
RZESZÓW. LUBLIN. – Do aktu oskarżenia jeszcze daleko – wymsknęło się rzecznikowi Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie.
Mija 3 miesiące od dnia, w którym były marszałek Podkarpacia Mirosław Karapyta usłyszał w lubelskiej prokuraturze 7 zarzutów korupcyjnych. Odwołany ze stanowiska został dopiero pod koniec maja i od tej pory jest szeregowym, bezpartyjnym radnym. Nie pojawia się jednak na sesjach sejmiku, znikając całkowicie z przestrzeni publicznej. Tymczasem śledztwo w jego sprawie wciąż trwa.
Karapyta oficjalnie przebywa na zwolnieniu lekarskim, na które przeszedł jeszcze przed odwołaniem go przez Sejmik. Dzięki temu wciąż pobiera 80 proc. marszałkowskiej pensji, czyli 10,4 tys. zł. To na pewno znacznie ułatwia mu spłatę kredytu w wysokości 100 tys. franków szwajcarskich, za które ponoć postawił swój piękny, liczący 182 mkw. dom pod Lubaczowem.
Nie wiadomo kiedy L4 byłego marszałka się skończy, bo były polityk PSL-u nie rozmawia już z dziennikarzami. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zamierza wrócić do pracy na Uniwersytecie Rzeszowskim, gdzie prowadził seminaria licencjackie oraz wykłady z socjologii sztuki. Tyle że tutaj pensja dr Karapyty nie będzie już taka tłusta – zaledwie 2,2 tys. zł.
Przypomnijmy, że w kwietniu br. Prokuratura Apelacyjna w Lublinie zarzuciła mu m.in. przyjęcie od podkarpackiego przedsiębiorcy Zbigniewa S. 30 tys. zł łapówki za szybkie przelanie dwóch transz unijnych pieniędzy, płatną protekcję, powoływanie się na wpływy w instytucjach samorządowych i państwowych, a także oferowanie pracy w zamian za seks. Wszystkie dotyczą lat 2011-2012, a byłemu marszałkowi grozi za nie nawet 10 lat pozbawienia wolności. – Jestem niewinny i przekonany, że sąd uwolni mnie od wszystkich zarzutów – komentował wówczas marszałek, a całą aferą przez kilka tygodni, ze szkodą dla wizerunku Podkarpacia, żyła cała Polska.
Po przejęciu władzy w województwie przez PiS sprawa Karapyty znacznie ucichła, chociaż prokuratorzy w Lublinie wcale śledztwa nie zakończyli ani nie przerwali. – Postępowanie się toczy, ale do aktu oskarżenia… to znaczy do decyzji kończącej postępowanie jeszcze daleko – zdradził nam chyba nieco więcej niż chciał prokurator Andrzej Jeżyński, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie. Czy to oznacza, że postawione już zarzuty się potwierdzają? – Nie mogę udzielić zero-jedynkowej odpowiedzi na to pytanie, ale ocena dowodów nie uległa zmianie – odpowiada.
Dotychczasowe śledztwo, jak informuje nas Jeżyński, nie przyniosło ani nowych zarzutów, ani nowych podejrzanych (poza Karapytą są nimi również dwaj podkarpaccy przedsiębiorcy – Stanisław T. oraz Zbigniew S.). Zostało jednak przedłużone o pół roku – do stycznia 2014 roku. Czy ktoś lub coś je utrudnia? – W tej chwili nie mamy żadnych informacji o jakichś utrudnieniach postępowania, czyli zacierania śladów, ale cały czas ta sytuacja jest monitorowana – mówi rzecznik prokuratury.
Jedynym środkiem zapobiegawczym wobec Karapyty, na co narzekali CBA i prokuratura, jest poręczenie majątkowe w wysokości 60 tys. zł. Nie oznacza to jednak, że były marszałek jest całkowicie wolny. Ma bowiem obowiązek stawić się na każde wezwanie śledczych, a także obowiązek ich informowania o zmianie miejsca pobytu trwającego dłużej niż 7 dni, zarówno w kraju jak i zagranicą. Wycieczki i podróże zagraniczne nie są już zatem dla niego takie proste, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Czy to se uz ne vrati?
Arkadiusz Rogowski



9 Responses to "Co słychać u byłego marszałka Karapyty?"