Co się stało z Brunonem K.?

Parę miesięcy temu, podobnie jak miliony Polaków, zelektryzowała mnie wiadomość, że niejaki Brunon K., pracownik naukowy z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, planował wysadzić w powietrze Sejm. Rzekomy zamachowiec planował również okaleczenie najważniejszych osób w państwie – prezydenta i premiera. Zamachu ponoć miał dokonać, gdy w Sejmie będzie odbywała się debata budżetowa.

Spece z ABW i innych trójliterowych organizacji szybko ustalili, że naukowiec z Krakowa zgromadził tony materiałów wybuchowych. Media przez wiele tygodni żyły tematem. Na ekranach telewizorów co kilka godzin pojawiały się obrazy eksplozji bomb. Zgroza! Facet z Krakowa mógł pozabijać setki ludzi. I nic już nie było ważne. Nagle zniknęły złodziejskie afery Amber Gold i Elewarr. Mieliśmy swojego terrorystę numer jeden. Ale czy zagrożenie było realne czy sprytnie nam to wmówiono?

Sprawa “polskiego Bin Ladena” pojawiła się nagle i nagle zniknęła. I dopiero w niedzielę popijając kawę usłyszałem w radiu stary przebój Perfectu “Co się stało z Magdą K.?” I dopiero w niedzielę zadałem sobie pytanie: co się stało z Brunonem K.? Czy to groźny terrorysta? A może tylko samotny, sfrustrowany człowiek, który nie ma komu opowiedzieć, że ma dość polityków. A tak z ręką na sercu – kto z nas nie ma dość? Tylko ludzie przestali ze sobą o tym rozmawiać.

Bo w obecnej dobie, gdy świat można oblecieć w 24 godziny, gdy największe muzea można zwiedzić w Internecie, gdy poczta mailowa dochodzi w ułamku sekundy, a telefon nosimy w kieszeni – zapomnieliśmy języka w gębie.

W pracy dziki pośpiech: żeby zdążyć, żeby nie wylecieć, żeby być najlepszym, żeby się wykazać, żeby zarobić…

W domu pośpiech i szybkie komendy: wyrzuć śmieci, odbierz dziecko, kran cieknie, wyprowadź psa, samochód znów nawalił, zapłać rachunki…

A gdzie my? Gdzie czas na chwilę ciszy tylko dla siebie? Z kim pogadać o własnych przemyśleniach i rozterkach? Z szefem? Zapyta, czy nie mamy nic do roboty. Z kolegami z pracy? Mogą wyśmiać. Z żoną? Za chwileczkę, muszę teraz paznokcie pomalować…

Więc niech się Państwo nie dziwią, że ludzie siadają do komputera i samotnie piszą to, co pomyśli głowa. Przy własnym biureczku, w wygodnym fotelu i ciepłych kapciach można przestać grać. Można być wreszcie sobą. Można przyznać się do słabości, można wyżalić się na złośliwy los, ośmieszyć teściową, bezsilnie wyśmiać okrucieństwo i głupotę polityków. Można też napisać “weźcie siekiery i widły i idźcie pod Sejm” – bo tak ponoć pisał w sieci Brunon K.

I takim samotnym i bezsilnym człowiekiem na mój nos był pracownik naukowy z Krakowa. Wyrzucił z siebie co mu na wątrobie leży, a agenci specjalni okrzyknęli go terrorystą. Odtrąbili sukces i zameldowali Polsce, iż dzięki wspaniałej pracy operacyjnej udaremnili próbę zamachu na najważniejsze władze państwowe. Choć zapewne wkrótce się okaże, że Brunon K. nie miał ani możliwości, ani zamiaru wyprodukowania bomby. Tylko jak się wtedy ABW do klapy przyzna? Premier Donald znów będzie zły, tak jak był zły przy aferach w Elewarze i Amber Gold, gdzie ABW spaprała robotę. I na koniec, to co mnie przeraża najbardziej. Jeśli specsłużby będą potrzebowały sukcesu, to każdy z nas może stać się Brunonem K. lub Magdą K. I o 6 rano nas obudzą.

PS Do oficera dyżurnego ABW – jak będzie Pan wysyłał do mnie specgrupę, to poproszę wizytę po godz. 8. Wskazówki dodatkowe – mieszkam na parterze, nade mną głuchoniema pani, nie używać granatów hukowych. Nie posiadam broni, nie będę stawiał oporu i nie postrzelę się przypadkowo w serce podczas szamotaniny.
Do zobaczenia.

MARIUSZ WŁOCH

7 Responses to "Co się stało z Brunonem K.?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.