
Po szczęśliwym odnalezieniu chorego chłopca na jaw wyszły nowe, wstrząsające okoliczności.
– Mówię: „Tu Danielku siedź na ławce, a ja idę do sklepu”– opowiada pani Stanisława, babcia 12-letniego chłopca, wskazując miejsce za domem. – Dałam mu jeszcze lizaka. Gdybym wiedziała, że jak przyjdę, to go już nie będzie, wzięłabym go ze sobą… Poszukiwania Daniela trwały dwa dni. Gdy odnaleziono go wyziębionego w lesie, sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Na drugi dzień ojciec chłopca trafił do aresztu, matka, Daniel i jedna z jego sióstr do szpitali, a ośmioro pozostałego rodzeństwa do placówki opiekuńczej.
Jedziemy do Izdebek, niewielkiej wsi w powiecie brzozowskim. Nie mamy problemu, by trafić do domu rodziny S. Tutaj wszyscy żyją historią zaginięcia i szczęśliwego odnalezienia 12-latka. Podążamy we wskazanym kierunku. Murowany, nieotynkowany dom stoi na wzniesieniu pod lasem. Jest zaniedbany, a na podwórzu mnóstwo rupieci. Wiedzie do niego stroma kamienna dróżka. – Tam nikogo nie ma – mówi schodząca od strony domu kobieta. Jak się okazuje – mieszkająca nieopodal sąsiadka rodziny S., która dokarmia ich niewielkiego rudego kundelka o imieniu Misiek. To dzięki niemu Daniel został w ogóle odnaleziony.
Pytamy ją rodziców Daniela. – Ona, taka skryta bardziej, przepracowana przy dziesiątce dzieci, on przeciwnie, gadatliwy, czasem aż za bardzo – mówi o Joannie i młodszym od niej o 6 lat 37-letnim Krzysztofie. Z tego, co dowiedzieliśmy się później od miejscowych, są małżeństwem z 12-letnim stażem, oboje raczej niezbyt zaradni życiowo. Krzysztof nie miał stałej pracy, Joanna natomiast wystarczająco dużo obowiązków przy dzieciach. Utrzymywali się z 500+ i zasiłków. Doczekali się 10 dzieci: 6 córek i 4 synów. Najstarszy – Daniel – jest leczony neurologicznie, ma problemy z komunikowaniem się, najmłodsze dziecko nie ma jeszcze dwóch lat. Jedna z dziewczynek nie mówi i nie słyszy.
– Tam, na górce, po drugiej stronie drogi, mieszka jej matka, możecie ją zapytać – proponuje sąsiadka. Idziemy do domu babci Daniela, a po drodze okazuje się, że zarówno nasza rozmówczyni, jak i jej mąż też poszukiwali 12-latka. Było to we wtorek, 13 listopada. – Mąż wracał akurat ze spaceru z psem i spotkał Joannę na drodze. Robiło się już ciemno – opowiada kobieta. – Ona, a znamy się przecież, ani dobry wieczór nie powiedziała, ani nic, to mąż zapytał „Aśka, co ty tak szukasz, co tak chodzisz, stało się coś?”. A ona mu na to, że Daniel zaginął. Mąż poszedł do nich do domu i powiedział do Krzyśka, że trzeba na policję dzwonić. Zadzwonili i zaczęli się zjeżać policjanci i strażacy.a
1000 osób szukało chłopca
W tym czasie dochodzimy już do domu pani Stanisławy, matki Joanny. Starsza kobieta stoi na podwórzu. To właśnie do niej tamtego feralnego dnia przyszedł po lekcjach Daniel. – Ciepło jeszcze było i niedaleko do domu, to ubrany był tylko w sweterek i klapki – opowiada pani Stanisława. – Został przed domem, a ja poszłam na chwilę do sklepu. Wracam, a Danielka nie ma. Gdybym wiedziała, że tak się stanie, przecież bym wzięła go ze sobą. Niedługo po tym przyszła Asia, zapytać o Danielka: „Mamo, czegoś go nie odprowadziła do mnie?!”. A mnie przecież do głowy nie przyszło, że gdzieś pójdzie…
Ruszyły poszukiwania. W akcję włączyło się niemal 1000 osób: policjanci, strażacy, strażnicy graniczni, GOPR-owcy, STORAT z psami, wojsko z Obrony Terytorialnej i mieszkańcy Izdebek. Szukali go pieszo, na quadach, śmigłowcem i przy użyciu drona z kamerą noktowizyjną. Trzeba było się spieszyć. Noce były zimne, prognozowano przymrozki, a chłopiec byłe leciutko ubrany, jego organizm mógł tego nie wytrzymać. W czwartek, po dwóch dniach całodziennych i całonocnych poszukiwań, chłopiec szczęśliwie został odnaleziony przez goprowców. Siedział w lesie, przy strumieniu, 5 km. od domu. Na jego trop naprowadził ich mieszkaniec Izdebek. – Taki sąsiad, grzybiarz co mieszka z pół kilometra stąd – mówi pani Stanisława. – Prosili go, żeby pomógł szukać, bo lasy zna, więc poszedł. I natknął się na Miśka, który go obszczekał. Skojarzył psa i poszedł do goprowców, a oni mieli psa tropiącego. Spuścili go i znalazł Danielka. Był boso, bo po drodze zgubił klapki.
Chłopiec (który, jak się okazuje, nie pierwszy raz zaginął) – mocno wyziębiony, ale cały i zdrowy, został przetransportowany śmigłowcem do szpitala w Rzeszowie. I choć wydawało się, że to koniec tej dramatycznej historii, kolejnego dnia na światło dzienne wyszły nowe wstrząsające fakty.
Zarzut wykorzystania seksualnego córki
Pojawiły się podejrzenia, że jedno z dzieci Joanny i Krzysztofa – najprawdopodobniej kilkuletnia dziewczynka mogła być wykorzystana seksualnie przez ojca. W piątek rano do rodziny S. przyszli policjanci. Krzysztof został zatrzymany i postawiono mu zarzut dopuszczenia się innej czynności seksualnej wobec dziecka. Rodzeństwo Daniela trafiło do placówki opiekuńczej w Sanoku, a dziewczynka, co do której istniało podejrzenie, że mogła zostać skrzywdzona, do szpitala w Brzozowie. Do lecznicy trafiła też Joanna, która widząc, jak odbierają jej dzieci, zemdlała… Przy pustym domu pozostał tylko dzielny Misiek.
Taki obrót spraw jest szokiem dla matki Joanny i jej siostry Agnieszki. – Ja nigdy nic nie słyszałam, żeby coś się u nich złego działo, żeby któreś z dzieci było krzywdzone. Córka się nigdy nie żaliła na zięcia, a przecież chodziłam często do niej pomagać przy dzieciach, coś bym zauważyła – mówi pani Stanisława.
W podejrzenia względem Krzysztofa nie wierzy też pani Agnieszka, choć jak przyznaje, nie ma o szwagrze zbyt dobrego zdania i mu nie ufa. Pytana dlaczego, chce zostawić to dla siebie. – Jedyne, na co żaliła się siostra, to zmęczenie. Nieraz mówiła, że jak się kładzie, nie wie jak nogi położyć tak ją bolą – mówi. – Ale w to, co mówią o Krzyśku ani ja, ani mąż nie wierzymy – dodaje spiesząc się do pracy.
– Dzieci na różne godziny chodziły do szkoły, jak Asia odprowadzała jedne, to z pozostałymi zostawał Krzysiek, no bo kto miał z nimi zostać – tłumaczy pani Stanisława. – No, ale nie chce mi się wierzyć, żeby skrzywdził któreś. Danielek wyszedł w środę ze szpitala i jest w Sanoku w placówce opiekuńczej razem z pozostałymi wnukami. Tak mi powiedziała pani z opieki. A wnuczkę nie wiem, czy już ze szpitala w Brzozowie wypuścili i co z Asią… – i kończy rozmowę: – Ja naprawdę nic tam u nich złego nie widziałam.
Nikt nic nie widział…
Najbliżsi, nie zauważyli w funkcjonowaniu rodziny niczego niepokojącego, ale nad małżonkami i ich dziećmi pieczę sprawowały też instytucje państwowe. – Ta rodzina była przez nas monitorowana od 2014 r. od kiedy sąd ograniczył państwu S. władzę rodzicielską (wobec siedmiorga dzieci, trójki najmłodszych jeszcze nie było na świecie – dop. red.). – mówi Monika Dereń, oficer prasowy brzozowskiej policji. – Zostało to uczynione na wniosek policji z uwagi na to, że w 2014 r. ten sam chłopiec był dwukrotnie poszukiwany przez policjantów. Pojawiły się wtedy wątpliwości co do należytego sprawowania opieki nad dziećmi przez rodziców. Policja skierowała do sądu wniosek o wgląd w sytuację rodzinną, w efekcie czego sąd ograniczył im władzę rodzicielską przez nadzór kuratora. Raz na kwartał pojawiała się u nich dzielnicowa.
– Miała jakieś zastrzeżenia czy uwagi? – dopytujemy. – Dotyczyły jedynie nieładu panującego w domu i miała też wątpliwości co do czystości dzieci – przyznaje Monika Dereń. – Te wszystkie spostrzeżenia były zgłaszane asystentowi rodziny, który był ustalony w GOPSIE w Nozdrzu.
Z takim samym pytaniem zwracamy się więc do kierowniczki Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Nozdrzcu. – Ta rodzina jest znana naszemu ośrodkowi od kilku lat – mówi Anna Jarema. – Był tam prowadzony szeroki zakres działań, na ten moment wszystkie ustalenia przekazujemy organowi ścigania i naszemu nadzorowi. Nic więcej nie możemy powiedzieć.
A co na to kurator sądowy? – Ze strony kuratora były informacje dotyczące trudności wychowawczych ze strony małżonków, jednak nie było żadnych informacji świadczących o tym, że może dochodzić w tej rodzinie do czynów o charakterze przestępczym – mówi sędzia Artur Lipiński, rzecznik Sądu Okręgowego w Krośnie.
Teraz działaniom tych instytucji przyglądają się śledczy. – W ramach prowadzonego postępowania biorąc pod uwagę, że jest to rodzina wielodzietna, objęta pomocą instytucji państwowych i samorządowych badamy, czy czynności tych organów były wykonywane prawidłowo i czy nie doszło do żadnych uchybień – mówi prok. Marcin Bobola z prowadzącej sprawę prokuratury w Brzozowie. – Jednym słowem, czy ta pomoc ze strony państwa była realizowana…
Katarzyna Szczyrek



3 Responses to "Co wydarzyło się w rodzinie Danielka?"