Czas wolny od pracy w… pracy

Monika-Kamińska1Choć pracownicy tzw. sfery budżetowej bardzo chętnie i namiętnie narzekają na swoją pracę główne zastrzeżenia mając do zarobków, nie jest tajemnicą, że praca w tejże sferze przez wielu jest uważana za błogosławieństwo i dar losu. Przede wszystkim dlatego, że jest to posada stabilna. To jednak nie jedyny plus, bo jest nim także to, że podczas „dniówki” można załatwić sobie całkiem sporo swoich spraw, prywatnych, a także związanych z działalnością na przykład polityczną.

Nierzadko zdarza się, że kogoś, kto teoretycznie powinien być na swoim stanowisku pracy, za którą jest, co przypominamy nie bez powodu, wynagradzany z pieniędzy podatników, na tymże stanowisku pracy nie ma, bo zajmuje się zgoła czymś innym. W pewnej instytucji dane nam było dowiedzieć się od pani sekretarki, że poszukiwany przez nas jej przełożony poszedł sobie na zakupy! Pomijając już fakt, że pani sekretarka była z nami zbyt szczera, zachowanie owego przełożonego nie jest wcale rzadkością. Można by nawet powiedzieć, że jest ono niestety standardem.

Jak nie zakupy, to fryzjer, kosmetyczka, zabawa choinkowa dziecka w przedszkolu, spotkanie z potencjalnymi wyborcami, organizacja imprezy związanej z hobby oraz inne ważne sprawy. Nie, nikt nie mówi, że opłacana z pieniędzy podatników osoba do wyżej wymienionych uciech życiowych prawa nie ma. Ma, ale w czasie od pracy wolnym! Tymczasem branie urlopu na takie przyjemności w większości urzędów i instytucji jest rzadkością. No bo przecież zawsze można „wyskoczyć” na parę godzin. W czym problem?

Ano w tym, że my wszyscy płacimy za ten czas „pracy”, zaś interesanci bezskutecznie poszukują takiego „pracownika” w jego miejscu pracy, nierzadko sami biorąc w pracy wolne, by załatwić swoją sprawę urzędową. Pewien radny zatrudniony w szacownej samorządowej instytucji zwierzył nam się, że bierze dzień urlopu na każdą sesję. Dlaczego? Ano dlatego, że zgodnie z ustawą pracodawca ma obowiązek radnego na obrady zwolnić, ale nie ma wcale obowiązku mu za to płacić, tym bardziej że radny pobiera dietę. Zatem ten radny traci minimum 10 dni rocznie urlopu wypoczynkowego, żeby być w porządku w stosunku do pracodawcy i nie potwierdzać nieprawdy podpisując listę obecności w pracy, będąc de facto na sesji, czyli poza miejscem pracy. Zaiste chlubny to przykład, ale…jednostkowy. Bo przecież taki ktoś w tłumie „pracowników” sfery budżetowej nieobecnych w pracy „z powodu bardzo ważnych spraw” jest postrzegany jako „frajer”.

Kochani pracownicy sfery budżetowej ciągle „jęczący”, jaką to macie ciężką pracę, popatrzcie może na tych, co pracują w sektorze prywatnym i nie mają całej masy przywilejów, które Was, jako pracowników dotyczą. Nie twórzcie sobie kolejnego ugruntowanego niechlubną tradycją przywileju w postaci „czasu wolnego od pracy” w pracy, bo my Wam za tę pracę płacimy z naszych kieszeni.

Monika Kamińska

2 Responses to "Czas wolny od pracy w… pracy"

Leave a Reply

Your email address will not be published.