Co wydarzyło się w zakładzie karnym w Bieszczadach?

Zdjęcie ilustracyjne. Ze względu na charakter zdarzenia, prokurator i przedstawiciele służby więziennej nie podają żadnych informacji na temat uczestników zdarzenia oraz jednostki, w której te osoby pracują. Fot. Wit Hadło

BIESZCZADY. Do momentu zakończenia czynności, prowadzonych przez prokuraturę, oskarżony funkcjonariusz będzie pełnił obowiązki na dotychczas zajmowanym stanowisku.

Na prośbę poszkodowanej kobiety, celowo nie informujemy, w którym zakładzie karnym miał miejsce jej dramat. Pani Joanna (imię zostało zmienione) pracuje w nim od lipca 2018 r. Jest etatowym pracownikiem, mianowanym na funkcjonariusza służby więziennej, mającym kontakt z osadzonymi.

Pani Joanna nie chce zdradzać, jaka jest jej profesja i czym dokładnie zajmuje się w zakładzie, bo takie informacje umożliwią jej identyfikację, a tego chce uniknąć. – Po tym, jak sprawa wyszła na jaw pod moim adresem padło wiele negatywnych komentarzy, często bardzo absurdalnych. Próbowano uwikłać mnie w jakiś układ polityczny, ktoś inny zarzucił mi działanie z premedytacją, że oskarżenie miało być moją trampoliną do kariery… Te wszystkie komentarze i plotki bardzo mnie dotknęły i przybiły. Minęło sporo czasu, a ja dopiero teraz odzyskuję względny spokój. Trochę obawiam się ponownych ataków, ale uważam, że trzeba doprowadzić sprawę do końca – mówi pani Joanna.

Co zaszło w gabinecie?

Wszystko zaczęło się w 2018 r., kiedy pani Joanna i oskarżony zaczęli razem pracować. – Przez kilka tygodni dzieliliśmy jedno biuro – wspomina pani Joanna. Mężczyzna nie był zatrudniony na stałe w zakładzie, w którym pracuje pani Joanna, a jedynie oddelegowany tam do pracy ze swojej macierzystej jednostki. – Bardzo szybko pojawiły się nieprawidłowe zachowania, w naszej nomenklaturze nazywają to „zachowania niezgodne z etyką funkcjonariusza”. Były to m.in. nieodpowiednie komentarze, zdrobnienia, żarty o tematyce seksualnej – wylicza pani Joanna. Do zachowania, które teraz jest przedmiotem prokuratorskiego śledztwa doszło w pracy podczas pełnienia przez oboje służby. Pani Joanna nie zdradza szczegółów, co dokładnie wydarzyło się w gabinecie, w którym wspólnie pracowali. – Trwa śledztwo, nie mogę zdradzać szczegółów – tłumaczy. Jednocześnie informuje, że mężczyzna miał co najmniej naruszyć jej nietykalność cielesną i składać propozycje o seksualnym charakterze. – Nie reagował na moje sprzeciwy, traktował wszystko jako żart – dodaje. Bezpośrednich świadków zdarzenia jednak nie było, bowiem w gabinecie nie ma monitoringu. Jeszcze tego samego dnia o zdarzeniu poinformowała swojego przełożonego. W kolejnych dniach o sprawie poinformowała następnych przełożonych. – Wszyscy byli zaskoczeni moją relacją, większość z nich próbowała mnie wesprzeć, zapewnić, że sprawą się zajmą, jednocześnie tłumaczyli, że ten pan ma taki sposób bycia. Zresztą podczas rozmowy z kierownictwem stwierdził, że tylko sobie żartował – relacjonuje pani Joanna.

Różnie reagowali także współpracownicy. – Jedni mnie wspierali i wspierają do dziś, inni mnie oczerniają. Uważają, że „podkablowałam”, i że nic się nie stało, bo takie zachowania w służbie są dosyć powszechne – opowiada pani Joanna, która po ponad tygodniu od zajścia zdecydowała się złożyć pisemne zawiadomienie na temat tego, co wydarzyło się w gabinecie. – Opisałam dokładnie sytuację oraz stosunek tego pana do mojej osoby. Dyrektor zakładu karnego, w którym pracuję, zdecydował wnieść sprawę do prokuratury, a na miejscu pracowały cztery komisje, które prowadziły wewnętrzne postępowania – relacjonuje pani Joanna.

Komisja potwierdziła nieprawidłowości

Zawiadomienie o nieprawidłowościach, do jakich miało dojść w zakładzie karnym, w czerwcu 2019 r. trafiło do Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Rzeszowie i jak informował wówczas Jarosław Wójtowicz, rzecznik prasowy dyrektora OSW w Rzeszowie, zostało zakwalifikowane jako „zachowania funkcjonariusza, które może uznać za zachowanie niezgodne z zasadami zachowania służbowego oraz z etyką zawodową”. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, została powołana komisja do spraw relacji w środowisku służby i pracy, która po zbadaniu zgłoszenia potwierdziła, że ze strony funkcjonariusza faktycznie doszło do „zachowania niezgodnego z zasadami zachowania służbowego i etyką zawodową”. – Przygotowując wniosek, komisja opierała się na wyjaśnieniach składanych przez obie strony. Na podstawie ustaleń potwierdziła, że mężczyzna swoim zachowaniem naruszył zasady etyki zawodowej i zachowania służbowego – informuje Jarosław Wójtowicz, rzecznik prasowy dyrektora okręgowego Służby Więziennej w Rzeszowie. Jak zaznacza, ze względu na charakter sprawy i jej niejednoznaczność, rekomendowała dyrektorowi Okręgowej Służby Więziennej w Rzeszowie skierowanie sprawy do dalszego wyjaśnienia.

Dyrektor zakładu, w którym zatrudniony jest funkcjonariusz, zgodnie z rekomendacją i procedurami, wszczął wobec niego postępowanie dyscyplinarne, jednak ze względu na brak możliwości rozstrzygnięcia o jego winie bądź niewinności, zawiesił je do czasu zakończenia śledztwa i postępowania, które prowadzi sanocka prokuratura. – W służbie więziennej bardzo poważnie podchodzimy do każdego przypadku łamania prawa przez naszych funkcjonariuszy. Zawsze w sposób stanowczy, lecz zgodny z obowiązującym prawem, postępujemy z takimi osobami. Jakiekolwiek oskarżenia w stosunku do jednej osoby rzutują bowiem na innych funkcjonariuszy. Dlatego to nam najbardziej zależy na wyjaśnieniu sprawy – podkreśla major Wójtowicz. W przypadku potwierdzenia nieprawidłowości, konsekwencje dla takiej osoby są zależne od charakteru czynu i mogą sięgać aż do dyscyplinarnego wydalenia ze służby. Do momentu zakończenia czynności prowadzonych przez prokuraturę, funkcjonariusz będzie pełnił obowiązki na dotychczas zajmowanym stanowisku. Z panią Joanną już nie pracuje, w pracy ma jednak nadal kontakt z innymi kobietami. Aktualnie pełni służbę w macierzystej jednostce.

Prokuratura postawiła zarzuty

Śledztwo w sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Sanoku. Zostało wszczęte na wniosek pani Joanny z artykułu 197 paragraf 2 Kodeksu Karnego w związku z podejrzeniem popełnienia tzw. innej czynności seksualnej. W grudniu ubiegłego roku funkcjonariusz usłyszał zarzuty. – Podejrzanemu przedstawiono zarzut, ale jego czynu nie zakwalifikowano z jakiekolwiek artykułu wskazanego przez ustawodawcę w katalogu przestępstw przeciwko tak zwanej wolności seksualnej – wyjaśnia Izabela Jurkowska-Hanus, szefowa Prokuratury Rejonowej w Sanoku. Prokuratura nie ujawnia kwalifikacji prawnej czynu, z jakiego podejrzanemu przedstawiono zarzut. Zasłania się dobrem śledztwa. Nie udziela też żadnych informacji w sprawie. – Tego rodzaju lakoniczność informacji służy wyłącznie celom postępowania, wskazanych w artykule drugim i 279. procedury karnej, które mówią o uwzględnieniu prawnie chronionych interesów pokrzywdzonego, a do czego prokuratura zobligowana jest zarówno w śledztwie, w którym podejrzanemu przedstawiono zarzut, jak i w dochodzeniu dotyczącym podejrzenia fałszywego oskarżenia, czyli czynu z artykułu 234 Kodeksu Karnego – informuje szefowa sanockiej prokuratury.

Prokurator nie wyklucza postawienia podejrzanemu kolejnych zarzutów. – Do czasu prawomocnego zakończenia postępowania przygotowawczego, czyli wydania w tej sprawie decyzji merytorycznej, prokuratura niczego wykluczyć nie może. Jednak materiał dowodowy zebrany dotychczas nie wskazuje na to, aby w tym śledztwie zostały tej osobie postawione inne zarzuty – informuje prokurator. Natomiast dochodzenie, o którym wspomina prokurator Hanus dotyczy składania fałszywych oskarżeń i zostało wszczęte przeciwko pani Joannie na wniosek funkcjonariusza, który miał dopuścić się wobec niej nieprawidłowości. – Spodziewałam się takiego ruchu – przyznaje pani Joanna. – Decydując się na zeznania wiedziałam, że mogę spodziewać się podważania mojej wiarygodności – dodaje. W obu wątkach sprawy trwają dalsze czynności śledcze. Prokuratura nie ujawnia szczegółowych informacji. Szefowa sanockiej prokuratury informuje, że zrobi to dopiero po zakończeniu obu spraw.

Pani Joanna przyznaje, że jest zdeterminowana, aby sprawę doprowadzić do końca. – To co się wydarzyło miało ogromny wpływ na moje życie, zarówno zawodowe, jak i prywatne. Odbiło się nie tylko na atmosferze i relacji z ludźmi za murami, ale także na przebiegu mojej służby – przyznaje funkcjonariuszka.

Śledztwo w sprawie cały czas trwa. Jak długo? Na to pytanie szefowa sanockiej prokuratury nie umiała nam odpowiedzieć. – Chcę, aby to się już skończyło. Ta cała sprawa kosztuje wiele psychicznie mnie i moją rodzinę. Na szczęście mogę liczyć na ich wsparcie, choć przyznam szczerze, że namawiają mnie, na rezygnację ze służby. Wiedzą, ile kosztuje mnie każdy dzień za murami. Chcę jednak doprowadzić sprawę do końca. Nie dam się zastraszyć, będę walczyć i mam nadzieję na sprawiedliwy wyrok – kończy pani Joanna.

Martyna Sokołowska

2 Responses to "Co wydarzyło się w zakładzie karnym w Bieszczadach?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.