
O tym, że w Polsce najczęściej umieramy na choroby serca, mówi się „od zawsze”. Od 18 miesięcy w kraju i nie tylko, głównym tematem jednak jest śmiertelność z powodu COVID-19. Od kilkunastu miesięcy poznajemy więc codzienną liczbę nowo zakażonych koronawirusem i śmiertelnych zejść z powodu powikłań zakażenia. Szczerze? Nie chce się tego już słuchać i mało mnie dziwi, że ludzie przestali się bać tej choroby. Bo co znaczy 6 czy nawet 40 osób zmarłych z powodu COVID-19, oczywiście również z powodu chorób współistniejących? Nic. Nic, w stosunku do zmarłych z innych powodów. Przyznają to także lekarze. Dr Michał Sutkowski, rzecznik Porozumienia Zielonogórskiego zrzeszającego lekarzy rodzinnych powiedział, że: „Koronawirus odbiera pacjentom chorym na inne choroby szansę na leczenie, ponieważ lekarze są przesuwani na front walki z koronawirusem. 1 października na COVID-19 zmarło sześć osób, a 70 osób umarło na raka płuc, 34 na raka jelita grubego i blisko 500 osób zmarło z powodu chorób serca – zawałów, udarów i chorób sercowo-naczyniowych”. To znaczy jedno: z powodu koronawirusa „narósł dług zdrowotny”. Poza tym z powodu koronawirusa zmniejszyła się nasza naturalna odporność organizmu, która chroni nas przed różnymi chorobami. Według prof. Piotra Kuny, specjalisty w dziedzinie chorób wewnętrznych i alergologii, „mamy coraz gorszą odporność, bo podczas pandemii używaliśmy różnego rodzaju środków dezynfekcyjnych. Preparaty te zabijają zarówno szkodliwe, jak i nieszkodliwe mikroorganizmy dla naszego organizmu. Niszczą nabłonek dróg oddechowych, dlatego wirusy mogą tam łatwiej wniknąć. Co więcej, uszkadzają nos, gardło”. „Zachowanie odstępu między ludźmi czy ograniczenie kontaktu przyczyniły się do zmniejszenia liczby zakażeń. Oznacza to, że nasz układ odpornościowy przestał ćwiczyć, osłabł. W konsekwencji nie jest on w stanie bronić się przed infekcjami. Co więcej, brak aktywności fizycznej, otyłość, nadwaga, lęk, choroby psychiczne (np. depresja), poczucie samotności także negatywnie wpłynęły na układ immunologiczny”. Profesor podkreśla, że „obecnie przeżywamy armagedon z powodu olbrzymiej liczby pacjentów, u których zdiagnozowano wirusy: grypy, paragrypy, rinowirusy. Od przynajmniej 20 lat nie widziałem tak dużo zainfekowanych osób. Choć szczepimy się, to nadal się zakażamy. Poziom odporności nie jest wystarczający, a przecież sprawny układ immunologiczny radzi sobie nawet z komórkami nowotworowymi”. I już jesteśmy u celu. Koronawirus to nie jedyna choroba. Tylko w 2020 r. – z powodu COVID-19 – zanotowaliśmy w Polsce rekordowy 17-procentowy wzrost zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych. Nic w tym dziwnego, skoro tylko od października do grudnia zeszłego roku NFZ zarejestrował niemal 3 tys. odmów przyjęcia do szpitala! Jak wynika z podsumowania NFZ z działalności za 2020 r., skupiono się na walce z pandemią. W samym 2020 r. fundusz wydał na ten cel ok. 10 mld zł. Jednak leczeniu pacjentów chorych na COVID-19 towarzyszył spadek planowanych świadczeń – poziom ich realizacji był na poziomie 79 proc. tego, co oferowano pacjentom w 2019 r. A teraz trochę statystyki. Opieram się na nowotworach, bo tylko takie statystyki są dostępne. W 2018 roku na nowotwory na Podkarpaciu zachorowało 9146 osób (4735 mężczyzn i 4411 kobiet), z czego 4471 zmarło (2591 mężczyzn i 1880 kobiet). Tymczasem na COVID-
-19 od marca 2020 r. do dziś (czyli 18, a nie 12 miesięcy) zmarły 4423 osoby, z czego 80 proc. z powodu chorób współistniejących! To o czymś świadczy. Oby zauważyli to decydujący o leczeniu pacjentów. Nie sztuka bowiem zamknąć szpitale i przychodnie, odcinając ich od koronawirusa. Umieramy bowiem na inne choroby!
Redaktor Anna Moraniec



6 Responses to "COVID-19 zabija, ale… 100 razy częściej zabijają nas inne choroby"