Czar dawnych świąt

Dawniej na wigilijnym stole znajdowały się: miska na miód, miska na potrawy, chleb, opłatek, czosnek, świeca w garnuszku z ziarnem. Fot. Paweł Bialic
Dawniej na wigilijnym stole znajdowały się: miska na miód, miska na potrawy, chleb, opłatek, czosnek, świeca w garnuszku z ziarnem. Fot. Paweł Bialic

Kolorowe bombki, mieniące się lampki i połyskujące łańcuchy na choince to nieodłączny element współczesnego Bożego Narodzenia. Kiedyś jednak świąteczne drzewko wyglądało zupełnie inaczej – podobnie jak odmienne były zwyczaje. Zanim rodzina „połamała” się opłatkiem, by odpędzić złe duchy dzieliła się kawałkami czosnku, a to, co zostało na stole, zostawiano dla dusz zmarłych…

Nasze babcie zupełnie inaczej spędzały święta. Miały one charakter głęboko mistyczny. Był to szczególny czas, w którym każda czynność miała szczególne znaczenie. Tym, jak spędzało się święta, można było zapewnić sobie powodzenie na cały kolejny rok życia. W jaki sposób? Opowiedziała nam o tym Danuta Blin-Olbert, kustosz Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Zamiast choinki – podłaźniczka
– Choinka pojawiła się na terenie obecnego Podkarpacia bardzo późno – na początku XX w. W niektórych wsiach nawet po II wojnie światowej nie była ona znana, mimo że do Polski zwyczaj ten dotarł z Niemiec ok. XVIII w. – zaczyna Danuta Blin-Olbert. – Mieszkańcy mieli jednak swoje świąteczne drzewka nazywane jutkami lub podłaźniczkami. Były to wierzchołki jodełki wieszane u powały, czyli sufitu. Przystrajano je ciasteczkami, jabłkami, orzechami oraz „światami”, czyli ozdobami z opłatków. Później światy te ściągano i zawieszano samodzielnie na powale. Wisiały one do Wielkanocy. Jeśli przetrwały w dobrym stanie, oznaczało to, że będzie dobry urodzaj. Ludzie wierzyli, że chronią one od nieszczęść i chorób, zapewniając dobrobyt oraz zgodę. We wnętrzu izb wieszano także inne ozdoby, m.in. przypominające żyrandole świąteczne, zdobione „pająki” ze słomy, fasoli i bibułki. W rogi izby, na półeczkach, gdzie zwykle stoją figurki świętych, wstawiane były szopki z papieru lub drewna, nazywane betlejemkami.

Nieodłącznym elementem wystroju w tym szczególnym okresie był też przynoszony na Wigilię snop zboża, tzw. dziad wigilijny (nazywany też wilkiem, połaźnikiem lub kolędą), stawiany we wschodnim kącie izby i dekorujący jej wnętrze aż do dnia św. Szczepana.

Przy stole – tylko od święta
Szczególne znaczenie dla przebiegu Wigilii miało, dziś nie do pomyślenia dla współczesnych pań domu, rozsypanie przez gospodarza po polepie (podłodze), dużej ilości słomy. W czym mógł pomóc ten pozorny bałagan? W przyszłych zbiorach. – Po wieczerzy brano źdźbła tej słomy i podrzucano do powały, która była niemalowana, chropawa. Im więcej źdźbeł tej słomy się przyczepiło, tym więcej kop zboża miało pojawić się na polu w następnym roku. Oczywiście ludzie szczęściu pomagali, rzucając słomę razem z nożem, kozikiem, żeby więcej się przyczepiło – uśmiecha się nasza rozmówczyni.

Bardzo często słomą nakrywano też ławy, na których siadano przy stole. Co ciekawe, przy stole wcale nie jadano na co dzień. Zwykłą wieczerzę czy inny posiłek konsumowano na ławce. – Stół był najważniejszym przedmiotem w domu, który używano tylko od święta – często okręcano go wtedy łańcuchem, by rodzina trzymała się razem. Pod stół zaś kładziono ostre metalowe narzędzia np. trzósło od pługa i siekierę. Żelazo miało zapewnić zdrowie oraz siłę, a ostrze odpędzać złe duchy i wszystko to, co złe – opowiada Danuta Blin-Olbert.

Bez ryb, ale z gorzałką
A jak wyglądała dawniej sama wigilia? – Czy to na wsi, miasteczku, czy we dworze stół musiał być zawsze okryty ręcznie tkanym, białym obrusem, na wsi nazywanym płachtą. Pod spodem kładziono siano, często przesypane czterema ziarnami zbóż. Przy stole, podobnie jak dziś, zostawiano jedno miejsce (choć nie nakrycie) wolne, dla strudzonego wędrowca lub zmarłych przodków – wyjaśnia pani kustosz. – Wieczerze były bardzo skromne. W zamierzeniu potraw powinno być 12, od liczby miesięcy w roku, czy liczby apostołów, lecz bywało, że było ich 7 czy 5. Często, aby potraw było więcej, jako danie traktowano chleb, a nawet kieliszek gorzałki, dopuszczalny wtedy zgodnie ze zwyczajem praktykowanym na terenie Sanoka i okolic.

Potrawy, które dawniej królowały na wigilijnym stole, były postne i bardzo skromne. Wśród nich znajdowały się m.in.: kapusta z grochem, fasola ze śliwkami, pierogi różnego rodzaju, grzyby w jakiejś postaci, czy charakterystyczne kogutki – coś w rodzaju paluszków z ucieranym makiem. Ponadto na wsi królował żur albo barszcz owsiany, a w miasteczku czy we dworach – barszcz czerwony. Obowiązkową, zamykającą potrawą była tzw. juszka – kompot z suszonych owoców. W odróżnieniu od dzisiejszej wigilii, na stole brakowało ryb. Potrawy miały być ze wszystkiego, co się urodziło w polu czy ogrodzie, ale i z tego „innego” świata – zaświatów, który symbolizowały grzyby czy mak.

Żeby cię nie spotkało coś złego…
Co ciekawe, wigilię rozpoczynało nie połamanie się opłatkiem, a zjedzenie… czosnku. – Miał on chronić od złych mocy: wszelkich wilkołaków i czarownic. Jadło się go z łupinką. Jest nawet takie powiedzonko: „Nie łup mnie do gołego, żeby cię nie spotkało coś złego” – śmieje się kustosz.

Dopiero później sięgano po opłatek maczany w miodzie i zaczynano konsumpcję kolejnych potraw, które spożywano z jednej miski drewnianymi łyżkami. Zgodnie ze zwyczajem, zaproszeni na wieczerzę krewni czy sąsiedzi także przynosili ze sobą łyżki. Przez całą wieczerzę wigilijną nikomu, oprócz gospodyni, nie można było wstawać od stołu.

Wigilii towarzyszył szereg zwyczajowych wróżb. – Przez cały czas na stole paliła się świeca włożona w garnuszek z ziarnem, której gaszenie urastało do rangi symbolu. Ważne było gdzie idzie dym: bo jak do pieca – to ktoś się urodzi, jeśli do drzwi – to kogoś z domu ubędzie. Spod obrusika wyciągano źdźbła siana i wróżono nimi. Im wyciągnęło się je dłuższe, tym życie miało być dłuższe. Przy spożywaniu barszczu domownicy brali się za głowy, mierzwili sobie włosy i wołali „wiąż się żytko wiąż”. Przy jedzeniu kapusty łapano się za głowę i pukano, żeby była okrągła i twarda jak głowa. Gdy jedzono groch, wołano wilka: „Wilczku, wilczku, chodź do grochu, żebyś mi tu nie chodził do roku”. Pod miską przy podaniu każdej potrawy kładziono tez kawałki opłatka. Jeśli przykleił się on do miski oznaczało to, że będzie urodzaj na tę roślinę. Dzieci, które w tamtych czasach pasały krowy, zbierały po wieczerzy łyżki i wiązały je powrósłem ze słomy, żeby w następnym roku krowy nie rozbiegały się na pastwisku. Do tego na polepie matki z dziećmi bawiły się w kwokę i kurczęta, żeby kury się dobrze niosły – wylicza Danuta Blin-Olbert.

Podobnie jak i dziś, wigilia kończyła się pasterką. Czekając aż nadejdzie północ, domownicy kładli się na rozłożonej na polepie słomie. Skąd ten pomysł? Uważano, że łóżko tej nocy nie powinno być używane. Zostawiano je dla dusz zmarłych przodków. Wierzono, że przychodzą one na wieczerzę wigilijną, a potem zostają, by spokojnie przespać się na łóżku.

Śmieciarze szukali panien
Także dalsze dni świąteczne miały swój rytuał. – Pierwszy dzień obchodzono w gronie rodziny, w domu. Mimo leniwej formy spędzenia czasu, ponieważ nic wtedy nie robiono, absolutnie nie wolno było kłaść się w tym dniu spać. Mówiono, że pola zarosłyby wtedy chwastami – tłumaczy sanocki kustosz.

W drugi dzień świąt do akcji wkraczali kolędnicy, których przyjmowano nie jak dziś pieniędzmi, ale specjalnie przygotowanymi bułeczkami – tzw. szczodrakami. W niektórych miejscowościach zapiekano w nich pieniążek. Na Szczepana domy upatrzonych panien odwiedzali kawalerowie nazywani „śmieciarzami”. Nie bez powodu. – Ich zadaniem tego dnia było jak najwięcej naśmiecić, podczas gdy zadaniem panien było jak najdokładniej posprzątać – m.in. świąteczną słomę z klepiska. „Wykupem” od sprzątania było postawienie wódki przez dziewczynę i jej wspólne wypicie, co stanowiło wróżbę matrymonialną na wspólną przyszłość – opowiada nasza rozmówczyni.

W niektórych częściach regionu nie było „śmieciarzy”. Tam słomą z klepiska obwiązywało się drzewa w sadzie, jednocześnie uderzając w nie siekierą. Mówiono wtedy: „Będziesz rodziła, czy nie będziesz rodziła? Jak nie będziesz rodziła, to cię zetnę.” Czasem też spalało się resztki tej słomy, żeby dym szedł na sad, co miało zapewnić urodzaj.

Część dawnych świątecznych zwyczajów przetrwała do dziś i chyba dobrze. Kultywując je, możemy choć w malutkiej części poczuć klimat tamtych lat.

Aneta Jamroży

One Response to "Czar dawnych świąt"

Leave a Reply

Your email address will not be published.