówkach. Obcokrajowcy, z którymi mamy kontakt, nie narzekają na jedzenie. Myślę, że wynika to z różnic kulturowych, jak i braku wsparcia adaptacyjnego – powiedziała w Polsat News członkini zarządu fundacji HumanDoc. – Ci ludzie trafili do miejsca, w którym czują się bezpiecznie. – Nie podejrzewają więc, że coś na terenie ośrodka może im zagrażać. Niewykluczone, że zabrakło informacji, co w Polsce jest szkodliwe, a co nie – zauważyła. No właśnie… Wielu komentatorów mówi o tym, że w ośrodkach brakuje personelu, w tym tłumaczy (!), zatem przekazanie przebywającym w nich informacji o ewentualnych zagrożeniach może być utrudnione. – Tłumaczy nie mają w ośrodkach dla cudzoziemców? – dziwi się nasz Czytelnik. – Toż to jakaś kpina! Brytyjski współpracownik na pewno mówi po angielsku. A jeśli nie, to jaki to problem wziąć tłumacza języka, którym posługują się Afgańczycy i niech napisze, albo nagra informację o zagrożeniach. Potem się to przekazuje do ośrodków. A poza tym, ludzie, skoro macie na swoim terenie uchodźców, z którymi nawet porozumieć się nie potraficie i „zagony” muchomora sromotnikowego, to może by pomyśleć i pozbyć się tych grzybów, a nie czekać, aż następni się potrują – podsumowuje. Co racja, to racja – zaistniałe sytuacje to kompromitacja polskich służb i polskiego państwa. Kompromitacja, za którą zdrowiem i życiem płacą ludzie i to tacy, którzy mieli u nas znaleźć schronienie i bezpieczeństwo.

Monika Kamińska

26 Responses to "Co się dzieje w polskich ośrodkach dla cudzoziemców?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.